Całe życie z wariatami
"Całe życie z wariatami" to, mam nadzieję, zabawna opowieść o pewnej pani, matce dwojga dorastających dzieci, próbującej uwolnić się od toksycznego męża, walczącej o przetrwanie.
Sami oceńcie, czy warto poczytać. :)
A jeśli wolicie słuchać niż czytać, zapraszam na kanał "notatki subiektywne" na Youtube:
Sami oceńcie, czy warto poczytać. :)
A jeśli wolicie słuchać niż czytać, zapraszam na kanał "notatki subiektywne" na Youtube:
- Halo! Dzwonił pan do mnie rano w
sprawie przesyłki. Cały czas ktoś był w domu, ale pan się nie zjawił.
- Z jakiej ulicy?
- Korczaka 5.
- A tak. Tak. Ale wie pani co? Ja
zapomniałem tej paczki z magazynu.
- Słucham? – Pytam zaskoczona. - Jak to
zapomniał pan? To dlaczego dzwonił pan rano, żeby się umówić?
- No zapomniałem. Zdarza się. Ale niech
się pani nie martwi, skała żyje.
Dowcipniś.
- A co? Zapukał pan w pudełko i skała
odpowiedziała?
Cisza.
- Jutro będzie u pani jeździł inny
kurier. Rano na pewno zadzwoni.
- Dobranoc.
Idiota jakiś. Rano wydzwaniał, cały
dzień przeorganizowaliśmy, żeby ktoś był stale w domu, a potem cisza. Zero
kontaktu. Dzwonię wieczorem, a on łaskawie informuje, że zapomniał!
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Zamówiliśmy dla Igi skałę, bo dziewczę
zafascynowało się krewetkami. Będzie je hodować w akwarium. Zanim przyjadą
krewetki, dziecko musi przygotować dla nich środowisko słonowodne. Jestem taka
mądra, bo zostałam uświadomiona. Skała to jeden z jego elementów, jakby co.
Potem będą turboślimaki, rafa i wreszcie krewetka boksująca, a wszystko przyjedzie
do nas przesyłką konduktorską. Ciekawe, kto ją odbierze o świcie na dworcu? Już
słyszę: „mamo, zawieziesz mnie? Proszę.” I jak tu nie jechać po krewetkę, która
może nieźle przyłożyć? W końcu nazwa zobowiązuje.
Kocham moje dzieci, ale czasem ich
pomysły mnie dobijają.
Tak jak na przykład patyczaki Rafcia,
które mnożyły się na potęgę w akwarium o wymiarach szafy. Chociaż były
przykryte siatką, ich mikroskopijna wielkość pozwalała na omijanie bariery,
zatem robale skakały po całym pokoju małego hodowcy. A on bał się je łapać, bo
były bardzo ruchliwe i niemiłe w dotyku. Fuj! W końcu uschły z braku
nawilżania.
Albo chomiki, które padły z głodu.
Karmienie ich było trudne ze względu na to, że zawsze gryzły, w ich przekonaniu intruza,
wkładającego żarcie do klatki, w rękę. I w ten oto sposób naraziły się na
tragiczny koniec, bowiem po kilku tygodniach nikt nie chciał być tym
dobrodusznym żywicielem gryzoni.
Jedynie pies się sprawdził i żyje do dziś.
Kiedy Iga przyszła z nim po niedzielnej mszy kilka lat temu, mówiąc, że sam się
do niej przyplątał, jakoś trudno było mi w to uwierzyć. Tym bardziej, że pies
nie szedł, a był niesiony przez moją latorośl w obstawie licznych kolegów i
koleżanek, i minę miał niepewną. Na pewno nie błagalną w stylu: „proszę cię
dziewczynko, przygarnij mnie”. Błagalne były za to spojrzenia wszystkich
dzieciaków, które spowodowały, że
uwierzyłam, iż rozwiesimy po niedzieli ogłoszenia o zagubionym psiaku. O
matczyna naiwności! Pies został, ma się dobrze i właściwie jest to mój pies, bo
gdy trzeba z nim wyjść na spacer, wszystkie moje dzieci, które tak bardzo miały
się nim zajmować, są zawsze bardzo zajęte.
Często się źle czują, albo właśnie odrabiają, o dziwo, lekcje lub spadły
na nich wszystkie plagi egipskie i po prostu nie mogą ruszyć się z domu! A pies drapie łapką w kolano i piszczy. I wtedy
oczywiście mi go szkoda. Zatem, wydarłszy się na moje latorośli ile sił w płucach
i tak wreszcie idę sama na spacerek z tym naszym Wickiem.
Dobrze chociaż, że krewetek nie trzeba
wyprowadzać na siku.
Awizo w skrzynce od kilku lat za każdym
razem mnie przeraża. Sąd czy komornik? Okaże się po odstaniu godziny w kolejce
na poczcie. Jak można zrobić mega remont na miarę XXI wieku i nie wstawić tylu
krzeseł, aby petenci nie musieli stać w długaśnym ogonku albo nie zamontować
klimatyzacji? Ludzie, tu się pracuje w upale, przy wielkich witrynach
nagrzanych słońcem i stoi w kolejce godzinami, bo pani w okienku nie może
znaleźć przez 40 minut mojej przesyłki i pyta kilka razy czy nie wiem, co to
miało być – paczka czy list i jaki duży! Bo listy na poczcie są ułożone według
wielkości, a nie skatalogowane zgodnie z
numerami ze wskazaniem odpowiedniej przegródki. Ale jakby co, to poczta
ma system informatyczny ułatwiający pracę pani z okienka.
List ze skarbówki. Podatek nie zapłacony
w terminie, wezwanie do zapłaty i koszty upomnienia. Wiadomo że zapłacę, jak
będę mogła. Na razie musiałam uregulować zaległy ZUS, bo poborca był już ze
trzy razy. Albowiem komornik ze skarbówki to nie komornik, tylko poborca.
Zostałam uświadomiona w tej kwestii. Spisał nawet protokół zajęcia telewizora,
ale jak zapłaciłam, wszystko anulował. Dobrze, że samochód jest na moją mamę,
bo pewnie już dawno by mi go zabrali. A bez auta jak bez ręki. Towar do sklepu
trzeba wozić i po hurtowniach jeździć, żeby wyłapać co lepsze kąski. A
pociągiem do Łodzi przecież nie pojadę. Chyba, że Pendolino zacznie o Ptaka
zahaczać.
Niedawno odwiedziłam skarbówkę na ich
uprzejme zaproszenie. Pan, który mnie obsługiwał stwierdził, że najniższy mandat,
jaki może mi wymierzyć to 700 złotych, bo za kilka przekroczonych terminów w
zapłacie podatków, tyle może mi zaproponować. Łaskawca. Na końcu, gdy grzecznie
podziękowałam, podsumował z przekąsem, „nie ma za co, to bardzo źle wydane
pieniądze”. Tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że ja nie próbuję się ślizgać
i nie zapłacić. Po prostu jak nie mam, bo muszę kupić towar albo dziecku książki
do szkoły, a złamas ojciec nie płaci alimentów, to nie zapłacę podatku tylko
to, co jest ważniejsze dla przeżycia. A zaległości ureguluję jak będę mogła i
to z odsetkami. Nie, to trzeba jeszcze podatnika udupić karą i mową
umoralniającą, a ty się człowieku ukorz i spal ze wstydu.
- Mamo, Rafał nie chce zejść z kompa, a
teraz moja kolej! – Iga wpada do kuchni wyraźnie wkurzona. Matko, kiedy ja jej
wreszcie kupię laptopa? Może na święta.
- Synu, puść ją wreszcie! Iga musi coś
napisać do szkoły – próbuję być miła, choć te ich stałe kłótnie o komputer
doprowadzają mnie do szału.
Tak jakby nie mogli ustalić jakiegoś
grafiku? W końcu nie są maluchami! Ale, ale, jak trzeba coś zrobić, bo mama
prosi, to okazuje się, że są. No i kłócą się nieustająco, i wyzywają dość
niewybrednie. Tylko kiedy chcę interweniować i wtrącam się w tę ich awanturę,
nagle okazuje się, że to ja jestem intruzem, bo oni tylko dyskutują jak brat z
siostrą. Ok. Lepiej się nie odzywać, bo będzie na mnie. Kiedy indziej słyszę: „mamo,
no bo ty jesteś zbyt łagodna. Ja właśnie chcę, żebyś mi zakazywała i
zabraniała. Krzycz na mnie, to wtedy będę grzeczniejszy i będę się lepiej
uczył.” A jak krzyczę, to jestem zła mama. Boże, widzisz i nie grzmisz. Tak źle
i tak niedobrze. Gdzie te czasy, gdy mój mały synuś tulił się do mnie
nieustająco, aż siostra nazwała go Tuluś. Słodkie to było niesamowicie.
O! Zapadła cisza. Chyba się dogadali.
- Mamo, mogę siąść do kompa? – Rafcio –
Tuluś załączył swoje mendzenie i będzie tak przychodził do kuchni co pięć minut
z nadzieją, że każę siostrze go puścić. Zwariuję! Cholera, cebula się
przypaliła!
Śpię i śnię czy faktycznie ktoś wali do
drzwi? Jakby pięściami. Obudziłam się już na dobre. Trzeba wstać. Mam stracha,
w końcu jestem sama z dzieciakami. Może to jakiś lump albo, nie daj boże,
napity jeszcze mężuś przypomniał sobie o nas? W tym całym cyrku, braku czasu i
pieniędzy, długach i komornikach, najbardziej pokrzepiająca jest myśl, że
odejście od niego było najlepszą decyzją w moim życiu i powtórzyłabym ją po
tysiąckroć, jeśli by trzeba było.
Zapalam światło, przykładam oko do
wizjera. O Boże, sąsiadka z dołu. Rzeczywiście wali pięściami w drzwi na
przemian z dzwonieniem. Otwieram, mówiąc cicho: „ Wie pani, która jest
godzina?”
- Co to ma być?! Co to za walenie?! Ja nie
mogę spać?! – krzyczy pańcia w pikowanym, różanym szlafroczku.
- Ale o co chodzi? – pytam
zdezorientowana. – Jest czwarta nad ranem. Obudziła nas pani.
- Tak?! To wy mnie obudziliście! Ciągle
coś wali w rury! Słyszę bębny od strony kuchni! Ja sobie nie życzę! Mój mąż nie
może spać, a rano wstaje do pracy! – wrzeszczy na całą klatkę.
- Jakie bębny? Obudziła nas pani.
Dobranoc. – Bębny! Tam-tamy może? I jeszcze szamana do tego?
Zamykam drzwi przed nosem krzyczącej
babie, która postawiła na nogi zapewne połowę mieszkańców bloku. Zresztą moje
dzieciaki też. Ale, gdy usłyszały kto nas odwiedził, popukały się w czoło, odwróciły
na drugi bok i śpią. Zadziwiające! Jedni śpią jak susły, choć bębny im nad
głową grają, a inni słyszą odgłosy, których nie ma. Tak jak pani mieszkająca
pod nami, która potrafi przyjść z pretensjami o zbyt głośne zachowanie wtedy,
gdy nas nie ma w domu. Można by się było przyzwyczaić, ale to po prostu wkurza.
Dzieci wysypią na podłogę klocki – jej spada na głowę żyrandol. Przysuwamy
krzesło do stołu, ona słyszy przemarsz wojsk. Właściwie to nie ona, tylko jej
mąż, który nigdy nie przyszedł na skargę, mówi grzecznie dzień dobry i
generalnie jest spokojny jak Dulski. I tak od lat. Całe życie z wariatami.
2
Ciocia Zdzisława jest zaprzeczeniem
dobrego smaku. Zawsze ubrana w kocową spódnicę z czterech klinów i sweterkową
bluzkę szczelnie opinającą jej liczne fałdy na brzuchu. Prawdziwa ciotka
Bondarzewska. Jednak ma ona coś, czego może jej pozazdrościć niejedna pani
domu. Nieźle gotuje, a na pewno robi pyszne desery. Zatem wszyscy wybaczają jej
niedostatki natury i chętnie korzystają z licznych zaproszeń, bo u cioci zawsze
jest coś smacznego do zjedzenia.
Dla mnie wyprawa do ciotki Zdzisławy, to
trzygodzinna jazda na wieś moim wiekowym
autem w natłoku powtarzającego się wielokrotnie: „Daleko jeszcze?” Zawsze
staram się sobie wmówić, że to z tęsknoty za pysznościami przygotowanymi przez
ciocię moje dzieci są tak upierdliwe i przez kilka godzin zadają nieustająco
jedno pytanie. Jednak, po przemyśleniu, dochodzę do wniosku, że to ich wrodzona
konieczność uprzykrzania się rodzicom jest powodem marudzenia. Przecież
wiadomo, że dzieci spędzając czas z kimś innym niż rodzice, jadąc w odwiedziny
do wujka czy babci, potrafią być najsłodszymi bączkami pod słońcem. Nie trują,
nie łobuzują, są miłe i słodkie. Wynoszą śmieci i nakrywają do stołu i po
wizycie babcia stwierdza, że to najcudowniejsze dzieci pod słońcem i zaprasza
ponownie. A ty się człowieku użeraj! Dlaczego tak jest? Nie mam, kurczę, zielonego
pojęcia! Może to ciocie i dziadkowie powinni zajmować się wychowywaniem nie
swoich dzieci, a rodzice braliby je do domu od święta i wtedy byliby dumni ze
swoich pociech, które byłyby nad podziw grzeczne? Ok. Zły pomysł. A co z
przytulaniem, mówieniem: „kocham cię, mamo” i spaniem z wtulonym w ramiona
maluchem. Coś za coś. Jest mały Tuluś, a potem buntownik w cielęcym wieku. I
najwidoczniej to mendzenie rodzicom sprawia mu swoistą frajdę i jest wpisane w
naturę dziecka, tak jak uprzejmość dla cioć.
Tym razem, o dziwo, ciocia Zdzisława
postanowiła odwiedzić nas. No, nas, to może za dużo powiedziane. Poinformowała
mnie telefonicznie, że przybędzie w sobotę wraz z wujkiem Romanem. Przyjadą do
rodziców, więc byłoby miło, gdybyśmy też się tam zjawili. Swoją drogą, trzeba
mieć niezły tupet, aby zapraszać gości do domu szwagra bez jego wiedzy. Ale na
brak tupetu ciocia nigdy nie chorowała.
Dzieciaki ucieszyły się, że jedziemy do
dziadków, bo teraz widywały ich dość rzadko. Kiedy były małe, rodzice byli
obecni non stop, zwłaszcza wtedy, gdy pogoniłam ich ojca. Mama gotowała obiady,
ojciec robił zakupy i woził dzieciaki na zajęcia dodatkowe. Jednak teraz, gdy
Iga i Rafał są już samodzielni, nawet nie chcą, aby babcia była stale w domu
pod nieobecność matki. Wolna chata to przywilej i nobilitacja wśród rówieśników.
Wiadomo. Co prawda życzliwa sąsiadka z dołu nieraz dzwoni do mnie z informacją,
że dzieci rozrabiają i sufit po raz kolejny – aż dziwne, że jeszcze go ma - spada
jej na głowę, ale traktuję to z dystansem, wiedząc, co babol potrafi wymyślić.
Po pracy pognałam do domu, zwinęłam
dzieciaki i pojechaliśmy do rodziców. Ciotka Zdzisława nie toleruje spóźnień,
zatem starałam się jak mogłam. Wolałam być przed nią niż wysłuchiwać potem stękania na temat punktualności i
obowiązkowości. Na szczęście udało się. Ciocia wparowała 10 minut po nas,
spocona i sapiąca. Spojrzała na Igę, przyciągnęła do siebie, wycałowała
czerwoną szminką i odsunąwszy ją od siebie słodko zapytała:
- Obcięłaś włosy? Dlaczego? W długich
było ci lepiej. - I uśmiechnęła się słodko.
Iga nie wiedząc jak zareagować na taki zachwyt
nad jej nową fryzurą, wycofała się rakiem do kuchni. Teraz kolej na Rafcia.
Jakoś obyło się bez komentarzy. Tylko dziecko musiało rękawem wycierać
obśliniony policzek. Ja usłyszałam, że coś przytyłam ostatnio, ale biorąc pod uwagę,
że przez ostatni rok pożycia małżeńskiego schudłam 18 kilo, to chyba dobrze.
Ciocia oczywiście przywiozła pyszne
ciasteczka i kremy, których nazw nie pamiętam, ani przepisów nie potrafiłabym
uskutecznić. Było ich z pięć rodzajów, a wszystkie znakomite w smaku i
kaloryczne jak diabli czyli takie, jakie lubię.
- Czego się napijecie? – Zapytała mama.
- Ja chętnie kawy – odparł wujek.
- Roman, ty pierdoło, nie możesz pić
tyle kawy, podnosi ci ciśnienie – do rozmowy natychmiast włączyła się ciocia. –
Ja poproszę kawę z mlekiem.
- A może coś mocniejszego? – Zapytał mój
ojciec, kierując pytanie głównie do wuja.
- Roman nie może, prowadzi – ciotka była
szybsza od męża. – Ale ja się chętnie napiję. Co proponujesz?
I tak to było. Ciocia mogła, jeśli tylko
miała ochotę, wypić kieliszeczek. Wujek, od wielu lat nazywany przez małżonkę
pierdołą, musiał uważać na swoje zdrowie, a alkohol, w przekonaniu cioci, mu
nie służył. Zawsze miała go na oku, a gdy tylko zniknął z pola widzenia
natychmiast pojawiało się pytanie „no i gdzie ta moja pierdoła?” Taka troska
miała swój urok, ale dla wujka musiała być na dłuższą metę męcząca, dlatego też
nie zawsze słuchał, co jego małżonka ma do powiedzenia i po prostu wyłączał się
lub robił to, na co miał ochotę.
Gdy byłam mała w naszym domu rodzinnym zawsze
było dużo ludzi. Pojawiali się nie wiadomo skąd liczni kuzyni i wujowie.
Przyjeżdżali z różnych stron i zawsze byli mile widziani oraz serdecznie
goszczeni. Z racji dużej rodziny było to nieuniknione. Ciotka Zdzisława z wujem
Romanem mieszkali niedaleko nas. Mogli przyjść nawet na piechotę, albo
przyjechać wystaną przez godzinę lub dłużej na postoju taksówką. Imprezy, nawet bez okazji, były radosne, stół obficie
zastawiony, a wódeczka schłodzona. Wszyscy się dobrze bawili, żartowali, a gdy
przychodził czas rozstania mój ojciec obficie polewał „progowe”. Progowy to po
prostu ostatni kieliszek. Tyle, że tych ostatnich było niekiedy kilka albo i
kilkanaście. Wujek Roman, który jeszcze wtedy nie był pierdołą, progowych nie odmawiał
i zawsze żal mu było wychodzić, był
ponaglany przez swoja małżonkę. Ciotka, od momentu, w którym postanowiła
wyjść, stała ubrana w przedpokoju i nieustająco powtarzała: „Roman, idziemy”.
