przypominajki
Przypominajki to teksty prezentowane na blogu pod startym adresem, którego już nie ma.
Bajecznie
Lubimy oglądać bajki. Ja i Tuśka. Faceci śmieją się z tych naszych upodobań, ale:
po pierwsze – nie wszystkie bajki są dla dzieci,
po drugie – w bajkach zawsze dobro zwycięża nad złem, a to bardzo budujące,
po trzecie – bajki są najzwyczajniej w świecie fajne,
po czwarte – bajki nigdy się nie nudzą.
No i co tu dużo gadać – to naprawdę wielkie przedsięwzięcia artystyczne, z genialna obsadą dubbingowców i efektami specjalnymi!
Czasem naprawdę wolę obejrzeć pięknie nakręconą bajkę od jakiegoś starego gniota w telewizji. Zresztą ostatnio lecą tylko takie. W weekend, kiedy człowiek chciałby się zrelaksować przy dobrym filmie, puszczają same starocie albo miernoty.
Bajki są ponadczasowe. I wzruszające. Pamiętam Anastazję Disneya – popłakałam się jak na melodramacie, a przecież postacie były narysowane. Wniosek z tego, że jeśli film ma trafić do duszy widza, to niezależnie od tego, czy jest fabularny, czy rysunkowy, może być niezwykły.
Czasem podczas oglądania żartujemy sobie. To znaczy, ja sobie żartuję z Tuśki zaaferowanej fabułą:
- Dlaczego oglądasz bajki o księżniczkach, skoro wszystkie kończą się tak samo?
albo
- I wszyscy żyli długo i szczęśliwie! O Boże! Jacy oni są szczęśliwi!
Przekomarzam się z nią i wtedy moje dziecko stwierdza, że już nigdy nie będzie ze mną nic oglądać. Ale to obowiązuje tylko do następnego razu.
Oglądając bajki można mieć bardzo interesujące spostrzeżenia:
- Była już wiedźma?
- Była.
- A zjadła już jabłko?
- Zjadła.
- I umarła, tak?
- Tak.
- A jest książę?
- Jest.
- A dlaczego ją całuje?
- Nie wiem, mamo! Może jest nekrofilem!
Najmilej wspominam bajki z dzieciństwa Tuśki i Ola - 101 dalmatyńczyków i Zakochanego kundla, z którego kołysankę będę śpiewać jeszcze moim wnukom. Moja córka oglądała je od 6 rano, przez kilka godzin na okrągło, dopóki jej się nie znudziło. Królewna Śnieżka miała przedwojenny dubbing. W Zakochanym kundlu grała Kalina Jędrusik, którą uwielbiałam. Kopciuszek, Księga dżungli, Miecz w kamieniu. Wymieniać można bez końca. Olo nie gustował w księżniczkach. Wolał rycerzy i zwierzęta. Oprócz Disneya oglądał Smerfy, Gumisie i jakiś serial o misiu – tytułu nie pamiętam. Jako maluch uwielbiał Parowoza Tomka, który wtedy był dostępny tylko w wersji oryginalnej. Oglądał go godzinami, siedząc na nocniku.
Oglądając bajkę, zapominam o dorosłym życiu. Znowu jestem małą dziewczynką. Owinięta w kocyk siedzę w wiklinowym foteliku. W pokoju jest ciemno, jedyne światło pochodzi z projektora, który wyświetla na prześcieradle zawieszonym na ścianie bajkę – obrazki umieszczone na kliszy. I jest magicznie.
IKu
Sznurek w tyłku
Dziś rano odkurzacz wyciągnął spod łóżka biało – różowe stringi. W pierwszej chwili pomyślałam, że to dziecięce majteczki, ale, gdy je rozłożyłam, okazało się, że to damski rozmiar. Zareagowałam śmiechem, ale musiałam podroczyć się troszkę z moim mężem, więc grożąc palcem zapytałam, czy ma mi coś do powiedzenia. Na szczęście moja druga połowa ma poczucie humoru i, choć był zdziwiony na widok majtek, wyparł się żartobliwie związku z nimi.
Swoją drogą nie potrafię zrozumieć, co takiego mają w sobie stringi, że stały się tak popularne.
Przede wszystkim na pewno nie są wygodne. Sznurek z tyłu wbija się w tyłek i uwiera tak, że czasem trudno usiąść. Cisną w kroku. Jeśli są koronkowe najzwyczajniej drażnią intymne, delikatne miejsca ciała. Trykotowe są szorstkie. Jedwabne, choć wydaje się, iż powinny być niezwykle subtelne, są po prostu sztywne. Zatem noszenie ich może być prawdziwą katorgą.
