chipsy z pokrzywy
Jeśli wolicie słuchać niz czytać, zapraszam na kanał notatki subiektywne:
Uwielbiam ludzi z pasją. Podziwiam ich za wytrwałość i zaangażowanie.
Moja koleżanka gra w tenisa i uwielbia narty. Jest w tym naprawdę dobra, bo cały czas doskonali tę pasje.
Inna
jest zapaloną ogrodniczką, ma prawdziwe pole, gdzie uprawia warzywa.
Sąsiadka
hoduje przepiękne Golden Retriwery. Poświęca się im bez reszty.
Sąsiad
uprawia wspinaczkę i uwielbia biegi przeszkodowe (OCR, Ninja Warrior).
Znajoma
dzierga na drutach czapki i torby. Ciotka robi ozdoby z tasiemek i styropianu.
Ktoś
czyta książki, inny pisze wiersze.
Pasjonować
można się też przyrodą, otaczającym nas światem.
I
takich właśnie pasjonatów spotykałam na piknikach Wyspa Przyrodników w Stacji
Biologicznej w Sobieszewie.
Od
kilku dni nie opuszcza mnie wspomnienie tego miejsca.
Niesamowite,
jak można dać się dosłownie wchłonąć pasji i zarażać nią innych.
Spotykane tam osoby potrafiły pięknie opowiadać o zwierzętach i roślinach. Umiały zgromadzić wokół siebie licznych odwiedzających, w tym dzieci, które naprawdę szybko się nudzą i muszą doświadczać wielu atrakcji w krótkim czasie. A tymczasem dzieciaki z werwą rysowały, rozwiązywały krzyżówki, odciskały stemple, smakowały potraw, których w kuchni mamy nigdy by nie tknęły, podglądały przez mikroskop rośliny, które jadają na co dzień i słuchały opowieści o trzmielach i ptakach.
Furorę
robiły, nie tylko wśród najmłodszych, sowy. Oswojone! Każda miała imię,
reagowała na przywołania leśnika, który je uczył przyjaźni z człowiekiem. Można
było sowy potrzymać na ręce ubranej w rękawicę i pogłaskać (co też uczyniłam). Był
też pokaz karmienia. I choć ptaki były zapewne zdenerwowane ilością osób je
otaczających, okazały wielką cierpliwość.
Dla mnie bardzo interesujące była „cukiernia”, gdzie można było spróbować smakołyków z roślin występujących na naszych łąkach i w lasach. Zatem jadłam chipsy z pokrzywy (pychota!), konfiturę z róży i buraka cukrowego (naprawdę słodki i chrupiący jak rzodkiewka). Piłam napój z kwiatów dzikiego bzu i jakiś pyszny sok, wyglądający jak absynt. Dziś już nie pamiętam co to było. Dla chętnych były zagadki, a w nagrodę lizaki z płatkami jadalnych kwiatów.
Moją uwagę przyciągał również saturator. Pamiętam z dzieciństwa sprzedawaną na szklanki wodę sodową. Tyle, że tamto urządzenie wyglądało inaczej niż dziś, a soku było zawsze jak na lekarstwo. Teraz to prawdziwy wypas. Stal nierdzewna i smaki do wyboru!
Ogromne
wrażenie robiła na mnie zawsze ilość osób, która pojawiała się na piknikach. Do
niektórych stoisk momentami nie można się było dopchać. Całe rodziny z dziećmi i
babciami. Młodzi i starzy. Jedni z ciekawości, pierwszy raz. Inni pasjonaci, sprawiający
wrażenie, iż śledzą tego typu spotkania i pojawiają się na każdym. Z aparatami,
folderami, książkami. Niesamowite wrażenie!
Godne podziwu było to, że są ludzie, którym się chce coś takiego organizować. A z drugiej strony, iż są osoby zainteresowane wiedzą i ciekawe otaczającego nas świata. Chcemy poznawać przyrodę i uczyć się dbać o nią. I takich zainteresowanych osób jest coraz więcej.
Miałam też okazję spróbować słynnego ziemniaczka, czyli ulubionego dania wszystkich przyjaciół stacji biologicznej. Przygotowywała go Pani Kasia, szefowa. Ziemniaki z parnika i twaróg z warzywami i ziołami. Coś jak gzik. Niebo w gębie. Do tego przyjaciele stacji, cudowna atmosfera, rozmowy z pasją.
Dzisiaj stacji już nie ma. Nie rozumiem decyzji władz uniwersytetu. Nie rozumiem jak można było zlikwidować miejsce z takim potencjałem.. Ale cóż, zabrakło pani Kasi, która była sercem tego miejsca, dla której stacja była drugim domem i która walczyła o to miejsce. Ci, których osierociła nie dostali nawet szansy na kontynuowanie jej pracy. Szkoda.
Na
szczęście takich miejsc, które zachęcają do poznawania przyrody jest coraz więcej.
W mojej okolicy to np. Ogród botaniczny Marszewo w Gdyni czy Arboretum (park
dendrologiczny) w Wirtach. Są też miejsca, gdzie poznajemy zwierzęta. Pełno
jest farm z kucykami, alpakami, kozami jak chociażby Barwikowe Alpaki na
Kaszubach. Tam możemy poczuć, dotknąć, doświadczyć kontaktu namacalnego. Uczymy
się empatii, szacunku i podziwu dla matki natury. Wspaniałe doświadczenie.
Polecam każdemu.
Zresztą
nawet spacer po lesie czy łące przynosi ukojenie. Kiedy już nie mogę patrzeć na
ekran komputera albo wystać przy garach idę na spacer. Mam, dzięki Bogu jeszcze
dodatkową motywację czyli psa. I kiedy tak łazimy z Burasem po polach albo
wdrapujemy się na kolejne skarpy nic więcej nam do życia nie potrzeba. On jest
radosny a ja spokojna.
Pandemia uzmysłowiła większości z nas, że niewiele nam potrzeba do szczęścia. Jedną z tych potrzeb jest kontakt z naturą. Mogę godzinami patrzeć na ptaki czy łażące za płotem sarny. Uspokajające i lepsze niż tv.
Wrażenie robią też na mnie przedszkola leśne. Dzieci grzebią w ziemi, taplają się w błocie, przygotowują zupę w garze nad ogniskiem, hodują rośliny, śpią w namiotach itp. itd. Aktywności można wymieniać długo. Mają nieustanny kontakt z naturą. Dodatkowo są naprawdę zahartowane – zimno im nie straszne. Genialny pomysł.
Takie
to dziś moje pogaduchy. Jakoś refleksyjnie się zrobiło.
A
za oknem tęcza po burzy.
IKu



Komentarze
Prześlij komentarz