Ponieważ Roman żegnał się z biesiadnikami długo i co chwilę pił kolejnego
ostatniego progowego, ciotka wychodziła
informując, że jedzie sama do domu. Pojawiała się po mniej więcej pół godzinie
mówiąc: „Roman, idziemy” i znowu znikała za drzwiami mieszkania. Sytuacja
powtarzała się kilkakrotnie i dopóki wujek pił progowe, ciotka chodziła wokół naszego
bloku, co jakiś czas stając w drzwiach i komunikując swoje: „Roman, idziemy”. A
dziś ciotka i wuj mieszkają daleko, nie mogą przyjść na piechotę w odwiedziny,
zaś wujek zawsze jest kierowcą, zatem nie ma mowy o progowych, ani o żadnych
innych także.
3
- Chcę się spotkać. Porozmawiamy. – Odebrałam
kolejny telefon od prawie byłego, który miał genialne pomysły dotyczące naszego
rozstania, podziału majątku i dzieci.
Po moim odejściu twierdził uparcie, że skoro
podziałowi podlega majątek małżonków, to można podzielić też potomstwo. Zatem ja mam wziąć Igę, a on zabierze Rafcia. Jakby
nasze dzieci były meblami lub kryształami na półce w segmencie.
- Po co mamy się spotykać?
- Bo musimy uzgodnić wiele rzeczy. – A nie
spraw?
Ok. Ale po co spotykać się z kimś, kto
ma problemy psychiczne, bo wóda wyżarła mu pół mózgu i stale utrzymuje wymagany
poziom alkoholu w organizmie, twierdząc przy tym uparcie, że nie pije?
- Nie chcę się z tobą spotykać.
- Będę o 11 na ławce za blokiem.
Rozłączył się. Zawsze tak robi z obawy
przed podsłuchem założonym w jego telefonie przez tajne służby. Bo jakby co, to
przecież bardzo ważna persona jest, a może i szpieg nawet, i na pewno są osoby
zainteresowane wszystkimi tajemnicami ujawnianymi przez niego jego prawie byłej
żonie. Czasem mam ubaw po pachy słuchając jego teorii spiskowych. Schizofrenia?
Zeszłam z Wickiem, nie mówiąc nawet
dzieciom, że ojciec jest na osiedlu. Skoro wystąpił do sądu o uregulowanie
kontaktów z nimi, chociaż wcale ich nie utrudniałam, to będzie je widywał tylko
w wyznaczone dni. Poza tym dzieciaki wcale nie spotykają się z nim chętnie, bo
zawsze jeżdżą do jego siostry, gdzie się nudzą. Paranoja!
- Czego chcesz? – jak zawsze wokół Zenka
unosił się odór alkoholu pokrytego gumą do żucia i fajkami. Ale jakby co, to
syrop – lekarstwo na każdą chorobę.
- Słuchaj, wyjeżdżam! – Zobaczyłam obłęd
w jego oczach?
- Nareszcie. Dokąd?
- Na Ukrainę. I tam mnie zabiją.
Parsknąć czy nie parsknąć. A jednak nie
mogę się oprzeć. Jak ja mogłam żyć z takim mitomanem?!
- Śmiej się, śmiej. Ale jak zginę, to
pamiętaj, że jestem zabezpieczony. Zostawiłem testament w czterech
egzemplarzach u czterech osób. Jeśli coś mi się stanie, to one będą wiedziały
co zrobić. Chcę zabezpieczyć dzieci, a wykonawcą testamentu będzie mój szwagier.
Jaka niespodzianka. Klamka, wiecznie wyśmiewany
i wyzywany przez jeszcze mężusia, nagle
stał się jego powiernikiem? Brawo. Cóż za odmiana.
- I co? Wszystko robisz dla dobra
dzieci?
- Oczywiście. Bo ja myślę o nich i o ich
przyszłości.
- Ciekawe, dlaczego zatem w sądzie tak
zaciekle walczysz o majątek, zamiast przepisać go na dzieci. Może zrób to przed
wyjazdem, zamiast spisywać jakieś testamenty? Zaoszczędzimy czas i pieniądze
jak ciebie zabiją na tej Ukrainie. – Mój śmiech niesiony między blokami długo
rozbrzmiewał na osiedlu. Czy ja kiedyś będę miała do czynienia z
osobnikami zdrowymi umysłowo?
- Gdzie byłaś, matko? – Ledwo winda
zatrzymała się na naszym piętrze, a synuś już otworzył drzwi i podparty pod
boki zapytał z przekorą w głosie.
- Nie widać? Z psem na spacerze, synu.
- Ciocia Magda dzwoniła, a ja ciebie
szukałem po całym mieszkaniu.
- Nasze mieszkanie nie jest, zdaje się, na
tyle ogromne, żeby mnie zbytnio szukać. Chyba nie myślałeś, że schowałam się w
szafie przed wami?
- Oj tam, oj tam. Oddzwoń do cioci
Magdy. – Koniec rozmowy z rodzicielką. Komputer przecież czeka. Dobrze, że już
nie jest na etapie Tibii, bo wtedy t-shirt z napisem „będę bronił Tibii
krzesłem” był jak najbardziej na czasie. Teraz przynajmniej zdarza się kontakt
wzrokowy.
- No cześć, Dziubasku. Dzwoniłaś. Co
tam? – odezwałam się radośnie do Magdy.
- Tak, dzwoniłam, ale ty jak zwykle
gdzieś łazisz, zamiast dzieci pilnować.
- Też cię kocham.
- Mam problem. Z Kamą. – Magda umiała
znaleźć sobie problem.
- Jaki znowu problem? Przecież to
dziecko nie stwarza problemów.
- Nie uczy się. Przestała się uczyć. –
Dało się wyczuć lekką histerię.
- Co to znaczy przestała? Ma same
jedynki albo chcą ją wyrzucić ze szkoły, bo podpaliła w kiblu dziennik?
- Oj nie, Baśka, oszalałaś?! – Magda się
oburzyła. - Opuściła się w nauce, no. I nie wiem co robić. – Smutek i troska
przebijał z głosu Magdy.
- Ok, nie ma zatem jedynek. To ma dwóje.
- Nie. Czwórki ze trzy i jedną tróję, z
matematyki. Ale na koniec roku są egzaminy gimnazjalne, rozumiesz? Nie będzie
się uczyć to nie dostanie się do dobrej szkoły.
- Pogięło cię, kobieto?! Jest
październik, początek roku szkolnego, twoja córka ma dobre oceny, a ty martwisz
się czy zda egzaminy za rok? Załaduj z rozpędu głową o ścianę.
- No co?
- Pstro.
- To znaczy, że nie mam się czym
martwić?
- Nie masz.
- I będzie dobrze z Kamą na koniec roku?
- Będzie! Oczywiście! – Radość ponownie
pojawiła się w moim głosie.
- Uff. Uspokoiłaś mnie. Wiedziałam, że
jak z tobą pogadam, to powiesz mi prawdę, denerwować się czy nie. Kiedy
wpadniesz na kawę?
- Zadzwonię w piątek. Może w weekend się
umówimy.
- Oki. Przytulam cię do serduszka.
- Pa. Buziaki.
Męcząca taka nadopiekuńcza mamusia, ale
jak wyznawać miłość i okazywać uczucia nauczyłam się właśnie od niej. Choć,
gdybym miała taką matkę, to wyłabym do księżyca. Zagłaskałaby na śmierć!
4
Umówiłam się na randkę z facetem z portalu randkowego. Jakoś, o dziwo, ktoś się
mną zainteresował, choć długo na to czekałam. Dopiero gdy wstawiłam zdjęcie,
odezwał się pewien facet. Swoje zdjęcie miał dość niewyraźne, ale co tam,
spróbuję. Powiedziałam Magdzie, gdzie jadę, żeby w razie czego ktoś wiedział
gdzie mnie szukać. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafi mi się jakiś kolejny
psychopata. Boję się jak cholera, ale umówiliśmy się w publicznym miejscu, więc
jakby co, będę krzyczeć.
Gdy podeszłam do drzwi restauracji, już
czekał. Rozpoznałam go po sztruksowej marynarce, zresztą nikt inny tam nie
stał. Przedstawiliśmy się sobie i weszliśmy do środka.
- Nosisz okulary? – zapytał już przy
stoliku.
- Tak. Na zdjęciu faktycznie ich nie
miałam. – Oho, już coś mu nie leży.
- Co porabiasz? Bo ja…. - i zaczęła się
długa opowieść o imprezach z artystami, byłych żonach i narzeczonych oraz
litrach wypitych drinków. Generalnie facet był nudny jak flaki z olejem. Nie interesowało
go nic, co dotyczyło mojej osoby. Rozpływał się nad swoim życiem, próbując
zrobić wrażenie tą tyradą. Tak naprawdę zaś był po prostu podstarzałym, mało
atrakcyjnym drobnym pijaczkiem, od którego na odległość waliło kacem i który
liczył, takie miałam odczucie, na spotkanie sponsorki.
- Muszę niestety już iść. – Spojrzałam
ostentacyjnie na zegarek. - Dzieciaki na mnie czekają. Wiesz, czworo dzieci,
biznes na głowie, dom. Zaganiana jestem. Poza tym jutro wyjeżdżam na urlop i rano
mam samolot, a muszę się jeszcze spakować. To pa. Trzymaj się. – Umknęłam przed
ewentualnym wylewnym pożegnaniem i pognałam biegiem na parking. Zatrzasnęłam za
sobą drzwi, włączyłam blokadę i siedziałam z zamkniętymi oczami przez kilka minut
głęboko oddychając. Czułam do siebie normalnie obrzydzenie. Jak mogłam pójść na
jakąś randkę z nieznajomym? Wszystko przez Zuzę.
- Dlaczego nie masz profilu na żadnym
portalu randkowym? Nie chciałabyś się z kimś spotykać Basiu?
- Chciałabym, ale nie potrafię tak nawiązywać
kontaktów. Ja w ogóle trudno nawiązuję kontakty z nowymi osobami.
- Jak chcesz, to ja będę za ciebie pisać,
załóż tylko profil.
- No coś ty?
- Co? Ja tam uwielbiam takie gierki.
Piszę z kilkoma faciami na raz. Tylko wrzuć zdjęcie. Bez fotki nie masz szans.
Wiesz, zdarzają się oszołomy, ale ja takiego potrafię wyczuć. Podpytam o różne
rzeczy i wiem czy gość ma poważne zamiary, czy chce się tyko zabawić.
- No nie wiem. – Miałam ogromne
wątpliwości.
- W zeszłym tygodniu umówiłam się z dwoma,
godzina po godzinie. Myślę sobie, jak pierwszy się spodoba, to drugiego
odwołam, A jeśli nie, to mam drugiego w zanadrzu. Taka oszczędność czasu.
- Zuzanna, ale ja nie potrafię!
- Potrafisz. Chyba chcesz mieć męża? Bo
ja chcę. Przecież taki chłop jest potrzebny choćby po to, abym miała z kim na
wesele pójść.
- Na jakie wesele?
- Oj, tak ogólnie mówię. To co,
rejestrujesz się? Daj znać jakbyś chciała, to ci pomogę. Trzeba wiedzieć co
napisać. W każdym razie na pewno nie szczerą prawdę.
No i założyłam ten cholerny profil.
5
- Mamo, dziś przyjdzie do mnie kolega.
- Dlaczego mi to mówisz? Przecież stale
ktoś do ciebie przychodzi?
- Oj, bo on przyjdzie pierwszy raz. –
Iga była najwidoczniej trochę skrępowana.
- To znaczy, że zaleca się do ciebie,
tak?
- Oj tam zaraz zaleca. Zaprosiłam go i
tyle.
- No dobra. Spokojnie. Niech przyjdzie.
- Kto przyjdzie?! – Do pokoju wpadł
Rafcio, który zawsze był bardzo ciekawski.
- Nikt. – Iga zastopowała go
natychmiast.
- No kto? Mamo!
- Kolega Igi.
- Jaki kolega?
- Nie wiem jak ma na imię. Jak, Iguniu?
- Nieważne. – Iga nie dawała za wygraną.
- A ja wiem. To Mazik. – Rafał był
najwyraźniej z siebie dumny.
- Kto?
- No Mazik. Marek. Ten z gry.
- Z jakiej gry?! – Przerażenie zajrzało
mi w oczy.
- No internetowej przecież. Boże, mamo,
ty nic nie wiesz.
- Skąd mam wiedzieć? Nie gram z wami w
gry internetowe.
- To może zacznij. Będziesz wiedziała
kto podrywa Igę.
- Matko boska, ktoś cię podrywa w
Internecie? – Tyle się słyszy o zboczeńcach w sieci!
- Mamo! Gram z kolegami, ze znajomymi
znajomych i tylko z nimi spotykam się na żywo.
- Na pewno?
- Na pewno. – Iga najwyraźniej chciała
mnie uspokoić.
- Oki, to kto tu przyjdzie?
- Słyszałaś przecież, co powiedział
gumowe ucho. Mazik.
- Kto to jest?
- Kolega z gry. Znajomy Pawła z drugiego
piętra.
- Oki. Może jakieś ciasto upieczemy?
- Oszalałaś? Kolega do mnie przyjdzie, a
nie babcia.
Po południu w tę jakże miłą niedzielę,
zadzwonił dzwonek u drzwi. Do mieszkania wkroczył Mazik – starszy od Igi ze dwa
lata postawny chłopak. Mojej córce wręczył różę, Rafciowi breloczek z Lego, a
mi butelkę wina mówiąc, iż nie lubi do nikogo przychodzić z pustymi rękami.
Zatkało mnie. Nie wiedziałam, czy wypada przyjąć butelkę od, bądź co bądź
dorosłego, jednak niezwykle młodego kolegi mojej córki. Po krótkim namyśle
uprzejmie podziękowałam i poszłam w samotności kontemplować dziwne zachowania
współczesnej młodzieży, od której niejeden dorosły mógłby się czegoś nauczyć w
kwestii savoir vivre.
Za dawnych czasów facet, chcąc zdobyć
kobietę, musiał się nastarać. Tak przynajmniej mówiła moja babcia. Słał swatów,
przynosił prezenty. A teraz myśli taki, że skoro pani jest samotna, to zapewne
jest też potrzebowska. Słyszałam kiedyś takie określenie. A co, skoro taka pani
myśli nieustająco o utrzymaniu dzieci, domu, pracy i innych nudnych tematach
dnia codziennego i chce mieć po prostu święty spokój? Otóż nic, albowiem
podrywający samiec jest pewien, iż sam jego widok wprawia ją w zachwyt.
Przychodzi zatem jak po swoje, chce obściskiwać i nie potrafi przyjąć odmowy. A
jeśli do tego ma zaborczą i wścibską mamusię, która wszędzie węszy zakusy na
swojego jedynaka, to prawdziwa katastrofa.
Dwa stoiska od mojego syn z matką
sprzedawali buty. Duży wybór, niskie ceny, wielu chętnych. Syn bajerował
klientki i potrafił sprzedać najgorszy szajs każdej solarce z różowymi tipsami.
Mamusia zaś bardziej niż handlem zajmowała się pilnowaniem synusia. Nie chciała
bowiem przypadkowej synowej, której by nie potrafiła zaakceptować. Syn, stary
kawaler, pewny siebie koleś, kiedyś być może niezłe ciacho, dziś miał wylewający
się znad ciasnego paska brzuch i królewskie przyzwyczajenia. Zapewne w czasach,
gdy mamusia zaczynała handlować, a każdy towar powiedzmy butikowy schodził na
pniu, synuś żył jak pączek w maśle. Sam był również pożądanym towarem od
prywaciarza. Jednak teraz, kiedy tak naprawdę stracił już dawno szansę na
założenie rodziny, był po prostu samolubnym popaprańcem emocjonalnym
rozpuszczonym przez kobiety, niestety. Co prawda, zapewne znalazłby niejedną
chętną małolatę, która zgodziłaby się związać z nim swój los, ale on wziąłby na
zawsze tylko tę, która wygląda jak milion dolarów. A takie nie były nim
zainteresowane.
I tak oto pilnująca syna matka, zaczęła
zaglądać czasem do mnie na pogaduchy, a za nią często przychodził i synalek. A
to się już pani bizneswoman nie spodobało. Zaczęła mnie obserwować. I nie wiem,
co się uroiło w tej jej główce, ale paranoja na pewno.
Któregoś dnia po powrocie z pracy do
domu, Rafcio poinformował mnie, że była u mnie koleżanka.
- Jaka koleżanka?
- Nie wiem, mamo. Nie znam jej. Ale ona
mnie zna, bo zaczepiła mnie pod klatką, kiedy wracaliśmy z chłopakami z boiska.
– Umorusany Rafcio jeszcze nie zdążył umyć się po grze w nogę.
- Jak to zaczepiła?
- No tak, po prostu. Stała pod klatką,
jak podeszliśmy. Zapytała, czy ja jestem Rafał i czy Basia to moja mama.
- A ty co powiedziałeś?
- Że tak, ale jej nie znałem, to
zapytałem kim ona jest.
- I co odpowiedziała?
- Że twoją koleżanką ze szkoły i że
byłyście umówione. Ale jak powiedziałem, ze mamy nie ma, to poszła.
Nie miałam pojęcia, jakaż to koleżanka
ze szkoły mogłaby mnie odwiedzić, tym bardziej, że moja edukacja zakończyła się
ze dwadzieścia lat temu.
- Jak wyglądała ta pani?
I Rafcio opisał mi wypisz wymaluj
mamusię ze stoiska z butami. Najpierw pomyślałam, że to niemożliwe, ale po
spokojnej analizie stwierdziłam, iż kobieta ostatnio zbytnio mnie obserwuje i
dopytuje o różne szczegóły. Ale skąd wiedziała, gdzie mieszkam?
Na ciąg dalszy nie musiałam długo
czekać. W środę po Wszystkich Świętych pojechałam do Magdy. Oczywiście
przerobiłyśmy wszystkie możliwe problemy wychowawcze, które mają rodzice
grzecznych dzieci. Dowiedziałam się nawet, że nie wszystkie córki w trudnym
okresie dojrzewania trzaskają drzwiami krzycząc „nienawidzę cię”.