Czy są seksowne? Może czasem, kiedy ogląda je na pupie modelki w żurnalu. Jednak kiedy myślę o stringach w tych kategoriach, zawsze staje mi przed oczami koleżanka ze szkoły, która taką bieliznę nosiła. Ubierała też, niestety, obcisłe dżinsy – biodrówki i za małe bluzki, które odsłaniały fałdkę nad pasem wokół spodni. Kiedy dziewczyna pochylała się lub kucała znad spodni z tyłu wysuwały się naciągnięte do granic możliwości koronkowe stringi. Ohyda. Nawet chłopaki, zazwyczaj zainteresowani widokiem damskiej bielizny, odwracali głowy z niesmakiem.
Higiena podczas noszenia stringów też pozostawia wiele do życzenia. Ale o tym chyba pisać nie trzeba, wystarczy wyobraźnia. J
Myślę, że katowanie się noszeniem stringów, nawet ku zadowoleniu ukochanego mężczyzny, nie jest tego warte. Innego fasonu majteczki też potrafią być urocze i figlarne. No chyba, że dziewczyna je naprawdę lubi. O gustach się nie dyskutuje.
A srtingi odnalazły właścicielkę – młodą i piękną kobietę, która jakiś czas temu gościła u nas z grupą przyjaciół.
IKu
Dziadzia
Każdy ma dziadków. Nawet, jeśli ich nie zna. Ja miałam szczęście mieszkać z rodzicami mamy, którzy byli najwspanialszymi dziadkami pod słońcem. A ja ich kochaną wnusią.
Dziadzia był niezwykle spokojny. Nigdy nie krzyczał. Uśmiechał się zaciskając usta, nie pokazując zębów. Opowiadał mi na dobranoc bajkę o organiście Dominiku tak często, że po jakimś czasie zawsze go poprawiałam, gdy tylko przekręcił jakieś słowo. Wojna w jego przekazie była zbiorem ciekawostek z ciepłych krajów na przykład o tym, jak żołnierze gotowali jajka w piasku na pustyni albo unosili się na wodzie ciepłego słonego morza. Ciężko przechodzi mi przez gardło przedstawianie go z imienia i nazwiska. Dla mnie to po prostu mój Dziadzia.
Gdy chodziłam do szkoły, zawsze się nim chwaliłam. Najbardziej dumna byłam z tego, że urodził się w 1899 roku, czyli w XIX wieku. To było coś!
- A mój dziadek urodził się w poprzednim wieku – mówiłam.
- Naprawdę? O rety! – Zazdrościły mi koleżanki.
- Naprawdę. I walczył na trzech wojnach. – Nie bardzo wiedziałam, która była trzecia, ale tak zawsze mówił Dziadzia. – I brał udział w bitwie pod Monte Cassino.
Monte Cassino przebijało nawet datę urodzenia. Mega wrażenie robiło zwłaszcza na chłopakach, z którymi bawiliśmy się w przedszkolu lub na podwórku w „Czterech Pancernych”.
W Pancernych bawiłam się też z Dziadzią, choć częściej bawił się w to z nim mój brat. Wtedy on był Jankiem, Dziadzia Gustlikiem, a pluszowy pies z NRD Szarikiem. W moim przypadku najważniejsze było to, że mogłam być Marusią, bo podczas zabaw w przedszkolu byłam tylko Lidką. Marusią zawsze była Grażyna, która miała długie warkocze.
Dziadzia bawił się ze mną w co tylko chciałam. Miał niespożyte pokłady cierpliwości. Pamiętam, jak pewnego razu bardzo chciałam zostać zakonnicą. Zrobiłam sobie sukienkę z koca, którym owinęłam się jak kokonem. Na głowę założyłam czerwony szalik zrobiony na drutach i zakończony frędzelkami. Był dość wąski i nie wyglądał na welon, ale zapewne nic lepszego nie znalazłam. W trakcie zabawy zmieniłam zdanie - zapragnęłam pobawić się w ślub i zostać panną młodą. Potrzebowałam tylko pana młodego. Został nim oczywiście Dziadzia, z którym maszerowaliśmy pod rękę przez cały długi korytarz naszego mieszkania. Pod drzwiami wejściowymi był jakiś wyimaginowany ołtarz i ksiądz. Tam się zatrzymywaliśmy i braliśmy ślub, a potem z powrotem szliśmy długim korytarzem, a ja uśmiechałam się do wymyślonych gości i pozdrawiałam ich uśmiechem. I tak kilka razy, dopóki mi się nie znudziło.