Wróciłam do domu po dziesiątej
wieczorem. I wtedy zauważyłam nieodebrane połączenie. Nie chciałam oddzwaniać o
tak późnej porze, tym bardziej, że nie wiedziałam do kogo. Jednak telefon sam
oddzwonił, a właściwie zadzwoniła pani od butów.
- Moja droga, dzwoniłam wcześniej, ale
nie odbierałaś. Jesteś w domku?
- Tak. Dobry wieczór.
- Przepraszam, Basiu, że przeszkadzam
tak późno, ale wiesz, skarbie, dzwoniła
do mnie znajoma z bloku obok. Ona widzi drzwi do twojego boksu i mówiła,
słodziutka, że tam się ktoś kręci czy próbuje się włamać. Przyjedź tu i zobacz,
co się dzieje, kochanie. – Pani mamusia była tak słodka, że o mało co nie
zwymiotowałam.
- Ale gdyby coś się działo zadzwoniłaby
do mnie ochrona – odparłam zemdlona i zdziwiona.
- Ochrona może coś przegapić, słodziutka.
- To może proszę dać mi numer do tej pani, która dzwoniła.
- Oj, nie mam – powiedziała moja
interlokutorka zbolałym głosem.
- Mówiła pani, że to znajoma.
- Tak, ale nie mam, kochana.
- A gdzie ona mieszka?
- No naprzeciwko. – Pani była już najwyraźniej
zmęczona moimi pytaniami. Chyba żałowała, że w ogóle zadzwoniła.
Znajoma, której nie zna, mieszka blisko,
ale nie wie gdzie. Czy ja jestem w ukrytej kamerze? Nudziło się jej bez syna,
który, z tego co wiedziałam, wyjechał na kilka dni? Bingo!
Podziękowałam, wyrwałam Igę sprzed
telewizora i pojechałyśmy. Sama miałam pietra. Takie durne myślenie, że dziecko
mnie przed kimś obroni w środku nocy!
Podjechałyśmy, jednak nie pod halę targową, ale pod blok pani
mamusi. Wiedziałam, gdzie mieszka, bo nieraz widziałam jak rzucała synowi
kanapki z balkonu. Stanęłam przed jej oknami, zadzwoniłam i poprosiłam, żeby wyjrzała
przez okno.
- Hello! – powiedziałam akcentując jak
Mariolka z kabaretu. - Widzi mnie pani? Stoję
przy samochodzie pod klatką. Macham do pani. O właśnie.
- Ale o co chodzi? – spytała pani od
butów z przekąsem.
- Ja jestem tutaj, a synuś pojechał z
inną babką. Dobranoc.
Pańcia sapnęła coś, ale już nie
usłyszałam co. Rozłączyłam się. Wsiadłam do auta i odjechałam wioząc obok moje
zdezorientowane dziecko.
- Mamo, po co tu przyjechałyśmy? – Iga
była jakby w szoku.
- Żeby głupiej babie się pokazać.
- Aha.
Byłam dumna, że zrobiłam to, na co zawsze mam ochotę, gdy trafiam na
wrednego osobnika. Zazwyczaj postępuję tak jak wypada, aby nikogo nie urazić, nie
zrobić nikomu przykrości. A walcie się na ryj, prostaki wredne! Dlaczego ja mam
być zawsze grzeczna i dostawać po dupie?
Od dziś jestem samolubną egoistką.
I
w nagrodę za moją odwagę pojechałyśmy na lody do Mc Donald`sa. Miałam też ochotę
na ich boskie frytki i… zaszalałam.
A może umówię się z tym jej synusiem na
randkę?
6
I tak nadeszło Boże Narodzenie. Pogoda
co prawda nie zachęcała do świętowania, ale ponoć w nocy miał spaść śnieg. Trzy
dni przed świętami za ladą stała już tylko zaufana pani Ania, która kolację
wigilijną miała przygotowaną od kilku dni – pierożki i kapusta czekały w
zamrażarce, a barszcz ugotuje synowa. Ja co prawda nie musiałam przygotowywać
Wigilii, bo szliśmy do rodziców, ale jakieś mięsiwa popiec należało. No i
dokupić co nieco prezentów. Internet bardzo mi to wszystko ułatwił, ale jeszcze
nie wszystko miałam. Jednak najważniejsza była choinka. W tym roku
postanowiliśmy zakupić żywy świerk od znajomej mieszkającej za miastem, która
przy domu, za płotem ma niewielką plantację drzewek. Wyposażeni w siekierkę i
sznurek wyruszyliśmy we trójkę na wieś. Pani Małgorzata miała wyskoczyć na
chwilę z pracy i pomóc w wyborze choinki. Podjechaliśmy pod jej dom, parkując
na trawniku przy posesji. Gospodyni pojawiła się o umówionej godzinie. Poszliśmy
do zagajnika i uzgodniliśmy, które drzewko wytniemy, po czym pani Małgosia
pobiegła z powrotem do swoich obowiązków.
Wspólne, rodzinne ścinanie choinki miało
dla mnie jakiś szczególny wymiar. I Iga, i Rafał piłowali pień na zmianę ze mną
i choć nie szło nam to wcale sprawnie, była w tym jakaś magia. Czułam ducha
Bożego Narodzenia, ten świąteczny nastrój. Wreszcie ścięte drzewko zostało
przez nas zaciągnięte na skraj lasku. Wyszliśmy spoceni, w ubłoconych butach,
ale uśmiechnięci.
Na przystanku, po drugiej stronie ulicy,
stała para. Nieduża kobieta z siwą głową i mężczyzna w czapce ciecia Maliny z
nausznikami.
- Ładnie to tak kraść komuś choinkę spod
domu?! – zawołał mężczyzna.
Czy to do nas? Nikogo poza nami tam jednak
nie było.
- Słucham? – Zapytałam, bo wolałam się
upewnić, czy ten pan coś mówił.
- Co? Nie chce się jechać na rynek? Żal
50 złotych na choinkę wydać? Lepiej ukraść, wyciąć drzewo z lasu. – Facet był
dumny ze swojej zjadliwości.
Zagotowało się we mnie. Właściwie nie
wiem dlaczego, bo mogłam go przecież zabić siłą spokoju.
- Czy pan naprawdę myśli, że wycięlibyśmy
komuś spod domu, spod płotu choinkę? Oszalał pan?
Zaczęłam się śmiać, bo głupich nie
sieją, sami się rodzą. A tu taki okaz.
- Jeszcze się śmieje – powiedział
uprzejmy pan do swojej towarzyszki. Kobieta nie odzywała się i wyglądała jakby
jej było wstyd za gościa.
- Proszę dzwonić 997! – Zawołałam do
faceta, no bo jak tu dyskutować z takim obserwatorem. Zapewne należy do tych z
typu „uprzejmie donoszę”. W każdym razie tak mi się kojarzył w tych swoich
nausznikach.
Stałam tak i patrzyłam na niego z
pobłażliwym uśmiechem, jednocześnie wciągając choinkę na dach samochodu. I
wtedy z domu obok wyszła starsza pani, która stanęła na przystanku obok
komentującego pana. Facet, ujrzawszy ją, rozpoczął swoje biadolenia na temat
złodziei kradnących drzewka bożonarodzeniowe.
- Nie, tam jest Małgosia. To jej
znajomi. – Usłyszałam, co oznaczało, iż to ja miałam rację, a nie wygadany pan,
który zrobił się momentalnie czerwony i zasapał głośno.
- Może jakieś przepraszam?! – zawołałam
głośno.
- Nie, nie przeproszę! Na pewno nie! – I
rozpoczął swoją tyradę od początku - No tak, parkują gdzie chcą! Zastawią
człowieka! Sobie by tak nie zaparkowała! – I zupełnie nie pamiętał, że pod jego
domem kilka minut wcześniej parkował ogromny tir, który zastawiał nie tylko
trawnik, ale i wjazd na posesję.
Choinka po ustawieniu w stojaku i
ubraniu w lampki, bombki i łańcuchy przewróciła się niszcząc wszystko, co
znalazło się w jej pobliżu. Z parapetu zjechały dwie doniczki, a kwitnące w
nich storczyki zostały połamane. Drzewko, upadając, pohaczyło i pozaciągało
jedną z nowych zasłon, a kilkanaście bombek – moich pamiątek z dzieciństwa,
potłukło się w drobny mak. O łańcuchach lepiej nie wspominać. Choinkę trzeba było
rozebrać i zakupić nową, stabilniejszą. W wigilię zakupu drzewka można było dokonać już tylko w markecie, gdzie tak
naprawdę zostały same ochłapy. Albowiem stragany z choinkami, których było z
pięć pod moim blokiem, na dzień przed Bożym Narodzeniem już nie były
rozkładane.
Wszyscy chcą mieć święta, a pańcia z
miasta niech wszystko organizuje dużo wcześniej, a nie na ostatnią chwilę!
Muszę zacząć brać przykład z pani Ani. Szkoda tylko, że choinki nie da się
zamrozić.
7
- Baśka, co robisz w Sylwestra? – Magda
nie dawała za wygraną.
- Mówiłam już, zostaję w domu. –
Odpowiadałam za każdym razem.
- Nie wierzę ci. Znowu idziesz na jakąś
randkę w ciemno? No mów!
- Zostaję w domu, kobieto.
- No daj spokój, sama w sylwestra?
- Dzieciaki muszą być pod kontrolą.
- Pogięło cię?! W sylwestra trzeba się
bawić, a nie pilnować dzieci! Samotna impreza jest do bani!
- Ale ja chcę odpocząć, nie mam ochoty
na imprezę. Poza tym sama mam iść na sylwestra?
- Z nami. – Magda oburzyła się. – Basiu,
przecież cię przygarniemy pod swoje skrzydła.
- Dziubas, naprawdę nie mam ochoty. Mam
dość tego roku. Tych przepychanek z byłym oszołomem, komorników i sądów. Chcę
odreagować w ciszy i spokoju. Daj mi już spokój. Proszę cię.
- No dobra. Ale jakby co, to wiesz, że
cię kocham.
- Tak, oczywiście, że wiem.
- To papatki. Zadzwonię jutro.
- Pa.
Naprawdę chciałam zostać w domu. Tak
naprawdę marzył mi się sylwester we dwoje, z jakimś ukochanym. Szampan, świece,
romantyczna kolacja i my. A potem przytulanie i pocałunki w nieskończoność. Sex
niekoniecznie. Ale romantyzm w pełnym wydaniu jak najbardziej. Skoro jednak nie
było żadnego przyzwoitego kandydata na spełnianie moich marzeń o księciu na
białym koniu, zupełnie powinien wystarczyć mi święty spokój.
Iga idzie na imprezę do Pawła, trzy
piętra niżej. Rozmawiałam z sąsiadką – mamą organizatora domówki i wszystko
będzie pod kontrolą. W mieszkaniu obok mieszka babcia, która ma do nich czasem
zajrzeć. Poza tym ja przecież będę kilka pięter wyżej. No i trzeba mieć
zaufanie do dzieci. W końcu każdy miał kiedyś naście lat.
Za to Rafał robi swoją pierwszą imprezę
w domu. No, o ile można mówić o imprezie sylwestrowej w przypadku
trzynastolatków. Przyjdzie trzech kolegów, pograją na kompie, poskaczą przy Xboxie,
wypiją Piccolo i odprowadzimy wszystkich wspólnie do domu. Spacer dobrze nam
zrobi przed snem w tę noworoczną noc. Przygotuję chłopcom kanapeczki, jakieś
ciacho i spokojnie będę sobie oglądać melodramaty w drugim pokoju.
Tak więc wszystko było ustalone. Po
świętach zrobiłyśmy z Igą zakupy. Dobrałyśmy jej kreację pasującą do tysiąca
warkoczyków na głowie, zaplecionych za kasę zebraną w ramach prezentów
bożonarodzeniowych. W sylwestra moja córcia – mistrzyni cukiernictwa, upiekła
dwa pyszne ciasta – jedno na swoją domówkę, drugie na imprezę brata.
O dziewiętnastej pojawili się, jeden po
drugim, koledzy Rafała. Rozlokowali się w dużym pokoju. Zaanektowali mój telewizor,
do którego podłączyliśmy Xbox. Na stole rozstawiliśmy kanapki, ciasto, napoje i
niezbędne naczynia. I tak rozpoczęła się impreza małolatów.
Ja zaś przygotowałam sobie cichy zakątek
w pokoju Igi. Kolacyjka, ciepła herbatka, na deser ciasteczko. Przejrzałam
program na kilku kanałach. Mogłam wybierać do woli w komediach romantycznych. W
razie czego miałam w odwodzie płytę z nieśmiertelnymi „Czterema weselami i
pogrzebem” oraz „Notting Hill”. Uwielbiam Hugh Granta.
- Mamo, możesz nam zrobić jeszcze
kanapek?! – Rafcio wpadł do pokoju jak kula armatnia.
- Przecież były ich dwa duże talerze.
Zjedliście wszystkie?
- Tak. Jesteśmy jeszcze głodni.
- Ok, tylko sama zjem, bo jeszcze nie
zaczęłam.
- To poczekaj i zrób najpierw dla nas.
Please. – I mina kota ze Schreka.
Dzieci chcące coś od rodziców znają
różne sztuczki!
- No dobrze. – Zrobię szybko i mam
upragniony spokój.
- Rafał, przycisz muzykę! – Tym razem to
ja wpadłam do dużego pokoju.
- Co?!
- Pstro. Przycisz telewizor.
- Ale mamo, jest sylwester. – Znowu ten
błagalny wzrok. I to razy 4.
- Trochę przyciszcie, nie słyszę filmu,
który oglądam.
- Proszę pani, ja to załatwię. –
Sebastian, kolega Rafcia od przedszkola wkroczył do akcji.
- No dobrze. Po prostu przyciszcie.
Wychodząc z pokoju kątem oka zauważyłam,
że z dorobionych kanapek zniknęły może ze trzy.
- Rafał! Przycisz. Ile razy mam zwracać
uwagę?!
- Ok, mamo. Już przyciszam. Chłopaki, a
może teraz Xbox? Mamo, przyniesiesz nam gry ode mnie z pokoju? Please.
Dobrze, im szybciej będzie ciszej tym
lepiej. A ja wreszcie dokończę w spokoju kolację.
Matko, skąd oni mają tyle siły w
płucach? Czy muszą tak głośno kibicować sobie nawzajem? Rafał twierdzi, że
muszą. Sebastian miał to załatwić, ale chyba nie sprostał zadaniu.
- Chłopaki, nie skaczcie z takim
impetem, bo tym razem naszej sąsiadce naprawdę sufit spadnie na głowę.
- Ale mamo, przecież na tym polega ta
gra. Trzeba skakać, żeby zdążyć.
- Dobra chłopaki – Sebastian tonem
lidera odezwał się do kolegów. – Nie skaczemy. Rafał, dawaj tę grę na szukanie
wyjścia. – I dodał – załatwione, proszę pani.
Po kilku minutach rozpoczęło się regularne
stukanie, a właściwie walenie w ściany.
- Mamo, mamo, zaraz północ! – Przysypiałam,
o ile to możliwe przy panującym w moim domu hałasie. – Daj szampana!
- O matko, już północ? Jest na balkonie.
- A kieliszki?
- Chyba kubeczki? Są przecież na stole.
- Aha. – I wypadł tak samo jak wpadł.
Północ. Więc jeszcze tylko kilkadziesiąt
minut i koniec, cisza. Dam radę.
- Chłopaki, skąd macie tyle szampanów?
- To bezalkoholowy, proszę pani. –
Sebastian był adwokatem wszystkich.
- Przecież nie wypijecie ich wszystkich.
Nie otwierajcie następnego.
- Mamo, właśnie o to chodzi, żeby
otworzyć. W sylwestra tak się robi. – Rafał był bardzo podekscytowany.
Aha, nie miałam pojęcia, że tak się
robi. Mój pokój był pobojowiskiem pełnym rozdeptanych kanapek i kawałków
ciasta.
- Poczekajcie, przyniosę wam czyste
kubeczki. – Wyszłam do kuchni, aby nie ujawniać przerażenia na widok demolki.
Gdy wróciłam po dwóch minutach okazało
się, że kubeczki wcale nie były potrzebne. Dwa otwarte sylwestrowe napoje
gazowane były rozlane do brudnych kubków i na stół. Sebastian stojąc w progu
balkonu potrząsał trzecią butelką, z której wydobywały się kłęby bąbli i
wyglądał jak rozemocjonowany kierowca Formuły I po wygranym wyścigu. Pozostali
chłopcy stali obok i wydzierali się z radością na widok strzelających
fajerwerków. Ściany i podłogę balkonu pokrywał wylewający się napój. Po
opróżnieniu butelki panowie weszli w ociekających Piccolo skarpetach do pokoju
i rozpoczęli składanie sobie życzeń. Uciekłam, tłumiąc wrzask.
- Mamo! Idziemy odpalić petardy! – Rafał
wypadł za mną z pokoju. – Dasz nam zapalniczkę?
Sprzątanie pobojowiska po męskiej
imprezie zakończyliśmy wiosną, gdyż w noc sylwestrową przyszedł mróz i rozlane
bąbelki zamarzły na długi czas, tworząc na balkonie ślizgawkę w kolorze
czerwieni.
8
Nigdy nie dość atrakcji. 2-go stycznia w
skrzynce na listy wezwanie do komornika. Tym razem sądowego. Kiedy otwieram
taką korespondencję, chciałabym od razu wiedzieć, o co chodzi. A jak dowiedzieć
się czegoś dzień po Nowym Roku? Będę teraz trwać w niepewności aż do dnia po
Trzech Królach, jeśli uda mi się dostać do kancelarii, bo tam zawsze jest tłum
ludzi. Bardzo to smutne.
Swoją drogą zadziwiające jest, że zawsze
w okolicach świąt znajduję w skrzynce przesyłki, na które nie czekam i które
mają na celu pognębić mnie finansowo i psychicznie. Tak jakby urzędnicy nie
mogli poczekać ze złymi wiadomościami do stycznia. No cóż, liczą się zapewne
statystyki w ściganiu dłużników. Słaby wynik równa się brakowi premii rocznej.
Aż dziwne, że tym razem przetrwałam Boże Narodzenie bez tłumaczenia się z cholernych
długów prawie byłego.
Telefon wyrwał mnie z drzemki. Po
remanencie byłam dość zmęczona. Przekładanie z miejsca na miejsce setek par skarpetek
męskich, gaci damskich i rajstop dziecięcych będzie mi się chyba śniło po
nocach. Swoją drogą nie ma co narzekać. I tak dobrze, że po działaniach jeszcze
małżonka udało mi się ponownie to wszystko uruchomić i odzyskać klientów. No, a
w słuchawce kolejny koszmarek. Zenek płacze:
- Miałem zabrać dzieci, ale nie mogę. –
Tak jakby to było coś dziwnego.
Odwoływanie spotkań w ostatniej chwili i
nie odbieranie telefonu to chleb powszedni ojca moich dzieci. Ściema to chyba
jego drugie imię.
- Ok.
- Nie mogę. – Przedłuża rozmowę.
- No dobrze. Dzięki, że zadzwoniłeś.
- Ale naprawdę nie mam jak ich zabrać. -
Czeka na moje zainteresowanie jego płaczliwym głosem.
- Ok. To kiedy będziesz mógł się z nimi
spotkać? – Nic z tego.
- Nie wiem.
- Zadzwoń jak będziesz wiedział. Cześć.
- Mam raka – mówi szybko, żebym nie
zdążyła się rozłączyć
Trochę mnie zatkało. Rak to w końcu
poważna sprawa. Jednak biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe pomysły mojego
rozmówcy, powinnam być ostrożna w ocenie sytuacji.
- Mam raka stóp i umieram. – no
nie!!!!!!!!!!! Znowu cyrk na kółkach. Może będzie mnie teraz brał na litość?
Przerobiliśmy już chyba wszystkie
warianty możliwości dogadania się. Było dziesiątki spotkań na moją lub jego
prośbę. Na 90% z nich prawie były przychodził wstawiony. Albo obiecywał, że
podpiszemy ugodę odnośnie podziału majątku, albo straszył, że mnie załatwi, bo
ma papiery i nagrywał wszystkie rozmowy ze mną, adwokatami i nie wiadomo z kim
jeszcze, a wtedy wyląduję na śmietniku. Najgorsze było to, że w trakcie jednej
rozmowy potrafił zmienić zdanie kilka razy. Cóż, wóda ryje banię!
Umawianie się z dziećmi to inna bajka,
bo zaplanowanych wizyt i wspólnych wyjazdów oraz telefonów było tyle, że trudno
zliczyć, a dotrzymanych obietnic w tej kwestii tyle, co kot napłakał. O braku
zainteresowania imieninami, komuniami, zakończeniami roku i innymi
uroczystościami nie wspomnę. Zawsze tylko czcze gadanie bez pokrycia. Ja
naprawdę musiałam być chyba niespełna rozumu wybierając go. A moja babcia
zawsze mówiła, gdy nuciłam sobie podczas jedzenia: „nie śpiewaj przy jedzeniu,
bo głupiego męża będziesz miała”. No i wykrakała, babcia ukochana.
- Co takiego? Jesteś pewien?
- Tak. Mam wyniki badań. – Zenek miał
roztrzęsiony głos.
- A byłeś u kilku lekarzy? Takie
diagnozy trzeba potwierdzać.
- Nie byłem, ale wiem. Umieram. Ale
zabezpieczyłem dzieci. Testament jest u mojego szwagra. – Już nie u czterech
osób? Ups.
- I czego oczekujesz ode mnie?
- Powiedz dzieciom.
- Ja? Chyba powinieneś zrobić to sam.
- Nie, ty powiedz. Wtedy lepiej to
zniosą.
- Ok. Jak będziesz czegoś potrzebował,
to dzwoń. – Chciałam zakończyć wreszcie tę rozmemłaną rozmowę.
- Dzięki. – Znowu słyszę łkanie. –
Cześć.
- Cześć.
Dzieciom oszczędziłam informacji o raku.
Temat choroby ojca umarł śmiercią naturalną. Kolejna rozmowa z prawie byłym
przebiegła w radosnej atmosferze i pełna była jego pomysłów na to, jak mnie
udupi.
Wizyta u komornika rozbawiła mnie nie
mniej niż kolejny pomysł Zenona. W kancelarii, po przypomnieniu, że złożyłam
wniosek o ściąganie niepłaconych alimentów z majątku ojca dzieci, zażądano,
abym doprecyzowała ruchomości i nieruchomości, które mają zostać zajęte.
- Musi pani wypełnić wniosek
szczegółowo. Podać potencjalne źródła dochodu dłużnika, posiadane nieruchomości
i tym podobne.
- No tak, ale nieruchomości to mamy
jeszcze wspólne.
- Aha. Skoro zatem nieruchomości macie
wspólne, to może jakieś ruchomości, przedmioty wartościowe ma ten pan.
- Mamy kilka takich, ale też wspólnych.
- To ma pani problem. Chociaż takie też
możemy zając na poczet alimentów. – Pan był najwyraźniej zniecierpliwiony.
- A w jaki sposób, skoro one są też
moje?
- Zwyczajnie. Zajmujemy na przykład
odkurzacz, wystawiamy na licytację, połowę uzyskanej kwoty oddajemy pani, bo
pół sprzętu należy do pani, a pozostałą kwotę, po potrąceniu naszych kosztów,
przekazujemy pani jako spłatę długu męża.
- Czy ja dobrze rozumiem? Pan zabiera
odkurzacz, z którego korzystam ja oraz moje i dłużnika dzieci, otrzymuję od
pana w zamian, powiedzmy, połowę kwoty, którą muszę wydać na zakup nowego
sprzętu, a komornik jeszcze anuluje część należnego długu, tak?
- Dokładnie tak.
- Przecież to jakiś absurd! – Nie kryłam
oburzenia.
- Nie, proszę pani. Postępujemy według
ściśle określonych przepisów prawa. To co, uzupełnia pani wniosek?
9
Karnawał. Czas intensywnego imprezowania
dzieci i dorosłych, byle zdążyć przed Wielkim Postem.
Iga też zaczęła chadzać do klubów i na
domówki. Wśród jej niezliczonych znajomych pojawiła się Agnieszka, która była stałą bywalczynią
takich rozrywek.
W sobotę Aga przyszła do nas już około
południa, tak, by mogły z Igą spokojnie przyszykować się do wyjścia. Moja córka
nigdy nie spędzała tyle czasu przed lustrem, co za czasów przyjaźni z
Agnieszką. Po ustaleniu, dokąd pójdą rozpoczęło się wyszukiwanie ciuchów. Nie
tylko szafa Igi poszła w ruch, moja także. Nie mam nic przeciwko pożyczaniu
ubrań własnemu dziecku, ale obcym niekoniecznie. Cóż jednak zrobić, gdy córka
wywleka wszystko, co jej wpadnie w ręce i traktuje jak swoje. Przygryzłam zęby
i starałam się nie patrzeć.
Kolejnym etapem był makijaż i fryzura.
Przedpokój zamienił się w salon kosmetyczny. Przejść nie było jak, a do Rafcia
stale przychodzili jacyś koledzy.
- Mamo, otwórz drzwi, bo ja nie mogę
dojść do domofonu! – Wykrzykiwał mój syn.
- Nie mogę, właśnie mnie zablokował
kabel od lokówki! – Też miałam problem z przemieszczaniem się. – Iga, otwórz
drzwi!
- Nie mogę, mamo! Maluję oko Agnieszce.
I takie oto dialogi prowadziliśmy przez
całe sobotnie popołudnie.
Około siedemnastej zapowiedziała wizytę Aneta, która kiedyś mieszkała w bloku obok
nas. Nasi synowie chodzili razem do szkoły i tym sposobem zakumplowałyśmy się. Teraz
mieszkała na innym osiedlu, ale zaglądała do nas czasem, kiedy udało się jej wyrwać od domowych obowiązków. Właśnie
była w ciąży z czwartym dzieckiem. Matka Polka.
Anetka była prostą, dobroduszną
gospodynią domową. Jej mąż, biznesman, był niezwykle obrotnym facetem i
zapewniał godny byt rodzinie. Jednak zmieniał profesje jak przysłowiowe
rękawiczki, bo, jak mówił, rozkręcony biznes już go nie cieszył. Zatem,
właściwie, rodzina stabilności nie miała, za to tatuś miał różne stabilne
przyjemności w postaci pojazdów terenowych i szybkich motorów. Żona, zajmująca
się wychowywaniem dzieci, praniem,
gotowaniem, robieniem przetworów, paleniem w piecu, pieleniem ogródka,
podejmowaniem licznej rodziny i znajomych robiła, niestety, tylko koszty. Zatem
musiała iść do pracy, aby na siebie zarobić. Do kosztów utrzymania Anetki
należały między innymi opłaty za jej telefon oraz zakup nowej opony do
samochodu męża, jeśli, odwożąc dzieci na angielski, akurat złapała gumę. Takie
tam normalne małżeńskie rozrachunki. Teraz, korzystając z kolejnej ciąży, przez
krótki czas łapała oddech na zwolnieniu lekarskim.
Anetka przybyła punktualnie i z siłą
karabinu maszynowego wyrzuciła z siebie potok słów na powitanie. Nie wszystko
zrozumiałam, ale uśmiechnęłam się na powitanie. Aneta mówiła, bardzo szybko,
sporo przy tym przeklinając. Przyjechała sama, bo dzieci zostawiła na imprezie
urodzinowej u dziecka sąsiadów.
- Cześć. Mam dwie godziny, potem muszę
odebrać dzieci. Widzę, że Iga gdzieś idzie. Na imprezę, tak?
- Do klubu. Ale dopiero wieczorem.
- To już teraz takie przygotowania?
- Wiesz jak to jest z dziewczynami.
Potrzebują dużo czasu na wystrojenie się.
- Ja tam biorę szybki prysznic, perfum
pod pachy i nie tylko – puściła do mnie oko – i jestem gotowa. Chociaż teraz, z
brzuchem, to muszę sobie dać na wstrzymanie. Oj, potańczyłabym sobie. – Anetka
najwyraźniej rozmarzyła się.
Popijając bawarkę, bo tak trzeba będąc w
ciąży, wspominałyśmy, jak to było, gdy my byłyśmy nastolatkami. Obgadałyśmy też
nasze ciąże i porody. Niewątpliwą atrakcją tych wspomnień była opowieść o tym,
jak Anetka chciała zajść w pierwszą ciążę z nowo poślubionym mężem. Po bardzo
satysfakcjonującym stosunku, w którego szczegóły niekoniecznie chciałam być
wtajemniczona, choć ona nie miała nic przeciwko temu, Aneta leżała
kilkadziesiąt minut z nogami uniesionymi od bioder w górę w przekonaniu, iż
taka pozycja pozwoli na przedostanie się plemników we wskazane miejsce. I jak
można zareagować na tak szczere wyznanie? O mało co nie zakrztusiłam się
bawarką.
- Mamo, zrobisz nam herbaty? – Iga
zajrzała do pokoju. - Mamy jeszcze mokre paznokcie.
- Jasne. – odparłam. – Chodźcie tu
posiedzieć do pani Anety, a ja nastawię wodę.
Wróciłam z zieloną herbatką o smaku
truskawek w śmietanie. Uwielbiamy ją z Igą. Wystrojone dziewczyny siedziały po
obu stronach Anetki i wypytywały ją na przemian o ciążę.
- A czy dziecko kopie panią w brzuch?
- To chłopiec. Czasem kopie. Najczęściej w nocy, gdy śpię. Jest wredny jak
jego tatuś, też zawsze chce coś ode mnie w nocy.
- Aneta! – podniosłam głos w obawie, aby
nie drążyła tematu poczynań swojego męża w nocy. – Napijesz się herbaty?
- Tak. Poproszę.
- Gorącej herbaty? – Zapytała tym razem
Agnieszka z przerażeniem w głosie. – A nie boi się pani, że dziecko się
poparzy?
Opadoszczęk zagościł nie tylko na mojej
twarzy. Mentalnych blondynek jest wśród nas więcej niż przypuszczamy.
10
- Mamo? – Iga wpadła do kuchni i zagadała
szeptem. – Policja do ciebie?
Wyszłam do przedpokoju. W drzwiach stało
dwóch policjantów. Po przedstawieniu się zapytali, czy mogą wejść.
- Oczywiście, proszę. O co chodzi?
- Otrzymaliśmy zgłoszenie od sąsiadów,
że u państwa jest stale głośno, że zakłócacie państwo ciszę.
- Nocną?
- Nie tylko. W dzień też jest głośno.
- To znaczy?
- Bardzo głośno działają u pani urządzenia
w łazience. Konkretnie prysznic.
- Prysznic? – Zdziwiłam się.
- Tak.
- I biorąc prysznic zakłócam ciszę?
Komu?
- Niestety nie możemy pani podać
nazwiska osoby, która złożyła doniesienie.
- Zapewne pani mieszkająca pod nami,
prawda? – Policjant zrobił niewyraźna minę.
Oczywiście, że ona. Wkurzyłam się, że ta
baba znowu coś wymyśliła. Bo któż inny mógłby pójść na policję z pretensją o
źle działający prysznic?
- Proszę pana, mój prysznic działa jak
wiele innych w tym bloku. Korzystamy z wody za jego pomocą w sposób powszechnie
przyjęty za poprawny. Jeśli pani mieszkającej pod nami nie odpowiada nasza
metoda, niech zasponsoruje nam wymianę urządzenia na zadowalający ją model. –
Sytuacja była co najmniej zabawna i wyzwoliła we mnie pokłady złośliwości.
- Wie pani, my musimy zareagować na
każde wezwanie, nawet absurdalne. Trzeba pojechać i sprawdzić. Proszę nas
zrozumieć.
- Ok. Rozumiem. – Pan policjant
zaskoczył mnie uprzejmością.
- Przepraszamy za najście. Proszę tylko
podpisać potwierdzenie naszej wizyty.
Policjanci wyszli, a ja nie wiedziałam,
czy się śmiać, czy płakać.
Po tygodniu otworzyłam drzwi po sygnale
dzwonka, a tu administrator ze spółdzielni mieszkaniowej.
- Dzień dobry. Otrzymaliśmy zgłoszenie,
że pani zakłóca spokój sąsiadom.
Nie!!!!!!! Znowu?!!!!!!!!!!
- Chodzi o sąsiadkę z dołu – raczej
potwierdziłam niż zapytałam.
- Tak. I prysznic. Chcielibyśmy
sprawdzić, czy są podstawy do zgłoszenia.
- Proszę pana, była już u mnie policja w
tej sprawie. Teraz kolejna wizyta?
- Proszę pani, ta pani sąsiadka była u
nas przez ostatnie dwa miesiące co drugi dzień. Zakłócanie ciszy, jak twierdziła,
to sprawa policji, więc tam ją odesłaliśmy. Ale ona wróciła. Proszę się zgodzić na przeprowadzenie wizji
lokalnej. – Błaganie w głosie pana administratora przekonało mnie.
- Na to chętnie się zgodzę. Bardzo
proszę.
- Zatem kiedy możemy przyjść, aby
dokonać wizji?
- Proszę wskazać termin. Dostosuję się.
– Ja też byłam grzeczna.
- Dobrze. Więc jutro o 11. Może być?
- Tak. Będę czekała. Do widzenia.
- Do widzenia.
Na wizji zjawiło się dwóch Panów z
administracji. Jeden zszedł do sąsiadki i tam nasłuchiwał odgłosów z mojej
łazienki. Drugi puszczał z kranów w mojej łazience wodę. Powtórzyli te
czynności kilkakrotnie. Następnie spisali protokół zawierający informację o
tym, iż moja łazienka wyposażona jest w urządzenia sanitarne zamontowane prawidłowo
i odpowiednio zaizolowane oraz uszczelnione. Nieprawidłowości w użytkowaniu instalacji
wodno-kanalizacyjnej umywalki i wanny nie stwierdzono. Prysznica brak.
11
Iga miała wrócić przed dwudziestą. Od
kiedy w sylwestra przyszedł mróz, a kilka dni później spadł śnieg, zima miała
się dobrze. Było bardzo ślisko i trochę martwiłam się, czy autobus, którym
miała wrócić podjedzie pod górę na osiedle. Zimą często się zdarzało, że samochody
osobowe nie dawały rady, a większe pojazdy cofały się blokując skrzyżowania.
Sygnał domofonu wyrwał mnie z zamyślenia. To na pewno Iga, Rafał jest przecież
w domu.
Otworzyłam drzwi zanim winda zatrzymała
się na naszym piętrze.
- Mamo – Iga była zapłakana.
- Matko! Co się stało, dziecko?
- Przewróciłam się, poślizgnęłam – łkała
Iga.
- Gdzie ?
- Pod klatką.
- Uderzyłaś się? Coś cię boli?
- Głowa. Upadłam na plecy i głową
uderzyłam o krawężnik.
O Boże, przerażenia w moich oczach chyba
nie dało się ukryć.
- Jedziemy na pogotowie! Już! Nie
rozbieraj się! – Iga zaczęła kręcić nosem. – Rafał, musisz zostać sam. W razie
czego dzwoń.
- Dlaczego sam? Gdzie wy jedziecie? –
Rafcio był najwyraźniej zdezorientowany. Oderwano go przecież od kompa i przez
moment nie wiedział, gdzie jest.
- Iga przewróciła się na lodzie. Musimy
jechać do szpitala. W razie czego dzwoń. – Bez przekazywania dalszych
szczegółów cmoknęłam synusia w czoło i zamknęłam za sobą drzwi.
Pojechałyśmy do szpitala na izbę
przyjęć. Po wyjaśnieniu pani w okienku informacyjnym powodu naszej wizyty, ta
skierowała nas do punktu przyjęć – pokoju, w którym opowiedziałyśmy kolejnej
osobie to samo, co przed chwilą w informacji. Skierowano nas do gabinetu
lekarza internisty. On powinien zadecydować, jaki lekarz miał Igę obejrzeć.
Korytarz przed pokojem doktora wypełniony był po brzegi pacjentami. Dopytawszy,
kto jest ostatni, znalazłyśmy miejsca siedzące na końcu korytarza – jedno na
chybotliwym krześle, drugie na parapecie. Wyjrzałam przez okno. Znowu padał
śnieg. Obyśmy tylko mogły odpalić samochód, kiedy wreszcie stąd wyjdziemy. Już
dwa razy wzywałam pomoc drogową w tym roku, a ten dopiero się zaczął.
Iga, jako dziecko, miała wyraźnego pecha
i często doznawała różnych obrażeń ciała.