Chleb był traktowany w sposób szczególny. Jeśli spadł na podłogę, podnosząc go, Dziadzia zawsze go całował. Chleba nie wyrzucało się do śmieci. Ten, który nie został zjedzony, trzeba było spożytkować. Karmiliśmy nim ptaki na plaży. Co kilka dni Dziadzia kroił suchy chleb na drobne kawałki i chodziliśmy nad morze, aby dać go łabędziom i mewom.
Kiedy miałam jakąś okazję, na przykład urodziny czy dzień dziecka, Dziadzia zabierał mnie na zakupy do Pewexu, gdzie kupował mi czekoladę Cadbury z rodzynkami, zawiniętą w fioletowy papierek. Wtedy to było spełnienie marzeń!
IKu
Czesław i darcie mordy... ;)
Dziadkowie, zazwyczaj, bo „zawsze” byłoby nadużyciem, uwielbiają swoje wnuki. Trzęsą się nad nimi, chcieliby nieba przychylić. Są do tego stopnia przewrażliwieni, że nie tolerują postępowania rodziców, którzy przecież mają decydujący głos w wychowywaniu własnych pociech.
Chcą im dogadzać kulinarnie:
- Michałku, no zjedz jeszcze kilka placuszków. Babcia usmażyła je specjalnie dla ciebie. No jedz. Tak mizernie wyglądasz.
A po kilku tygodniach Michałek podwaja swoją wagę.
Pragną, aby pięknie wyglądały:
- Oleńko, uszyłam ci sukienkę. Zobacz, jaka śliczna. Różowa, tak jak lubisz. I ma duuuuuużo falbanek. Ładna, prawda.
Ale Ola wolałaby kieckę z Croppa.
Zasilają ich skromny budżet:
- Wojtusiu, masz tu na lody. Schowaj, żeby nikt nie widział. Kupisz sobie coś.
Tu akurat trafiają prosto w serce wnusia.
Jednak, gdyby rodzice robili to samo, zapewne spotkaliby się z krytyką dziadków.
Ich ocenie podlega także język, jakiego rodzice używają w stosunku do dzieci. tak jak moja koleżanka Basia, która jako młoda mama mieszkała ze swoją babcią. Kiedy starsza pani usłyszała „ty małpo zielona” skierowane pod adresem malucha, dostała nieomal apopleksji.
- Jak ty się odzywasz do dziecka?! Tak nie wolno! Jak możesz?! – Grzmiała. - Kruszynka maleńka małpą?!
Pieszczotliwe „Pindolku”, „ Szkodniku” czy „Mendziolku” nie wchodzi w rachubę.
Istnieją jednak dziadkowie dość kontrowersyjni w swoich zachowaniach, z niezrozumiałym dla otoczenia poczuciem humoru. Oni nie zwracają się do wnusiów per niuniuś. Do takich należał dziadek Czesław, który na płacz małej Kasi zareagował wybuchowo:
- Czego to dziecko mordę drze? Jak ja byłem mały i tak darłem mordę, to matka rzucała becikiem ze mną o ścianę.
Kasi było zupełnie obojętne, co Czesław plecie. Ale jej mama doznała szoku. Na szczęście po jakimś czasie zaakceptowała odmienność teścia i na swój sposób zaprzyjaźniła się z nim.
I to jest, zdaje się, najlepsza metoda. Akceptujmy zachowania dziadków, którzy znoszą wnukom słodycze i kupują wnusiom różowe szlafroczki. Ja w każdym razie na pewno będę tak robić. ;)
IKu
Młodość potrzebna od zaraz
Pisuarożercy ukryci wśród całej populacji poczuli pieczenie na przedramieniach. Każdy z nich jak na komendę, złapał dłonią drugiej ręki za bolące miejsce. Niektórzy zareagowali tłumioną paniką, inni uśmiechali się znacząco. Co odważniejsi zaglądali pod rękaw. Znak, który otrzymali, był jednoznaczny. W ciągu godziny powinni zasiąść przed telewizorem, odpalić toruński kanał i czekać. I choć czasem było to zadanie niewykonalne, aby na zawołanie rzucić wszystko i szukać odbiornika TV, większość spośród pisuarożerców była tak zdeterminowana, aby tego dokonać, ze zazwyczaj na transmisję czekał komplet przedstawicieli wyższego sortu.