Mając ze dwa lata, na wakacjach nad
morzem, bardzo chciała podać ojcu butelkę z napojem. Siedzieliśmy w gronie
rodzinki i przyjaciół, a dziecko, asekurowane przez babcię, potknęło się o
własne nogi. Butelka się zbiła, a szkło wbiło się w przedramię Igi. Na
szczęście była wśród nas pielęgniarka, która zajęła się opatrzeniem rany, ale
nasze przerażenie było ogromne.
Jako trzyletni maluch Igusia, podczas
wizyty u znajomych, nagle wpadła zakrwawiona do pokoju. Ugryzł ja pies, leżący
w kuchni. Płacz dziecka doprowadził do ukarania psiaka, choć nikt nie wiedział,
co się tak naprawdę stało. Łagodny pies nagle zaatakował Igę, którą znał od
urodzenia? Po latach okazało się, że dziewczę podeszło do śpiącego zwierzęcia i
zaczęło dmuchać mu w nos. Pies się przestraszył i poderwał mocno głowę, uderzając
Igę, i uszkadzając jej skórę w okolicach wargi. Blizna jest jej znakiem
charakterystycznym do dziś.
Mając pięć lat, podczas wizyty na
działce u dziadków, pobiegła radośnie otworzyć bramę cioci, która właśnie
nadjechała. Pod opieką ojca podniosła metalową zasuwę i już miała pobiec do
samochodu gości, gdy metalowy pręt spadł jej na głowę. Ranka była
mikroskopijna, ale krew lała się jak z kranu. Spotkanie z ciocią zakończyło się
zanim się zaczęło, a my wylądowaliśmy na pogotowiu.
Pewnego dnia Igusia poszła z koleżanką
bawić się do lasku koło kościoła. Tam zrobiły równoważnię ze starego,
przewróconego trzepaka. Chodząc po nim, Iga potknęła się i zardzewiała rura
zahaczyła o jej nogę. Do dziś ma bliznę na łydce.
Był też skok wśród metalowych drabinek na
placu zabaw i guz wielkości jajka. Liczne drzazgi z pomostu nad jeziorem
podczas wakacji, wyciągane potem mozolnie pensetą przeze mnie, czy
zakrztuszenie się syropem i klepanie po plecach w pozycji do góry nogami.
Rafał miał jedną wizytę w szpitalu. Bawiliśmy
się w kółko graniaste, czy coś w tym rodzaju. Kręciliśmy się w kółko, trzymając
się za ręce. I nagle Rafcio wyślizgnął mi się. Poleciał jak z petardy w stronę
segmentu i uderzył buzią o półkę. Krew leciała z jego ust i nie było widać
jednego zęba. Jedynki. Na pogotowiu nic nie poradzili, kazali robić zimne
okłady i udać się do chirurga stomatologicznego. Tam pani doktor stwierdziła,
że ząbek, owszem, jest, choć wciśnięty w dziąsło, ale na pewno wyjdzie
ponownie. Co też się stało po kilku tygodniach. I tyle. A powszechnie uważa
się, że to chłopcy nabijają sobie więcej guzów.
Nadeszła nasza kolej. Weszłyśmy do
gabinetu. Pan doktor wypytał o kolejność
zdarzeń. Równie dobrze mogłybyśmy nagrać opowiadanie o przewrotce Igi na taśmę
i puszczać w każdym gabinecie po kolei. Bowiem pokoi lekarskich zaliczyłyśmy
jeszcze kilka. Chirurg, neurolog, chirurg naczyniowy. Dobrze, że chociaż wykonano
Idze różne badania od prześwietlenia po rezonans głowy, na które już nie trzeba
było czekać. Nie stwierdzono wstrząśnienia mózgu, pęknięcia czaszki ani nic
innego. Na szczęście! Uratowała ją fryzura zrobiona za mikołajowe pieniądze –
warkoczyki, które zamortyzowały uderzenie i uchroniły podstawę czaszki przed
pęknięciem.
Dzieci fundują rodzicom nierzadko
doświadczenia przerażające i stresujące. Po latach opowiada się o nich anegdoty
i pamięta tylko radość po zagojeniu ran. Przynajmniej tak jest w naszej
rodzince.
12
- Pa, synu. Buziak na do widzenia. – Rano
wyszliśmy z Rafałem razem z domu.
- Mamo! Oszalałaś? Jeszcze ktoś zobaczy?
– Buziaki dla mamy były zakazane w cielęcym wieku dojrzewania. Ok, poczekamy.
- No to pa, synu. Uważaj na siebie.
- Pa.
Odwróciłam się w stronę parkingu, a tu
jak spod ziemi wyrosła moja ulubiona sąsiadka.
- Koledzy pani syna wysmarowali mi drzwi
jajkami! – Naskoczyła na mnie.
- Słucham? – Natychmiast podniosłam glos
wypowiadając drugą sylabę.
- Widziałam czerwoną kurtkę!
- Kobieto, nie wiem o co chodzi. Mój syn
nie ma czerwonej kurtki.
- Ale ja widziałam przez okno. Stali pod
klatką i jeden miał czerwoną.
- No i? – Moja cierpliwość była na
granicy wyczerpania.
- No i ktoś obrzucił mi drzwi jajkami!
To na pewno oni!
- W taki razie proszę z pretensjami
zgłosić się do rodziców tego, kto to zrobił. Do widzenia.
Przecież nie mogę odpowiadać za postępowanie
wszystkich dzieciaków pojawiających się w naszej klatce, nawet jeśli są
kolegami mojego syna. Zwłaszcza, że nasza sąsiadka znana jest ze swojego
czepialstwa i wtrącania się w życie innych sąsiadów. Przoduje w umoralnianiu,
jak jakaś babcia moherowa. „Czy pani wie, że ta Kaśka jest źle wychowana? Ona
przeklina. Nie powinna pani pozwalać swojej córce na zabawę z nią’. „Marta z
drugiego piętra całowała się z chłopakiem na podwórku, a pani dziecko się z nią
zadaje? Wstyd!” „Dziecko, nie wolno palić papierosów. Czy twoi rodzice o tym
wiedzą?” I tak oto upominała każdego, jeśli tylko uznała to za stosowne. I
wiecznie sapała i narzekała, że jest chora i zmęczona wspominając o tym
każdemu, kogo napotkała chociażby w windzie. Strach było z domu wychodzić.
Po powrocie do domu znowu awizo. Ileż
można znieść? Poszłam na pocztę, odstałam swoje i ku mojemu zdziwieniu
odebrałam pozew rozwodowy. Najwidoczniej prawie były chciał sobie układać życie
na nowo z którąś z tych młodych lasek, o których opowiadał na lewo i prawo
niestworzone rzeczy. A to, że wyprowadza się do jednej, bo teraz to on ma
życie. Nie to, co ze mną. Albo, że w dziewczynach może przebierać. Takie ma
towary, że każdy by mu pozazdrościł. Tylko on nimi nie jest zainteresowany, bo
postanowił najpierw uporządkować swoje życie. Na mnie te zasłyszane od
znajomych opowieści nie robiły już wrażenia, ale pozew jak najbardziej.
Wreszcie miałam szansę mieć nie prawie byłego męża, ale pełnoprawnego eks.
Tyle, że najpierw miałam spotkać się w
nim w sądzie w sprawie paszportu dla Rafcia, który potrzebował dokumentu jadąc
na kolonie. Po wielu próbach umówienia się na wizytę w biurze paszportowym i
odwoływanych obietnicach Zenka, złożyłam pozew o wydanie paszportu bez zgody
ojca. Niezrównoważonego zresztą.
Na rozprawie pojawił się jak zwykle
skromny i elegancki, ze zbolałą miną poszkodowanego przez los i żonę człowieka.
Doprowadzał mnie tym do pasji. Facet, który chce się ślizgać na złym stanie
zdrowia, które przepił, stale podkreślający jaki jest biedny i zaszczuty przez
żonę, a przy tym mający na celu zagarnięcie tego, na co nie zapracował to
zwykły mięczak. Zero moralnego kręgosłupa i męskiej dumy. Tylko tupet miał jak
mało kto. I wyobraźnię rozbudowaną ponad miarę.
- Cześć. I po co ten cyrk? – Zapytał
podchodząc do mnie przed salą sądową.
- Żaden cyrk. Z tobą najwidoczniej tylko
w sądzie można cokolwiek załatwić – odparłam, nie mając ochoty na zabawę w
odbijanie piłeczki.
Na szczęście poproszono nas punktualnie
na salę rozpraw.
Po ustaleniu naszych tożsamości i krótkim
przepytaniu mnie, sędzia rozpoczęła rozmowę z moim prawie byłym.
- Czy nie wyraża pan zgody na wydanie
synowi paszportu?
- Wyrażam zgodę.
- W taki razie dlaczego pana żona
złożyła pozew?
- Nie wiem. Przecież mogliśmy spotkać
się w biurze paszportowym.
- Czy umawiał się pan z żoną kiedyś w
biurze paszportowym?
- Tak. Nie. Tak, ale nie.
- Nie rozumiem. – Sędzia najwyraźniej
nie mogła załapać toku myślenia mojego jeszcze męża.
- No tak i nie. Umawiałem się, ale nie
mogłem jechać.
- Czy pan wie, że pana syn ma wyjechać w
czasie wakacji na kolonie?
- Tak, ale nie jestem pewien.
- Jak to nie jest pan pewien?
- Nie jestem pewien czy jedzie na
kolonie.
- Co pan przez to rozumie?
- No nie wiem, czy jedzie na kolonie.
Moja żona na pewno chce go wywieźć zagranicę.
- Skąd to przypuszczenie?
- Żona ma koleżankę zagranicą. I na
pewno chce go wywieźć.
- A czy żona kiedyś wspominała panu o
tym, że chce syna wywieźć?
- Nie, ale ja wiem.
- Na jakiej podstawie pan to wie?
- Bo żona ma paszport. I córka też.
Sędzia została porażona mocą argumentów
prawie byłego.
- Proszę pana, czy wyraża pan zgodę na
wydanie synowi paszportu? – Sędzia najwyraźniej nie chciała prowadzić dalej tej
jałowej dyskusji.
- Nie wyrażam.
- W takim razie sąd wydaje nakaz wydania
paszportu dziecku.
Sędzia zwróciła się do mnie z uprzejmą
informacją, kiedy będę mogła odebrać wyrok, tonem głosu sugerując, że
współczuje mi użerania się z typem siedzącym naprzeciwko mnie. Oczywiście,
jeśli pozwany nie złoży odwołania.
Nie złożył. Rafcio pojechał latem na
kolonie w góry. Był najposłuszniejszym, choć jednocześnie najbrudniejszym kolonistą,
gdyż cały wyjazd przechodził w jednych ciuchach, a spakowany przeze mnie plecak
przywiózł z powrotem do domu niemalże nietknięty. Z paszportu skorzystał przy
przekroczeniu granicy ze Słowacją, gdzie dzieci pojechały wykąpać się w
gorących źródłach.
13
- Kobieto, wsiadaj w auto i
przyjeżdżaj! Idziemy na wieczorny spacer. Czekam na ciebie.
- A właściwie czemu nie? Będę
za pół godziny.
- Dzieciaczki, jadę do cioci
Magdy. Dacie sobie radę beze mnie? – zapytałam, z góry znając odpowiedź.
- Oj mamo, przecież nie
jesteśmy dziećmi! – Iga najwyraźniej ucieszyła się, że chata będzie wolna.
- Tylko nie siedźcie długo.
Rafał, słuchaj siostry.
- Dobrze, mamo. – Taki zgodny
synuś mi się trafił?
- Czy wy czasem czegoś nie
knujecie? Ktoś do was przyjdzie?
- Mamo, zawsze powtarzasz, że
powinniśmy być dla siebie najważniejsi na świecie. A kiedy realizujemy twoje
zalecenia, dziwisz się. Gdzie tu logika? – Iga była bardzo elokwentna.
Racja. Zawsze mówię moim
dzieciom, że gdy mnie zabraknie, będą mieć tylko siebie nawzajem i muszą o tym
zawsze pamiętać. Powinni kochać się i zawsze się o siebie troszczyć. I w
zasadzie tak robią. Kłócą się, naturalnie, jak każde rodzeństwo, ale w trudnych
momentach zawsze mogą na siebie liczyć. Potrafią wspierać podjęte przez siebie
nawzajem decyzje i stają we własnej obronie. Najbardziej widoczne było to zwłaszcza
w czasach, gdy chodzili do jednej szkoły. Iga potrafiła wtedy odstraszyć
każdego, kto chciałby zrobić krzywdę jej młodszemu bratu, rozpowiadając na lewo
i prawo, iż Rafał to jej worek treningowy i tylko jej wolno mu przyłożyć. I
wszyscy respektowali to swoiste prawo krwi.
Tym razem byli jednak zbyt
zgodni. Poza tym czujności nigdy za wiele.
Pojechałam do Magdy. Był dość
ciepły kwietniowy wieczór. Po bulwarze spacerowało sporo ludzi. Po przejściu
alejki w dwie strony usiadłyśmy w kafejce przy kawie. Obgadałyśmy już prawie
wszystkich i wszystko. Dowiedziałam się co słychać u licznych, a dawno niewidzianych
znajomych, kto gdzie wybiera się na wakacje i jaki kupił samochód. Nasze
pogaduchy mogły trwać w nieskończoność, tyle, że Magda miała niespożyte siły, a
ja wczesnym wieczorem marzyłam już o łóżku i poduszce. Tym razem jednak dałam
radę i w kierunku domu ruszyłyśmy dopiero około 22.
- Wejdź na górę. Wypijesz
jeszcze herbatkę.
- Zmęczona jestem. Pojadę już
– odparłam zmęczonym głosem.
- Oj daj spokój. Gadasz jak
staruszka zmęczona życiem.
- Bo jestem zmęczona.
- Ale nie staruszka. Idziemy!
– Zarządziła Magdalena.
Otwierając drzwi usłyszałyśmy
męskie głosy.
- Macie chyba gości?
- To chłopaki z pracy mieli
wpaść do Tadka. Chodź, chodź.
Ochotę na udział w męskiej
imprezie miałam raczej średnią, ale w końcu nie chciałam już robić z siebie
takiej marudy.
- Cześć Tadziu.
- O, cześć Basia. A my tu
sobie imprezujemy. – Tadek czknął. Miał już radosny wyraz twarzy. – Poznaj Marka.
A to Krzychu. Pracujemy razem.
- Miło mi – odparłam i uścisnęliśmy
sobie ręce. Marek podał mi sflaczałą dłoń. Nie znoszę, gdy ktoś, zwłaszcza
facet, wita się w ten sposób. Dla mnie to totalny brak szacunku dla drugiej
osoby, jakby powitanie na odczepkę. Co innego Krzychu. Ten miał uścisk kowala.
Magda przyniosła herbatę i
paluszki. Panowie rozpijali kolejną flaszkę i byli coraz głośniejsi oraz bardzo
gadatliwi. Przechwalali się nawzajem sukcesami w różnych dziedzinach.
Chciałam zmyć się szybko, ale
przy tak aktywnych kolegach było to dość trudne. Dopijałam herbetę, gdy
Krzysztof usiadł przy mnie i rozpoczął kolejną opowieść, tym razem o swojej
pasji, czyli nurkowaniu. Byłoby to naprawdę fascynujące, gdyby nie stan
upojenia mojego rozmówcy. Trudna wymowa, spowolnione myślenie i niezrozumiałe
dla mnie skojarzenia. Jednak Krzychu uparcie tkwił w przekonaniu, że jego
opowieść jest nadzwyczaj interesująca.
- I wiesz? Tam było tak pięknie.
– Czknął – Byłaś tam kiedyś? – Znowu czknął, po czym odwrócił się w stronę
oparcia kanapy, odchylił poduchę, zwymiotował, odłożył ją na miejsce i
odwróciwszy się z powrotem w moją stronę powiedział – Przepraszam. To co,
napijesz się może jednak z nami?
O matko! Obrzydlistwo! Jadąc do domu dostałam czkawki na samo
wspomnienie. Przed oczami miałam wyraz twarzy zapowietrzonej Magdy, która nade
wszystko uwielbia czystość w domu.
Dzieciaki już spały. Pies też.
Moje łóżko było pościelone. Czy ja znowu śnię? Tym razem pozytywnie.
- Najwidoczniej dzieci chciały
zrobić mi przyjemność. Kochane są. – Rozczuliłam się.
Rano do pokoju wparował
Rafcio.
- Mamo, śpisz? – Wślizgnął się
pod kołdrę.
Gdy koledzy nie widzą, najwidoczniej
można przytulić się do mamy.
- Już nie. Co tam? Która
godzina?
- Ósma.
- Tak wcześnie wstałeś? – Moje
pociechy znane są z tego, iż moje rano to dla nich środek nocy.
- Wyspałem się – przytulił
się. – Zrobisz mi śniadanie? Jestem głodny.
- A na co masz ochotę. Może
jajecznica?
- Super!
- Tylko najpierw trzeba wyjść
z Wickiem. Może ty pójdziesz? A ja zrobię w tym czasie śniadanie.
- Ja? – Skrzywił się Rafcio. -
Chce mi się jeszcze spać.
- Przecież mówiłeś, że się
wyspałeś.
- Jednak nie. Śpię.
- O Boże, widzisz i nie
grzmisz. – Wstałam, choć mój kręgosłup domagał się jeszcze poprzeciągania w
łóżku.
Idąc do łazienki miałam
uczucie, jakbym weszła w jakieś okruchy. Ale zanim zaczęłam dociekać musiałam
opróżnić pęcherz. Spuściłam wodę i nagle na moje nogi chlusnęła woda. Matko! Co
to?! Nie wiedziałam czy biec po ścierki, czy zakręcać kranik.
- Rafał! Iga! Szybko! – Krzyknęłam.
Rafał pojawił się natychmiast.
- Ja mówiłem Idze, żeby ci
powiedziała wczoraj – łkał i mówił – to nie ja.
- Przecież nic takiego nie
powiedziałam. Iga!
Iga wyszła z pokoju, ale, gdy
zobaczyła, że wody w przedpokoju jest po kostki, natychmiast rzuciła się do
pomocy.
Kiedy już zebrałyśmy to, co
wypłynęło z rur, a mop i ścierki były wykręcone, uważnie przyjrzałam się
sedesowi. Trzymał się tylko dzięki śrubom, którymi był przykręcony do podłogi.
Tylnej spodniej części nie było w ogóle. W jej miejscu była wielka dziura,
zatem spuszczana woda właśnie tamtędy chlustała pod nogi.
- Jak to się stało? Kto to
zrobił? – Nie miałam nawet siły się wkurzać.
- Nie wiem – odparła cicho
Iga.
- Jak to nie wiesz? Byłaś
przecież w domu.
- Ja mówiłem, żeby nie
biegali, mamo. – Rafcio znowu zaczynał płakać.
- Nie becz już! – Iga uciszała
brata
- No, gadać mi tu! – Powiedziałam
może ostrzej niż chciałam, ale zrobiło to wrażenie.
I dowiedziałam się, że do Igi,
jak tylko wyszłam, przyszło kilkoro znajomych. Najpierw siedzieli cicho w
pokoju, ale po jakimś czasie dostali głupawki i zaczęli biegać po mieszkaniu.
Rafał bał się, że przyjdzie sąsiadka i próbował ich uciszać, jednak nikt go nie
słuchał. W pewnym momencie jeden z chłopaków popchnął drugiego, a ten wpadł
przez otwarte drzwi do toalety i oparł się całym ciałem o muszlę klozetową, która
po kilku sekundach pękła. Przestraszone dzieciaki pozbierały kawałki pokruszonej
ceramiki i pożegnały gości. Nie korzystały już w tym dniu z toalety. Pościeliły
moje łóżko i same też poszły spać. Wolały zasnąć niż czekać na mamę, która
przecież i tak się dowie.
Brak toalety był bardzo
uciążliwy. W niedzielę nie było możliwości naprawy sedesu, bo żaden hydraulik
nie był tym zainteresowany. Pogotowie osiedlowe mnie olało. Musieliśmy czekać do poniedziałku. Nawet nie
chciałam myśleć, ile muszę przygotować kasy.
W południe ktoś zadzwonił do
drzwi.
- Woda leje mi się na głowę! –
Wrzasnęła nasza subtelna sąsiadka, do której szczelinami pomiędzy płytami
żelbetonu najwidoczniej dotarła wreszcie
woda z naszego kibelka.
14
-
Faktura czy paragon? – Zapytała pani na stacji paliw, po zatankowaniu przeze
mnie auta.
-
Faktura.
- Jaki
numer rejestracyjny?
Podałam
zdziwiona numer. Pani wydrukowała
fakturę.
-
Numer dobry, ale nie ta firma – odparłam czytając dane na dokumencie.
- Jak
to? Przecież ten numer połączył się z tą firmą. – Zdziwiona pani jakby się z
choinki urwała.
- No i
co z tego? Widocznie kiedyś samochód był jej własnością. Kto identyfikuje dane
do faktury po numerze rejestracyjnym? Zawsze powinna pani poprosić o NIP. – Wkurzyłam
się, bo chyba to jasne jak słońce. Osoba za ladą nie miała na plakietce napisu „Uczę się”.
Powinna być bardziej rozgarnięta
I tak
oto stałam na stacji benzynowej, zamiast otwierać już moje stoisko i czekałam,
aż obrażona pani wystawi mi poprawną fakturę.
Klienci
też tego dnia byli jacyś marudzący. A to nie ten fason, a to kolor nie taki.
Zabić to mało. Sami malkontenci robią zakupy czy co? Pod koniec dnia odwiedziła
mnie na szczęście moja ulubiona klientka, pani Fioletowa, która zawsze poprawia
mi humor. Nazwałam ją tak od koloru włosów, które barwi najprawdziwszą kalią,
czyli nadmanganianem potasu kupionym w aptece. Normalnie głęboka komuna! Tak to
się farbowało włosy na początku lat 80-tych. Co znaczy siła przyzwyczajenia?
Pani
Fioletowa potrzebowała błyszczące brokatowe rajstopy na wieczorne wyjście ze
swoim partnerem. Opowiadała o nim zawsze chętnie i dużo. Wiedziałam o gościu
niemal wszystko, od numeru kołnierzyka przy koszuli po kolor oczu. Zresztą o
sobie Pani Fioletowa też mówiła. Skąd pochodzi, co w życiu robiła, ile ma
dzieci i kto był jej mężem. Niestety, mąż zmarł kilka lat temu, pozostawiając
młodą wdowę. A zatem moja klientka układała sobie życie od nowa z mniej lub
bardziej przypadkowymi partnerami. Z aktualnym panem spotykała się już od
blisko dwóch lat, co bardzo ją cieszyło. Po dzisiejszym wieczorze wiele
oczekiwała, a mianowicie miała nadzieję na pierścionek zaręczynowy.
Następnego
dnia Fioletowa dosłownie przybiegła do mnie z samego rana. Była zasapana, ale i
rozpromieniona.
- A
cóż to, nie może pani spać? Ja tu będę do wieczora – powiedziałam zdziwiona na
widok klientki.
- Pani
Basiu! – Piała. – Co ja mam pani do opowiedzenia?
Czyżbym
była jedyną powiernicą pani Fioletowej? Sympatyczna z niej babka, ale jednak
obca osoba.
- Może
pani usiądzie? Biegła pani?
- Tak,
nie mogłam się doczekać. Proszę. – Wyciągnęła w moją stronę dłoń, na palcu
której błyszczał pierścionek.
- Wow!
– Nie kryłam zachwytu. – Naprawdę piękny. I całkiem duży.
- Tak.
Mój Misiaczek się postarał.
Pani
Fioletowa siedziała wpatrzona w klejnocik, uśmiechając się przy tym
rozkojarzona. Zaparzyłam herbatę. Klientka łyknęła z kubka po czym wypaliła:
- Czy
będzie pani moim świadkiem na ślubie?
- Ja?!
– Moje zdziwienie dało się usłyszeć w całej hali.
- Tak!
Pani, pani Basiu, jest taka życzliwa dla mnie. Nie komentuje pani moich
wyborów, nie krytykuje wyglądu. Po prostu przyjaciółka prawdziwa.
Oj,
uwaga! Zapaliła mi się czerwona lampka. Przyjaciółkami to raczej nie jesteśmy.
-
Proszę, pani Basiu. Moje wszystkie znajome to fałszywe zmory. A pani zawsze
dobrze mi się kojarzy. W końcu o to chodzi, żeby ślub dobrze wspominać, a nie
zastanawiać się, kto mnie bardziej obgadał. A z panią będzie na pewno miło.
-
Kiedy ten ślub?
- W
następny piątek?
- Tak
szybko?
- Tak!
Mój narzeczony – mówiąc to promieniała – zorganizował wszystko już dawno, bo
był pewien, że się zgodzę! Fantastycznie, prawda?
- Tak,
rzeczywiście. – Nie wiedziałam co powiedzieć.
- To
co, zgadza się pani?
- A
mam inne wyjście? – Chwila namysłu. - No dobrze, zgadzam się.
Fioletowa
rzuciła się na mnie, wycałowała i zaczęła świergotać o ekspresowych
przygotowaniach do ślubu.
Pod
koniec dnia zadzwonił mój jeszcze mąż. Ledwie się odezwał, a już powiało
oszołomieniem.
- Podjąłem decyzję. Jutro jadę na prewencję
policji jako świadek koronny.
Poziom
absurdu sięgnął szczytu! Nie wiem ani nie chcę wiedzieć, co Zenek miał na
myśli. Rozłączyłam się bez słowa.
15
Podczas
przygotowań do ślubu Fioletowej miałam bardzo mieszane uczucia. Nie znałam jej
na tyle dobrze, aby zasłużyć sobie, w moim przekonaniu, na zaszczyt bycia
świadkiem. Z drugiej strony, rozważając nieustająco jej słowa, przyznawałam jej
za każdym razem rację. Ślub to wyjątkowe wydarzenie i powinien być spełnieniem
marzeń, również pod względem towarzyskim.
Uroczystość
miała mieć charakter bardzo kameralny i zaplanowana była w kompleksie hotelowym
za miastem. Ślub w ogrodowej altanie, poczęstunek wśród zieleni, tańce pod
gwiazdami, noc poślubna w królewskim łożu, a rano śniadanie do łóżka. No i SPA
– masaże, sauna, relaks. Sama rozmarzyłam się słuchając opowieści pani
Fioletowej. A tu rzeczywistość skrzeczy i z szafy wyziera brak odpowiedniej
kreacji.
- Jadę na
zakupy!
- Mogę jechać z
tobą? – Z pokoju wyjrzała głowa Igi. – Przydałaby mi się nowa torba do szkoły.
- Iga, nie mam
kasy. Muszę sobie kupić kieckę na ślub.
- Ja mam trochę,
dostałam od babci. Najwyżej dołożysz. – Jej uśmiech i niewinne oczy przekonały
mnie. Poza tym przyda się ktoś do oceny mojego wyglądu.
Iga zawsze miała
siłę przekonywania. Czasem był to uśmiech, a czasem płacz. Nie robiła co prawda
awantur w sklepach i nie rzucała się tam na podłogę, domagając się zakupu
jakiejś zabawki. Miała inny „problem’, który przywoływał w jej oczach łzy. Była
nim babcia, a właściwie pragnienie mieszkania z nią. Iga potrafiła łkać,
siedząc nad talerzem z kolacją i ubolewając nad swoim losem.
-
Nie mogę jeść – mówiła – bo tęsknię za babcią.
Albo
biadoliła.
-
Jestem zła.
-
Na kogo? – Pytałam z troską.
-
Na siebie.
-
Dlaczego, córciu?
-
Smutno mi za babcią – odpowiadała żałośnie Iga.
I tak średnio co
drugi dzień łzy lały się strumieniami.
Każda wizyta
dziadków opłacona była stresem i nerwami. Zawsze, gdy chcieli się już pożegnać,
wnusia wpadała w szał, ubierała się i czekała pod drzwiami, zawodząc żałośnie w
nadziei, że zabiorą ją ze sobą. Aż dziw, że życzliwa sąsiadka z dołu nigdy nas
nie odwiedziła w takiej sytuacji.
W pewien weekend
odwiedził nas z żoną mój kolega z czasów szkolnych. Nie widzieliśmy się długo,
zatem tematów do rozmowy nie brakowało. Wspominaliśmy czasy szkolne i
opowiadaliśmy o tym, co dzieje się teraz w naszym życiu. Iga nie miała dobrego
humoru. Jednak, gdy zrozumiała, że goście nie przyszli do nas na piechotę, a
zatem mieszkają gdzieś dalej, zrodził się w jej główce chytry pomysł o pojechaniu do babci. Idąc do kuchni
po kawę, ujrzałam porozrzucane worki foliowe. Poszłam po śladach i w pokoju córki
moim oczom ukazały się wypchane, ustawione obok kanapy, siatki. Igusia
spakowała wszystkie rzeczy, jakie znalazła w swojej szafie. Dokładnie, co do
jednej.
- Jadę do babci
– poinformowała mnie pewnym głosem.
- A jak
zamierzasz to zrobić, dziecko? Przecież mamy gości. Nikt cię nie zawiezie.
- Pojadę z
ciocią i wujkiem, jak będzie wracać do domu – odparła, a jej rezolutność jak na
kilkuletnią pannę bardzo mnie zadziwiła.
Oczywiście,
pomimo zaskoczenia zaradnością córki, nie pozwoliliśmy jej na tę fanaberię i z
wizyty u dziadków nic nie wyszło, choć Iga walczyła dzielnie. Jej płacz było
słychać zapewne na całym osiedlu. Na szczęście, z wiekiem, wyrosła ze swoich
histerii.
Pojechałyśmy z
Igą do sklepu. W centrum handlowym wszystkie sukienki, które ewentualnie
podobały mi się i mieściły się w granicach moich możliwości finansowych były za
małe. Nawet ciuchy w rozmiarze, w który w innych sklepach wchodziłam, tam była
za małe. Szyją na Chińczyków! Nasza eska to dla nich elka! Nic dziwnego, że nie
mieszczę się w XL.
Zniechęcone,
weszłyśmy do sklepu ze staropierdzielskimi sukienkami. Może tu wreszcie coś
będzie na mnie pasowało?
- Dzień dobry.
Czy mogę w czymś pomóc? – Sprzedawczyni wyrosła jak spod ziemi.
- „Finansowo” –
chciałoby się powiedzieć. Nie lubię tej wszechobecnej nachalności ekspedientów.
Jeśli będę potrzebowała pomocy, poproszę o nią. Po co od razu naskakiwać na
klienta. Skrępowanie mi niepotrzebne. Chcę sama pogrzebać wśród wieszaków.
- Tak.
Poszukujemy sukienki w fasonie trapezu.
- Czego?
- Trapezu,
proszę pani.
- Trapezu?
- Tak. Trapezu.
Ma pani coś takiego? Poszerzane z góry do dołu. – Matko, o trapezie dzieci uczą
się w szkole podstawowej. Pokazałam pani skąd dokąd sukienka ma być poszerzana.
- Aaaaa! Trapez.
Tak, mam.
I ekspedientka wyjęła
koronkową sukienkę odciętą w pasie, o rozkloszowanym dole, który to fason
najwidoczniej był dla niej takim, jakiego poszukiwałyśmy. Zgroza! Sprzedawczyni
w sklepie odzieżowym nie ma pojęcia o fasonach kiecek!
16
Ślub pani
Fioletowej odbył się w bajkowym miejscu w wyznaczoną sobotę maja. Goście
przybyli na uroczystość stanowili mieszankę najbliższej rodziny i wystrojonych bardziej niż panna młoda jej
koleżanek. Fioletowa miała rację, że nie chciała żadnej z nich na świadka.
Uroczystość pod
baldachimem z kwiatów poprowadził burmistrz najbliższego miasteczka. Udzielił
ślubu i rozpoczęło się biesiadowanie. Jak się okazało, pan młody, który
zaplanował wszystko bez wiedzy swojej, wtedy jeszcze przyszłej, małżonki,
wykazał się niezłym gustem i wyczuciem. Potrawy były delikatne i smaczne,
trunki wykwintne. Zaś cała oprawa – muzyka, obsługa i wystrój tworzyły
przyjazny, a jednocześnie elegancki nastrój. Nie mogłam się nadziwić, skąd taka
osoba jak Fioletowa wytrzasnęła tak ułożonego faceta, jak jej świeżo poślubiony
mąż. Przeciwieństwa chyba naprawdę się przyciągają.
Każdy gość miał
zarezerwowany pokój w hotelu. Tak więc, gdy dobrze po północy impreza powoli
się kończyła, pożegnałam parę młodą i poszłam na górę. Ciepłe łóżko było tym,
czego potrzebowałam. W pokoju panował półmrok, a lampy rozmieszczone w kilku
miejscach tworzyły nastrój do rozmyślań.
Kilkanaście lat
temu to ja składałam przysięgę małżeńską. Byłam wtedy podekscytowana tak samo
jak Fioletowa dziś. Tyle, że w moim przypadku, pan młody nie miał tyle inwencji
co dzisiejszy oblubieniec. Zaręczyny pełne niezręczności z oświadczynami w
obecności rodziców obojga stron i za duży pierścionek, którego widok niemal
zwalił mnie z nóg, były dla mnie traumatycznym przeżyciem. A trzeba było się
uśmiechać. W kościele, na pięć minut przed ślubem, okazało się, że pan młody
nie dopełnił jakichś formalności, a przedstawione zaświadczenie z pierwotnej
parafii nie wykluczało na przykład bigamii. Do ołtarza szłam cała w nerwach. A
kiedy jeszcze mój mąż nie potrafił odpowiadać jak należy na formułki podczas
mszy, doprowadziło mnie to na skraj załamania nerwowego. Na weselu nasłuchałam
się od pewnego wuja mojego właśnie poślubionego męża, że nie jest on wiele
wart. W każdym razie nie tyle, co jego syn. Przed północą zaś okazało się, że
pan z kamerą i fotograf, zamówieni przez teścia, nie zostaną na oczepinach.
Trzeba było prosić i dopłacać, aby uwiecznili ten ważny moment wesela. Niby
drobiazgi, a jednak dla panny młodej w dniu ślubu bardzo ważne szczegóły. I tak
oto, ten dzień, był zapowiedzią tego związku, jak zła wróżba. Jaki będzie dzień
ślubu, takie będzie całe małżeństwo. Pełne niepewności i braku oparcia w
wybranym mężczyźnie.
A tak uroczo się
zapowiadało. Gdy Zenek zalecał się do mnie, przychodził codziennie. Nawet, gdy
był w wojsku, nie szedł do swojego domu, tylko do mnie. Jeśli nie mógł przyjść,
dzwonił, co w tamtych czasach wcale nie było łatwe. Telefony mieli tylko
nieliczni, budek na ulicach też nie było zbyt wiele. Moja przyjaciółka z
tamtych lat mówiła, że czuje się, jak Zenek mnie kocha. Tak jakby całym ciałem
emanował miłością do mnie. Tak… Wtedy było pięknie. Mieliśmy chyba po
siedemnaście lat. Zenek miał luz w domu, mógł chodzić do dyskotek i na imprezy,
wracać późno, nawet rano. Którejś nocy, wracając od kumpla, oskubali z
chłopakami z tulipanów chyba wszystkie osiedlowe ogródki. Wrzucał mi je przez uchylone okno do pokoju.
Nad ranem miałam dosłownie cały pokój w kwiatach. To było urocze! I takie
oryginalne. Oto miłość! Ale to było dawno.
Z rozmyślań o
przeszłości wyrwało mnie pukanie do drzwi.
- Kto tam?
- To ja. – Co za
ja?
- Kto?
- Andżelika. – Aha,
Fioletowa.
- Co ty tu
robisz? - W trakcie wesela wypiłyśmy
bruderszaft. – Przecież dziś jest twoja noc poślubna.
- No właśnie. Ja
w tej sprawie.
Moje zaskoczenie
było ogromne. Czego może o nocy poślubnej nie wiedzieć dorosła, doświadczona
kobieta i bynajmniej nie pruderyjna?
- O co chodzi?
- No bo Misiu
chce.
- Co chce? – Nie
zaskoczyłam od razu.
- No chce. Oj,
wiesz co. – Andżelika była najwyraźniej zażenowana.
- Aaa, to. To
znaczy, że chce się kochać, tak?
- Tak, chce,
żebym mu dała, a jest wstawiony.
- No i? – Moje
zdumienie sięgnęło zenitu. Ja mam być wyrocznią w skonsumowaniu nocy poślubnej?
- Mam dać?
Nie potrafiłam
dać pannie młodej zadowalającej odpowiedzi na tak subtelnie skonstruowane
pytanie.
17
Koniec roku
szkolnego zbliżał się wielkimi krokami. Dzieciaki wiedziały, że oceny można
poprawiać do końca pierwszego tygodnia czerwca.