Niższy sort, czyli niewtajemniczeni albo niegodni, nie mieli pojęcia, że transmisja w ogóle jest nadawana. Co prawda jakieś dwa lata temu niektórzy zaczęli przebąkiwać o rosnących szeregach beretowych zwolenników starego populizmu. Jednak wszyscy jakby wypierali te wieści utwierdzając się w przekonaniu, że ludzie nie mogą być aż tak głupi, aby ponownie dać im się omamić. I kiedy półtora roku temu okazało się, że pisuarożercy wyszli z ukrycia i mają bardzo karny, podporządkowany elektorat, było już za późno na reakcję. Niewtajemniczeni i niegodni, którzy nie poszli do urn pluli sobie później w brody, ale nic już nie można było zrobić.
Teraz większość wyższego sortu siedziała przed telewizorami. Znaki na przedramieniach mieli odsłonięte, a wytatuowany na nich symbol pisuaru piekł każdego do granic możliwości. Niektórzy drapali się zawzięcie albo dmuchali na zaczerwienione miejsce, aby sobie ulżyć. Na ekranie pojawił się znak – ten sam pisuar, który sprawiał im właśnie tak wielki ból. Oddalał się i przybliżał tak, aby sprawić na wpatrzonych w niego wrażenie rosnącego w siłę. Biorąc pod uwagę iloraz inteligencji większości z tych telewidzów, podobne wrażenie zrobiłaby na nich zapewne nadymająca się żaba czy nadmuchiwany balon. Uwierzyliby we wszystko, co niesie ze sobą technologia w połączeniu z ideą ich przywódcy. Tak jak wierzyli, że symbol, który nosili na przedramieniu ma magiczną moc. A przecież wiadomo, iż w rzeczywistości był to nieudolnie i w pośpiechu wydziergany przez amatora tatuaż, w który wdało się zakażenie. Nieleczone znamię powodowało obrzmienie i swędzenie. Zaś głupcy tłumaczyli to sobie przynależnością do elity narodu i z dumą rozdrapywali je do krwi.
Nagle ekran zgasł, aby po chwili rozbłysnąć jaskrawym światłem reflektorów oświetlających mównicę. Zza niej można było dostrzec czubek głowy zbliżającej się postaci i wreszcie wyczekującym wyznawcom idei ukazał się ich Lord Obrzydliwiec. W studiu dały się słyszeć oklaski i owacje najbliższych przydupasów ekscelencji. Przed telewizorami pisuarożercy pochylali ciała w przysiadzie, oddając w ten sposób hołd swemu przywódcy i demonstrując, iż każdy może dostosować się do jego wzrostu.
Lord Obrzydliwiec, zaspokoiwszy swoją próżność, dał znak ręką i zapadła cisza. Każdy chciał usłyszeć, co najmądrzejszy populista wszechczasów ma do powiedzenia.
„Jestem najlepszy, najmądrzejszy, najłaskawszy i najhojniejszy.
Moi poprzednicy byli nic niewartymi śmieciami.
Tylko ja dbam o was, karmię was i wynagradzam za waszą lojalność.
Stosuję obrzydliwe metody nagonki jednych na drugich.
Mam władzę nad armią niezdecydowanych, która z perfekcją ląduje podwodnymi helikopterami wśród szpiegów ze wschodu.
Rzuciłem swoją elokwencją na kolana władców Zachodu.
Odmieniłem edukację, aby dzieci wreszcie poznały prawdziwą historię. Naszą historię.
Trzymam za mordy wszystkich niewtajemniczonych i niegodnych, którzy chcą się gromadzić.
Wprowadziłem cenzurę myśli i słowa.
Zakazałem aborcji i antykoncepcji.
Uwięziłem rozwiązłych i homoseksualistów.
Zbudowałem obozy dla niewierzących.
Wbiłem na pale wszystkich innowierców.
Przywdziałem albę na znak jedności z klerem.
Codziennie rano służę do mszy, w południe snuję plany zemsty na wrogach, a wieczorem seplenię przed zaplutym lustrem ćwicząc moje przemowy do was!
Moi wierni wyznawcy! Przyszedł czas na nagrodę! Oto pozwalam wam na przejęcie wszystkiego, co należy do niewtajemniczonych i niegodnych. Chociaż już dostaliście pieniądze za nic, mieszkania za free i posady po znajomości, bierzcie więcej. Albowiem wszystko, co oni wypracowali, wam się należy. Za to, że we mnie wierzycie i dlatego, że jesteście biedni. Niech inni się z wami podzielą, abyście już nigdy nie musieli pracować.