- Mamo, idę z
chłopakami na murawkę.
- A lekcje
odrobiłeś?
- Tak.
- Wszystkie?
- Oj, mamo. – Stęknął
Rafcio – Zamknij drzwi. Będę po meczu.
Rafał miał
raczej luźny stosunek do nauki. Uważał, iż najważniejszy jest fakt, że zdaje z
klasy do klasy. Oceny są mniej istotne.
Iga przykładała
się do nauki nieco bardziej, ale też nie przejmowała się ocenami, zwłaszcza po
rozpoczęciu nauki w szkole średniej. Za to angażowała się w różne
przedsięwzięcia szkolne. Działała w kołach zainteresowań, organizowała
dyskoteki i wyjazdy. Była członkiem samorządu uczniowskiego. Wiecznie coś załatwiała
lub przygotowywała.
Najważniejsze w
moim przekonaniu w edukacji moich dzieci było to, że ja, matka, wiedziałam o wszystkim.
Oczywiście, o wagarach nie byłam informowana przed, ale po fakcie. Zaś o
ocenach i o tym, co się działo w szkole rozmawialiśmy zawsze. Niektóre mamy
zazdrościły mi tego, bo ich dzieci były powściągliwe w swoich relacjach ze
szkoły. Zdarzało się, że dowiadywały się czegoś o swoich pociechach podczas
wizyty u nas. Uświadamiało mi to zawsze,
jak różne są dzieci i jakie ja mam szczęście. Czasem same dzieci, które przychodziły
do nas opowiadały zadziwiające historie.
- Proszę pani,
ta idiotka postawiła mi jedenaście jedynek na raz! – żalił się Marcin, kolega Rafcia,
na nauczycielkę od plastyki.
- Aż jedenaście?
Za co? – Nie mieściło się to w mojej głowie.
- Za to, że nie
dałem jej zeszytu do sprawdzenia.
- To daj teraz.
Może ci pani poprawi oceny.
- Ale nie mam
zeszytu.
- Jak to nie
masz zeszytu. Nie założyłeś od początku roku? – Kolejne zaskoczenie.
- No nie. Mama
mi nie kupiła – odparł Marcin. – Ale najgorsze jest, że muszę jej o tym
powiedzieć. Będzie zła, że zapomniała.
Mądrościami
błyszczała też Jola, koleżanka Igi z lat wczesnoszkolnych.
- No i jeździmy
na cmentarz zawsze całą rodziną – opowiadała kiedyś w okolicach dnia Wszystkich
Świętych.
- To wspaniale
tak odwiedzać zmarłych. Zawsze patrzą z nieba i cieszą się z tych wizyt. –
Próbowałam mądrze porozmawiać z dzieckiem.
- Tak, moja mama
też tak mówi. Patrzą na nas głównie dziadki.
- Dlaczego
dziadkowie? – Grzecznie poprawiłam Jolę.
- Bo dziadki
umierają szybciej, bo babcie ich wykańczają – rezolutnie odparła znawczyni
tematu umierania.
Bardzo gadatliwa
była zwłaszcza przyjaciółka Igi, Karolina.
Pomagałam kiedyś
dziewczynom w przygotowaniu projektu na historię. Iga robiła mapę na brystolu,
Karolina kombinowała, jakby tu z zebranych ze wszystkich domowych szaf ciuchów
stworzyć strój jakiejś postaci historycznej, a ja korygowałam ich prezentację na
komputerze. Praca szła całkiem nieźle, ale nadszedł moment, gdy mój organizm
zapragnął kawy. Napój ten nie działa na mnie pobudzająco, mogę ją pić o każdej
porze doby, ani nie dodaje mi energii. Po prostu lubię kawę, zwłaszcza taką,
która jest szkodliwa czyli mocną, z cukrem i mlekiem w proszku. Staram się
takiej nie pijać, ale czasem, gdy chcę sobie zrobić przyjemność, nie potrafię
się oprzeć. Zrobiłam sobie zatem przerwę i poszłam zaparzyć kawusię. Dziewczyny
chyba też miały dość, bo zapragnęły soku jabłkowego. Rozsiadłyśmy się zatem
wygodnie z napojami w rękach i odpoczywałyśmy.
- Mamo, co mamy
zrobić z Michałem? On jest z nami w grupie, ale nie chce nam pomóc. Twierdzi,
że nie ma czasu.
- Powiedzcie, że
tylko wy robiłyście projekt. – Zawsze trafiali się tacy, którzy ślizgali się na
pracy innych i dzięki temu zaliczali przedmiot. Rodzaj szkoły czy jej stopień
nie miał znaczenia. Tak było i w podstawówce, i na studiach.
- Ale pani
powie, że to nasza wina, że go nie zmobilizowałyśmy.
- Dlaczego
miałaby tak powiedzieć? Jeśli ktoś nie chce pracować, to jak wy miałybyście go
do tego zmusić?
- Nie wiem, ale
ta babka zawsze tak mówi. Twierdzi, że dobry uczeń powinien przypilnować
słabszego.
- Ok. Ale nic na
siłę. Jak miałybyście go zachęcić? Przykuć do kaloryfera?
- Nie, jasne, że
nie. Chodzi o to, że ona na pewno będzie miała pretensje do nas.
- No to brońcie
swojego zdania. Nie zawsze nauczyciel ma rację.
Kiedy chodziłam
do szkoły, nauczyciel był poważaną osobą. Miał zawsze rację, mógł postawić
ucznia w kącie lub odesłać na dywanik do dyrektora. Rodzice uczniów
sprawiających problemy byli wzywani o szkoły i zazwyczaj ze skruchą
wysłuchiwali uwag o swoich niegrzecznych pociechach. Jednak tych wymagających
nauczycieli, którzy nas karcili i krótko trzymali wspominamy z rozrzewnieniem i
szacunkiem. Dlatego, że poza stawianiem wymagań potrafili się za nami wstawić,
pochwalić, wesprzeć dobrą radą. Na wycieczkach okazywali się najwspanialszymi
kompanami, a podczas egzaminów podpowiadali słabszym.
Dziś nauczyciele
ucząc realizują się zawodowo, a dzieci są jedynie narzędziem w procesie
podnoszenia przez nich kwalifikacji. Liczne certyfikaty i projekty, w których
biorą udział szkoły wymagają od nich wykonywania ogromnej pracy biurokratycznej.
Najistotniejsze są wyniki nauczania, zatem ważne stają się jedynie dzieci
zdolne i pracowite. Te słabsze nie mają szans w wyścigu szczurów. Nikt przecież
nie będzie dla nich obniżał poziomu w klasie. Hello! A do tego rodzice
przeczuleni na punkcie swoich pociech, którym nie można bez konsekwencji
awantury zwrócić uwagi. Nauczyciele nie jeżdżą na wycieczki, bo obawiają się
odpowiedzialności. Nie chodzą do kina, bo szkoda czasu, skoro program jest
przeładowany. Nie prowadzą zajęć wyrównawczych dla słabych uczniów, bo lepiej
pracuje się z prymusami.
- Ale pani od
historii dorobi sobie zaraz historię do naszych słów i powie, że to nasza wina.
– Iga drążyła temat współpracy z Michałem, a raczej jej braku.
- To wtedy ja
pójdę z nią porozmawiać. – I powiem, co myślę. Chociaż może się zdarzyć, że
pani od historii, tak jak nauczycielka pewnego zaprzyjaźnionego dziecka będzie
twierdzić, że wszystkie dzieci kłamią, i to będzie jej jedyny i niepodważalny
argument na wszystko. Najwidoczniej ta pani odpowiedzialność za pracę jednych
uczniów zrzuca na ich kolegów z klasy.
- A może coś
wymyślmy? No, że wyjechałyśmy do babci i tam robiłyśmy projekt?
- A babcię macie
z Karoliną wspólną, tak?
- Ups. – Iga nie
trafiła.
- No to, że
musiałyśmy zaopiekować się moim bratem, który był chory na ospę i mógł Michała
zarazić, więc pracowałyśmy same.
- A Karolina nie
zaraziła się, bo?
- Bo mam dziurkę
w głowie! – Wypaliła radośnie Karolina.
- Jaką dziurkę,
co ty pleciesz, dziecko? – Dziewczyny zaczynały już kombinować.
- Ale naprawdę
mam dziurkę w głowie – przekonywała dziewczyna.
- Tak mamo,
naprawdę. – Iga dzielnie wspierała koleżankę.
- Co za bzdury
wymyślacie? Dziewczyny, bądźcie poważne! – Sensowna wymówka, to rozumiem, ale
jakieś głupoty?
- Mamo, Karolina
ma dziurkę w głowie. Tak powiedział lekarz. – Iga nie odpuszczała.
- Matko, to coś
poważnego? – Teraz się przejęłam.
- Nie, proszę pani.
Lekarz, gdy się urodziłam, powiedział mojej mamie, że mam właśnie taką dziurkę
w głowie. Ona nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Po prostu jest i tyle.
Jak powiedział, jestem trochę niedorobiona. Tak jakby tata niedokładnie
pracował podczas stosunku.
- Boże, dziecko,
nie opowiadaj nikomu tej historii – powiedziałam błagalnym tonem. – A już na
pewno nie waszej pani od historii. Nikomu!
- Mów coś. –
usłyszałam w słuchawce głos Zenka.
- Ale co?
- Cokolwiek.
Chcę cię słuchać.
Nietypowe zachowanie
jak na mojego jeszcze męża. Nie krzyczy, nie straszy, nie opowiada o zabijaniu
i policji. Mózg mu się zlasował, czy co?
18
Był późny
wieczór. Właściwie noc. Godzina pierwsza. Oglądałam coś w telewizji,
przysypiając. Dzwonek do drzwi wyrwał mnie z letargu. Rafał zajrzał przez
uchylone drzwi.
- Mamo, ktoś
dzwoni – powiedział szeptem
-
Słyszałam. A ty jeszcze nie śpisz?
- Oglądam film.
- O tej porze?
- Przecież jutro
sobota. – Racja.
Ale właściwie
dlaczego szepczemy. Iga śpi u koleżanki, a osoby za drzwiami przecież nie
obudzimy.
Wyjrzałam przez
wizjer. Sąsiadka z dołu. Wywróciłam oczami i z westchnięciem otworzyłam drzwi.
- O co tym razem
chodzi? – Zapytałam z przekąsem. Ileż można?
- Przepraszam,
że o tej porze, ale widziałam, że pali się u pani światło. – Czyżbym śniła na
jawie? Nasza sąsiadka ma ludzkie odruchy.
- Tak, o co
chodzi?
- Byłam nakarmić
kotki i okazało się, ze jeden zaklinował się w skrzynce od kablówki. Nie mogę
go wyjąć. Może pomogłaby mi pani? – Sąsiadka od dawna dokarmiała podwórkowe
dzikie koty, ale żeby w nocy?
- Ja? Aha.
Musiałabym się ubrać. – Byłam w wyraźnym szoku. Sąsiadka prosi o pomoc, a ja
nie odmawiam.
- Mamo, ja pójdę
– odezwał się Rafał zza moich pleców.
- Ale jest
późno. Nie będziesz się bał?
- Nie. Przecież
pójdę z panią.
- O tak,
Rafałku, chodź ze mną. Tylko weź jakiś śrubokręt, bo musimy otworzyć skrzynkę.
– Rafałku? Czy ja się nie przesłyszałam?
- Tak. I
latarkę, przyda się. – Moje zaskoczenie już trochę odpuściło. Zaczęłam
rozsądnie reagować. Rafcio wciągnął spodnie i buty.
- Dziękuję pani.
Chodź, Rafałku.
Zjechali windą
na dół. Obserwowałam ich z balkonu. Rafał wczołgał się pod balkon na parterze i
coś tam majstrował. Po kilku minutach podał sąsiadce kota. Najwidoczniej udało
mu się otworzyć skrzynkę kablówki i uwolnić zwierzaka. Sąsiadka wyściskała go i
ruszyli w stronę klatki.
- Mamo, sąsiadka
mi podziękowała. I powiedziała, że fajny ze mnie chłopak. Mogę z tobą spać? –
Rafcio był naładowany emocjami.
- Jasne, chodź.
Tylko weź swoją poduszkę.
Zadziwiające,
jak w potrzebie ludzie potrafią porzucić złe emocje i poprosić o pomoc osoby,
którym przez długi czas uprzykrzali życie. Ciekawe jak długo potrwa ta zmiana.
19
- No co tam u
was? – Zadzwoniłam do Magdy.
- Wszystko ok.
Kama dostała się do liceum.
- Wow! To
świetnie. Dlaczego nie zadzwoniłaś, żeby mi powiedzieć? Jak potrzebujesz rady,
to dzwonisz, ale żeby przekazać dobre wieści koleżance, to już nie.
- Też cię
kocham. Nie ma czym się chwalić. - Czyżbym słyszała niezadowolenie w głosie
Magdy?
- Przecież twoja
córka dostała się do szkoły średniej! Chyba się cieszysz, prawda?
- Taaa.
- Do jakiego
liceum będzie chodzić.
- Tam gdzie
chciała. Na Skłodowskiej.
- To świetnie! Słyszałam,
że to teraz bardzo dobra szkoła.
- Tak. Wszyscy
zdają maturę, a 90% dostaje się na studia. – Ciągle nie słyszałam entuzjazmu w
głosie Magdy.
- No tak, ale
ty, zdaje się, nie cieszysz się.
- Oj cieszę się,
cieszę – rzuciła niecierpliwie Magda.
- Ale?
- No Kama nie
dostała się do tej klasy, do której chciała.
- Matko,
kobieto, a czymże różnią się te klasy? Jest jakiś rozszerzony przedmiot i tyle.
- Ale ona chce
iść na medycynę, a klasa jest geograficzna.
- Już wie, co
chce robić w życiu? No, to pozazdrościć! A może zmieni zdanie? Z doświadczenia
wiem, że dzieciaki w tym wieku często to robią i wtedy może się okazać, że
chodzi do odpowiedniej klasy.
- Myślisz? –
Magda nie była przekonana.
- Myślę. Poza
tym, jeśli faktycznie Kama wytrwa w postanowieniu i będzie chciała zdawać na
medycynę, musi brać korepetycje już od pierwszej klasy. Żeby się tam dostać
musi zdać maturę na 100%, a bez korków nikt nie da rady. – Opowieści znajomych
Igi o maturze i studiach były częste w naszym domu.
- Aha. Czyli
korki od września?
- Tak. I wtedy
właściwie profil klasy nie ma znaczenia. Uczyć musi się wszędzie, a ambitne
studia wymagają dodatkowej pracy.
- Może masz
rację. O Boże! To trzeba załatwiać kogoś, żeby Kamę uczył! Znasz może kogoś,
kto udziela korepetycji w kierunku medycyny? Albo Iga zna? - Magda już wpadła w
trans nadopiekuńczej mamy.
- Magda!
Zaczynają się wakacje! Wyluzuj! Poczekaj do września. Zobacz jak Kamie idzie w
nowej szkole, czy nadal chce być lekarzem i wtedy podejmiecie decyzję. –
Próbowałam odkręcić paranoję, którą sama wywołałam.
- Ale czy wtedy
jeszcze będą szanse na dobrego korepetytora?
- Przestań! Będą!
- Ok. Już
przestaję. To myślisz, że wystarczy jesienią o tym pomyśleć?
- Tak – ucięłam
ten temat. – Mów lepiej, gdzie wyjeżdżacie na wakacje.
Najwyraźniej
moja koleżanka w kwestii wychowania i
edukacji swojego dziecka była niereformowalna.
List z sądu leżał
na stole, gdy wróciłam ze sklepu. Od czasu, jak administracja sądowa przestała
korzystać z poczty, przesyłki sądowe wydawane były nawet dzieciom.
Byłam kiedyś
świadkiem rozmowy pomiędzy naszą ulubioną sąsiadką z dołu, a doręczycielem listu
sądowego.
- Pod ósemką
nikogo nie ma – sąsiadka odezwała się do osoby dzwoniącej domofonem pod numer
8.
- Aha. A pani jest sąsiadką tej pani? – Zapytała przymilnie
kobieta stojąca pod drzwiami klatki.
- Tak. Mieszkam
obok.
- To może
odbierze pani list dla tej pani?
- Oczywiście.
Bardzo chętnie pomogę.
I obca kobieta
wyjęła list od komornika, wręczyła go sąsiadce, i podsunęła kartkę do
pokwitowania odbioru. Wiem jak wyglądają listy od komornika, zatem rozpoznałam
go jednym rzutem oka. Zadowolona doręczycielka cieszyła się, że nie musi po raz
kolejny przychodzić pod wskazany na kopercie adres, a pani mieszkająca pod nami
była zadowolona z przysługi oddanej swojej sąsiadce. Oby nie niedźwiedziej.
Mój list wzywał na
rozprawę w sprawie niezapłaconych wynagrodzeń dla pracownika. Pani Ania, która nadal
u mnie pracowała, miała dłużne pensje jeszcze z czasów działalności mojego
prawie byłego. Ponieważ, jako małżeństwo, nie mieliśmy rozdzielności
majątkowej, ja także ponosiłam konsekwencje długów, które narobił Zenek. On
jednak, nawet swojej części nie chciał płacić, a ja nie zamierzałam płacić za
niego. Do mnie zawsze zgłaszali się wierzyciele, to ja się kajałam i
tłumaczyłam, a jeśli mogłam, zwracałam dług. Mój jeszcze mąż twierdził, że
długi to moja sprawa i nie obchodzi go, jak je spłacę. Skoro od niego odeszłam,
to mam się o wszystko martwić sama. Okłamywał nadal wierzycieli albo po prostu
nie odbierał telefonu. Dorosły facet! Żenada!
Tak więc i ja
przestałam płacić. Każdy, kto chce zwrotu długu może iść do sądu. Wtedy ja
zapłacę swoją część, a za dziada niech bierze się komornik. Wtedy przynajmniej
nie powie, że moje pokwitowania spłat to zwykłe świstki, co jak na razie
uparcie podtrzymuje.
Prawie były też
dostał wezwanie z sądu.
- Co wy ze mną
robicie?! Powiedz pani Ani, że nie przyjdę do sądu! – Mówił podniesionym głosem
do słuchawki.
- To twoja
sprawa – odparłam obojętnie.
- Nie moja,
tylko twoja. Zniszczyłaś nasze małżeństwo, teraz ja zniszczę ciebie.
- Aha. Zapewne
właśnie nie pojawiając się w sądzie? Świetny pomysł.