Dotychczas dokonałem wszystkiego sam, bo jestem wielki! Teraz przyszła pora na was”.
I tak naładowani negatywną energią pisuarożercy ruszyli do drzwi, zbierali się w grupy na ulicach i ze wzrokiem pełnym nienawiści i zachłanności ruszyli do walki ze swoimi braćmi, sąsiadami, kolegami.
I wtedy kraj obiegła wiadomość o pojawieniu się wybrańca. Młodzieńca, który niedawno był chłopcem, który przetrwał. Przetrwał obelgi i wytykanie palcami, bo miał swoje zdanie. Odmienne od pisuarożerców i Lorda Obrzydliwca. Był pełen marzeń, energii i wspaniałych pomysłów. Był niewinny i uczciwy. Przewyższał wszystkich pseudouzdrowicieli kraju, którzy trzymali się swoich stołków i udawali, że chcą coś zrobić dla innych.
Młodość obudziła ludzi z marazmu!
IKu
Pchła na jajach ;)
Kultowe teksty z filmów zna każdy. Jednak istnieją nie tylko hity ekranowe. Każdy region, każda rodzina ma swoje powiedzonka mniej lub bardziej zabawne.
Ja, wychodząc z domu, powiem, że idę na dwór. Mój mąż, że na pole. Moja babcia mówiła „obuj się”, co znaczyło załóż buty lub „zebuj się” czyli zdejmij buty. Elusia dla żartu mówi „daj me to”, a pani Ania „O Matko Bosko”. Słyszałam, że ktoś kogoś „pozbadł”, czyli podporządkował sobie, zdominował. Moja była teściowa używała koszmarnej formy „usiąść się” – zupełnie jakby posługiwała się formą angielską przetłumaczoną na polski.
Niektóre słówka lubimy i zapożyczamy na własne potrzeby.
Kiedy ktoś mnie drażni albo robi coś źle, mówię „zabić to mało”. Nie wiem, skąd to znam, ale używam tego powiedzonka często.
Gdy ktoś mnie wkurzy potrafię wrzasnąć niegrzecznie „wal się na ryj”.
A kiedy ktoś zadaje mi głupie pytanie lub takie, na które nie znam odpowiedzi mówię „tak” – słowo wytrych, dobre na wszystko.
Mój mąż, gdy słyszy „może”, mówi, że morze to za Helem. A na „dobra” odpowiada, iż Dobra jest pod Staszowem.
Wymyśla też słówka. Ostatnio pojawiła się „mażonka”, czyli moja żonka – dwa w jednym.
Powiedzonka używane kiedyś przez młodzież na nikim obecnie nie robią wrażenia:
„srały muchy, będzie wiosna, będzie lepiej trawa rosła”,
„nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu zabraknie”,
„rzuca się jak szczerbaty na orzechy”.
Czasem z niezrozumienia regionalizmów powstają anegdotki. Jak ta o kolegach Tuśki. Jeden ze Śląska, drugi z Mazowsza. Kiedy pierwszy odwiedzał drugiego usłyszał pytanie:
- Chcesz ciapy?
- Nie, dziękuję, już jadłem – odparł, bo na Śląsku ciapy to rozbełtane ziemniaki.
A tymczasem chodziło o kapcie.
Niezłe jest też śląskie „dupcysz fleki”, czyli gadasz głupoty.
Powiedzonko, które w moim rankingu zajmuje pierwsze miejsce, należy do nieżyjącego już kuzyna mojego małżonka: „chyba” – chyba to się pchła na jajach. 😉
IKu
Burć
Usłyszałam
dziś w radiu o weterynarzu, któremu założono sprawę sądową, ponieważ pomaga
bezdomnym zwierzętom. Leczy je i szuka szczęśliwych domów. Żyjemy w kraju
absurdów!
Nie
wyobrażam sobie, aby skrzywdzić zwierzę, które czuje tak samo jak każdy człowiek.
Odczuwa ból, ale i strach, tęsknotę, radość. Jakim trzeba być zwyrodnialcem,
aby znęcać się nad zwierzakiem? Niestety, okrutnych ludzi jest dookoła mnóstwo.
Prawo powinno zezwalać na obcinanie im rąk za to, co robią.
Moja
kuzynka, która wspiera Animals i schroniska dla zwierząt, opowiada czasem tak przerażające
historie, że aż trudno w nie uwierzyć.
A
przecież zwierzęta są wspaniałe. Dają nam radość i potrafią za naszą troskę
odpłacić niezwykłą wdzięcznością i przywiązaniem. Obcowanie z nimi uspokaja i
relaksuje.
Nasz
Burek, choć wcale nie jest bury, tylko rudy, jest psem po przejściach. Mając
około ośmiu miesięcy został przywiązany do słupa na pętli tramwajowej, gdzie
znaleźli go młodzi chłopcy. Zabrali go do domu, zaopiekowali się nim. Potem my
postanowiliśmy go przygarnąć. Był nieufny, bo przecież już myślał, ze znalazł
swoje miejsce na ziemi, a tu kolejni, obcy ludzie. Gdy wieźliśmy go samochodem,
siedział na kolanach u mojego męża i trząsł się ze strachu. Trzy dni nie jadł,
chlipał tylko wodę. Jednak powoli się oswajał. Wybrał sobie ulubiony fotel. A
mnie na właścicielkę. Mogę zrobić z nim wszystko. Jednak zmory przeszłości
nadal czasem dręczą Burka.
Burć,
jak nazwała go mała Kika, ma uszkodzone tylne biodro. Jedna łapa podczas
biegania odchyla się na bok. Boi się hałasu. Gdy sąsiedzi, budujący dom,
używają np. automatu do wbijania gwoździ, Buras wpada w panikę, biega
niespokojnie w kółko i nie chce wychodzić na podwórko. Może ktoś do niego
kiedyś strzelał? Czasem przez dzień czy dwa nie daje się dotknąć, jakby coś go
bolało i warczy na nas.
Poza
tymi złymi doświadczeniami Burek jest niesamowicie inteligentnym psem. Kiedy
mąż jeździł z naszą suką na szkolenie, po powrocie Buras wykonywał te same
polecenia co Tora bez nauki. Jest radosny, może bez końca aportować zabawkę.
Uwielbia wcisnąć się pod kołdrę i ułożyć wzdłuż ciała właściciela. Śpi tak
dopóki nie zrobi mu się zbyt ciepło. Zawsze się zastanawiam, jak on pod tą
kołdrą oddycha. Gdy nie chce czegoś zrobić, na przykład zbyt wcześnie wyjść na
dwór, udaje, że nie słyszy. Kiedy coś go zainteresuje, marszczy zabawnie czoło.
Robi to też, gdy zaleca się do Tory. Wtedy prezentuje także taniec godowy,
skacząc wokół suni i drapiąc ziemię tylnymi łapami. A gdy wracamy do domu,
skacze wysoko i cieszy się tak, jakby nas nie było tydzień. I lubi koty. Bawi się
z nimi i myje je, jeśli oczywiście wyrażą na to zgodę. Bo koty, jak to koty –
one muszą być górą.
Nie
wyobrażam sobie, aby zrobić mu krzywdę. Jestem zapewne zbyt uległa jego
spojrzeniu kota ze Shreka, ale jak tu nie kochać Burcia? Zwłaszcza, że razem
obchodzimy urodziny.*
Dzisiaj
dodam, iż Buras jest tak strasznie przywiązany do mnie, że kiedy wyjeżdżam
gdzieś, siedzi cały dzień na parkingu i patrzy w bramę. Nawet podczas
największego upału nie przyjdzie do domu. Tęskni. Kocha mnie jak nie wiem co.
Wiem,
że w pobliżu mieszkają ludzie, którzy nie szanują zwierząt. W przeszłości
wielokrotnie się nad nimi znęcali. Słyszałam opowieści mrożące krew w żyłach. Obserwując
ludzi na wsiach dochodzę do wniosku, ze tam bardzo często nie szanuje się
zwierząt. Nawet tych, dzięki którym gospodarstwa się utrzymują. Krowy uwiązane
przez całe życie w oborze, pies na łańcuchu, buda z obudowy pralki, usuwanie
pcheł muchozolem itp…
Osobiście
obcięłabym im łąpska za to, co robią. Ale są bezkarni, bo prawo nie działa tak
jak powinno. Animalsi wierzą w słodkie opowieści właścicieli zwierząt i tylko w
naprawdę ekstremalnych sytuacjach działają.
A wystarczyłoby, aby przejechali się czasem anonimowo po wsi...
*Datę
urodzin Burka ustaliliśmy sami. Ten, kto przywiązywał go do słupa, nie zostawił
kartki. L
IKu


Komentarze
Prześlij komentarz