- Nie! Jest taka
pani prokurator, Katarzyna Kowalska, jutro jestem z nią umówiony. I zobaczymy
jak wtedy będziesz się mądrzyć – ciągnął Zenek, przebywający jak zawsze w swoim
świecie.
- Czekam z
niecierpliwością. – I rozłączyłam się.
Chora wyobraźnia
górą.
20
20
Wakacje.
Pojechaliśmy na
urlop na Mazury. Dzieciaki i ja. To chyba pierwszy prawdziwy wypoczynek od
czasu ich narodzin. Jedziemy, dokąd chcemy, robimy, na co mamy ochotę, śpimy,
gdzie nam się spodoba. Żyć nie umierać, jak mówił Kargul.
Iga i Rafał są
zgodnym rodzeństwem i nawet nie kłócą się za często. Wspólnie kąpią się w
basenie i wiosłują na spływie kajakowym. Wieczorem nawet w tę samą grę
planszową chcą grać. Umarłam i jestem w niebie? Nie, to moje dzieciaki, w
nowych warunkach, oderwane od komputera i kolegów, nagle znalazły przyjemność w
byciu razem.
Urlopy, gdy
dzieciaki były małe, nie były odpoczynkiem w sensie fizycznym. W zasadzie w
aspekcie psychicznym też zawsze były męczące. Dla mnie, nie dla mojego męża,
oczywiście. On zawsze się dobrze bawił. Jeździliśmy
zazwyczaj nad jezioro do domków lub pod namioty, często z grupą znajomych. W
ciągu dnia najważniejsza była opieka nad dzieckiem. Trzeba było mieć oczy wkoło
głowy. Bliskość wody, las, obcy ludzie wymuszały stałą kontrolę. Drzemka poobiednia
stanowiła jedyny moment wytchnienia.
Potem znowu chodzenie godzinami po schodach, bo Idze bardzo się podobało to
zdobywanie szczytu. Śpiewanie kilkadziesiąt razy pod rząd tej samej piosenki,
bo Rafcio ją uwielbiał i stojąc na pniu pośrodku placu zabaw wykrzykiwał znane
mu słowa, grając na gitarze – zabawce. Robienie babek z piasku, które były
notorycznie, z radością niszczone i prośba o stawianie kolejnych, to normalne
zachowanie obojga moich dzieci. Tatuś tymczasem zawsze znalazł sobie kompanów
do pływania, grania w karty czy bilard i dzieci zazwyczaj przeszkadzały mu w
jego rozrywkach. Nawet jeśli zajmował się nimi, to zwykle trwało to króciutko. Wieczorem,
gdy dzieci zasnęły, ze słodkim uśmiechem wychodził, jak twierdził, na godzinkę
na piwko do kolegów i… wracał rano. Czasem wtedy, gdy już trzeba było wstawać.
Zatem wstawałam ja oraz dzieci, a mężuś odsypiał nocną imprezę i tak
codziennie. Zenek, nawet, gdy zdarzyło się, że wyjechaliśmy na urlop sami,
zawsze znalazł sobie jakiegoś kompana do piwka. Miał zadziwiającą łatwość
nawiązywania kontaktów. Na samo wspomnienie tych wspólnych wakacji mdli mnie i
czuję niepokój w żołądku. Powrót nerwicy. Na szczęście staram się nie rozmyślać
zbyt często o moim poprzednim życiu.
A teraz nie
jestem od nikogo zależna. Zwłaszcza od braku odpowiedzialności. I nie muszę
uważać na złe skutki picia wódki. O rety, poetka ze mnie!
Na wakacjach
objadamy się smakołykami. Ryba smażona na śmierdzącym oleju z frytkami i
surówką z białej kapusty podana na tekturowej tacce smakuje bosko. Gofry z bitą
śmietaną, ociekające sosem o smaku toffi, który oblepia nasze palce podczas
jedzenia są najsmaczniejszym deserem świata. Zaś lody na patykach , źle
przechowywane przez oszczędnych sklepikarzy i właściwie rozmrożone już w
momencie wyjmowania ich z lodówki, są rarytasem w upalne dni. Do tego chamskie
hamburgery czyli papierowe kotlety w gumowatych bułkach lub wyschnięte na wiór
gorące oscypki z dżemem to wyśmienite wakacyjne przekąski. I, o dziwo, w czasie
urlopu, wszyscy znawcy dobrej kuchni, pobierający nauki u Magdy Gessler czy
Modesta Amaro, pochłaniają tony tych świństw. A na dodatek, smakują im one. I
mnie też.
Urlop zbliżał
się ku końcowi. Byłam bardzo zadowolona, że spędziliśmy wspólnie razem te 10
dni. Mam naprawdę fajne dzieciaki. I w zasadzie mogę stwierdzić, że obyło się
bez spięć, poza dwoma tematami, które powracały jak bumerang niemal codziennie
rano.
- Mamo, Rafał
znowu chrapał! – Iga rozpoczynała tak każdy dzień.
- Nie chrapałem!
– Bronił się Rafał.
- Chrapałeś!
- Nie! A ty
zgrzytasz zębami! – Teraz Rafcio atakował.
- Ja?!
- Tak, ty!
- Przecież ja
nie zgrzytam! Mamo, on kłamie!
- Zgrzytasz!
- A ty
chrapiesz!
Wiadomo, że
Rafcio często chrapie. A jak jest przeziębiony i ma katar, to nie pomagają
zamknięte drzwi. I tak słychać. Iga zgrzyta zębami od małego. Tak ma, po
prostu. Co prawda, różne osoby mają na to różne zabobonne teorie, ale w XXI
wieku nie maja one racji bytu. A ja przyzwyczaiłam się do tych odgłosów i,
jeśli się na nich nie skupiam, nie słyszę ich.
21
Na rozprawę
rozwodową pojechałam wcześniej. Bałam się, że nie znajdę miejsca do
zaparkowania i będę musiała daleko iść do budynku sądu. Byłam podekscytowana,
ale nie zdenerwowana. Od czasu rozstania z Zenkiem byłam kilka razy w sądzie.
Gmach i panująca w nim atmosfera nie robiła już na mnie wrażenia. Ludzie w
togach przemykający cicho korytarzami, rozmowy prowadzone szeptem, przygnębieni
oczekujący na wyroki. To wszystko było mi już znane.
- Cześć –
jeszcze mąż przywitał się ze mną.
- Cześć – odpowiedziałam
chłodno.
- Nie dam ci
rozwodu – ciągnął.
- O tym
zadecyduje sąd – odparłam i odeszłam w drugi koniec korytarza.
Złożył pozew o
rozwód, a teraz nie da mi rozwodu. Najwyraźniej mój prawie były cierpiał na
rozdwojenie jaźni.
Przyszedł mój
mecenas. Za chwilę pojawił się także jego „parszywy przeciwnik”, jak ktoś go kiedyś
nazwał, czyli adwokat Zenka. Wywołano nas.
Rozwód to
specyficzna sprawa sądowa, w czasie której musisz mówić o niezwykle intymnych
szczegółach pożycia małżeńskiego. Sędzia chce wiedzieć, gdzie i kiedy dokładnie
odbyłaś stosunek seksualny ze swoim jeszcze aktualnym małżonkiem. Chce znać
daty oraz godziny waszych kłótni i słowa jakich wtedy używaliście. Musicie
podać wydarzenie lub moment, w którym wasz związek wygasł. A czy zestresowana przesłuchiwana
osoba, która nie pragnie niczego tak bardzo, jak wreszcie uwolnić się od tej
drugiej osoby, pamięta te wszystkie szczegóły? Nie. A przecież powinna! Wobec
tego, zdaje się, każdy powinien od pierwszego dnia trwania małżeństwa prowadzić pamiętnik i
skrupulatnie notować wszystkie nieprzyjemne rozmowy, kłótnie oraz liczyć odbyte
stosunki – zarówno te satysfakcjonujące jak i nie. Zgromadzone informacje to materiał na ewentualny pozew sądowy i dowody na
to, iż za rozpad pożycia odpowiada partner. W każdym razie, w moim odczuciu, od
początku trzeba kalkulować i przewidywać smutny koniec. Na miłość i zaufanie
nie ma miejsca. Przeraża mnie pragmatyzm sądu.
- Czy wyraża pan
zgodę na rozwód? – Zapytał sędzia po uzyskaniu od nas wszystkich potrzebnych mu
informacji na temat naszego związku.
- Nie – odparł
mój jeszcze mąż.
- Wobec tego,
dlaczego złożył pan pozew?
- Bo chcę
rozwodu, ale z winy żony.
- Zatem – sąd cierpliwie
pytał dalej. – Czy wyraża pan zgodę na rozwód?
- Tak, ale z
winy pozwanej. – Najwidoczniej adwokat szeptem przemówił mu do rozumu i Zenek
zmienił zdanie.
- Dziękuję. A
czy pani wyraża zgodę na rozwód? – Teraz sędzia zwrócił się do mnie.
- Tak.
- Domaga się
pani rozwodu bez orzekania o winie?
- Tak, Wysoki
Sądzie - potwierdziłam z zapałem.
- A może widzi
pani możliwość pogodzenia się z mężem? Może potrzebujecie Państwo czasu,
rozmowy?
- Nie, panie
sędzio. Nie widzę takiej możliwości – odparłam i zaczęłam się trochę obawiać
ciągu dalszego tej rozprawy.
- A czy pan
widzi możliwość powrotu do żony? – Sędzia zapytał Zenka.
- Tak. –
Oczywiście mój prawie były zmieniał zdanie jak rękawiczki.
- Zatem, czy
kocha pan żonę?
- Tak.
Dość! Kiedy to
się wreszcie skończy? Nawet sąd dał się nabrać na tę jego miłość? Oczywiście!
Rozprawę odroczono, a ja, ze łzami w oczach wybiegłam jak najszybciej z sądu,
żeby tylko na tego wrednego gnoja nie patrzeć.
Moja
przyjaciółka z liceum rozwiodła się kulturalnie i spokojnie. Książkowy przykład
niezgodności charakterów. Gdy doszli z mężem do wniosku, że nie chcą już być
razem, uzgodnili szczegóły opieki nad dzieckiem i alimentów, podzielili majątek
i zatrudnili jednego adwokata, żeby zaoszczędzić trochę kasy. W sądzie zgodnie
potwierdzili rozpad związku i na pierwszej rozprawie uzyskali rozwód. Ale
mojemu jeszcze mężowi najwyraźniej gnębienie mnie sprawia przyjemność? Przecież
wiadomo, że kiedyś wreszcie ten rozwód dostaniemy. Po co to tracić czas i
pieniądze, o zdrowiu nie wspominając?
Wieczorem
pojechałam do Magdy, żeby zalać smutki. Poszłyśmy na lampkę wina do kafejki za
rogiem, gdzie wyrzuciłam z siebie wszystko, co leżało mi na duszy w sprawie
rozwodu.
- Cześć,
dziewczyny. Możemy się przysiąść? – Tadek z Krzyśkiem podeszli do stolika.
- Cześć –
odpowiedziałam, choć na towarzystwo to ja ochoty nie miałam. Zwłaszcza Krzyśka,
który, umówmy się, zrobił na mnie piorunujące wrażenie przy pierwszym spotkaniu,
ale niekoniecznie pozytywne.
- Oj, Tadek,
mieliście nie przychodzić. – Magda miała wyraźne pretensje do męża. – Chcemy
pogadać same z Basią.
- Daj spokój.
Basia musi poprawić sobie humor, a nie zadręczać się. – Tadek miał swój pomysł
na moje problemy. – Prawda, Basiu?
- Może i racja –
odparłam.
- No! Siadaj,
Krzychu. Zamówię po piwku. Co dla was, dziewczyny?
Po jakimś czasie
do kafejki zaczęli zaglądać kolejni znajomi, wracający ze spaceru z psem albo z
przejażdżki rowerowej. I tak zebrało się nas całkiem spore grono. Siedząc w
kawiarnianym ogródku, połączyliśmy stoliki i dobrze się bawiliśmy.
- Już późno –
zerknęłam na zegarek. Była prawie północ. – Muszę jechać do domu.
- Jedziemy
razem? – Zapytała Beata, która przyjechała do rodziców, mieszkających niedaleko
mnie. Odwiedza ich co kilka tygodni, mieszkając w Warszawie.
- Jasne.
- To wzywam
taksówkę.
Pożegnałyśmy się
ze wszystkimi bardzo wylewnie. Usłyszałam wiele ciepłych słów wsparcia i
deklaracje pomocy, w razie potrzeby. Ponieważ nie było widać taksówki,
wyszłyśmy z parkingu przed knajpką na ulicę. Nic.
- Dzwoniłaś? –
zapytałam po raz nie wiem który Beatę.
- Tak.
Powiedzieli, że wysyłają.
- Ile już
czekamy?
- Chyba ze
dwadzieścia minut.
- Zadzwoń
jeszcze raz. Może pomylili adresy.
- Halo – Beata
już rozmawiała z korporacją. – Zamawiałam taksówkę, ale czekamy już długo i
żadna nie przyjechała. Tak, proszę pani – odpowiadała na pytania dyspozytorki.
– Stoję przy ulicy, naprzeciwko budynku Compensy. Czy ten pan mnie widzi?
Macham ręką. Jak to nie widzi nikogo? Proszę pani, wyszłam na ulicę i macham
ręką. Magda, chodź i machaj ze mną. – Beata włączyła mnie do działań dających
znaki taksówkarzowi. – Proszę pani, stoimy na ulicy z koleżanką i machamy. Pan
taksówkarz teraz nas na pewno widzi. Nie?
Okazało się, że
Beata zadzwoniła na numer taksówki, ale do korporacji warszawskiej.
22
Nareszcie
weekend. Padałam na twarz. Praca od rana do wieczora i masakryczny upał dawały
mi się we znaki. Pani Ania była na urlopie i nie miałam nikogo do pomocy.
Rafał był u ojca, ale zamiast tygodniowego wyjazdu tatuś
zafundował mu trzy dni ze swoją siostrą. Ciotka była już, delikatnie mówiąc,
dojrzała, gdy wreszcie ktoś zainteresował się nudną starą panną, z którą porozmawiać można było
jedynie o gotowaniu, sprzętach domowych
oraz lakierze do włosów. Niedługo po śmierci rodziców Zenka jego siostra wyszła
za mąż za flegmatyczne indywiduum. Szwagier nie podobał się prawie byłemu, jednak
ostatnio najwyraźniej musiał czymś zasłużyć sobie na jego uwagę. W każdym razie
ani Rafcio, ani Iga nie lubili spędzać czasu z ciotką ani jej mężem. Na Igę
prawie były nie naciskał, bo jakimś cudem pojął, że niemal dorosła córka woli wolne
dni przeznaczyć na inne przyjemności, niż siedzenie z obrażalską ciotką. Rafcia
było nam szkoda, bo bał się tych humorów zarówno ojca jak i jego siostry, ale nie
chciał słuchać ciągłych pretensji o brak spotkań, więc jeździł do nich w
odwiedziny, jak to mówił, dla świętego spokoju.
- Mamo, jak
ciocia każe mi jeść coś, czego nie lubię, to już nawet nie mówię, że nie chcę –
opowiadał mój synuś.
- To powiedz, że
tego nie lubisz – próbowałam poradzić Rafałowi.
- To wtedy
ciocia się obraża.
- Jak to się
obraża? – Dla mnie to było niewyobrażalne.
- Zwyczajnie.
Robi focha i wychodzi z kuchni. Albo woła tatę i skarży mu się.
- I co mówi?
- Że ugotowała
obiad, a ja nie chcę go jeść. Że w dupie mi się przewraca.
- Nie mów „w
dupie” – upomniałam syna.
- Ale ona tak
mówi, nie ja.
- I co wtedy
robi tata?
- Wkurza się i
każe mi jeść.
- Porozmawiam z
ojcem. A ty się nie martw i jak czegoś nie lubisz, albo nie masz ochoty, to nie
jedz. W razie czego zadzwoń do mnie, to ja im powiem, żeby cię nie zmuszali. Ok?
– Rafcio przytulił się do mnie.
Moje rozmowy z
jeszcze mężem w kwestii zmuszania Rafała do jedzenia i obrażania się ciotki nie
odnosiły nigdy skutku. Zawsze wtedy słyszałam, że wymyślam coś i buntuję dziecko
przeciwko niemu i jego rodzinie.
Na szczęście
Rafał zachował resztki zdrowego rozsądku i dziecięcego sprytu w chwilach
zagrożenia.
- Mamo, jak
ciocia nie widzi, to wypluwam to co mi nie smakuje do śmieci.
- Zuch chłopak.
Jak nie można się dogadać, to trzeba sposobem.
Czasem to, co jest powszechnie naganne, staje
się godne uznania. Przynajmniej w oczach matki gnębionego dziecka.
Iga miała gości.
Koleżanka ze szkoły z nowym chłopakiem.
Wcześniej
wszyscy byli na pizzy, więc skorzystałam z okazji, że nie musiałam gotować
obiadu i ucięłam sobie drzemkę.
- Mamo – Iga
zajrzała do pokoju. – Idę odprowadzić Kasię i Maćka. Niedługo będę.
- Ok. Która
godzina? – Jeszcze się nie rozbudziłam na dobre.
- Ósma.
- O matko, muszę
wstać. Pranie trzeba nastawić, bo jutro Rafał będzie miał znowu pełną torbę
ciuchów.
Postękałam
trochę na mój bolący kręgosłup i wstałam.
Nie minęło nawet
dziesięć minut, a Iga wpadła do domu.
- Gdzie mój
telefon?! – Krzyknęła.
- Stało się coś?
- Stało! Muszę
zadzwonić na policję! – Iga była bardzo zdenerwowana.
- O co chodzi,
dziecko? – Zapytałam zaniepokojona.
- Parkingowy
zaczepił Kaśkę. Stanęłam w jej obronie. Groził nam. – Iga nie mogła złapać
tchu.
- Jak to zaczepił?
Jak to groził?
Parkingowy to
sąsiad, mieszkający w naszej klatce. Nigdy nie mówi „dzień dobry”, nie otwiera
drzwi, gdy idę z siatkami. Generalnie niesympatyczny typ. A Parkingowy dlatego,
że codziennie pije z kolegami piwo na parkingu pod blokiem. Butelki stoją w
samochodzie, a panowie stoją obok. Gdy pada deszcz lub jest zimno, chowają się
do auta. Parkingowy ma przesympatyczną żonę i grzeczne dzieci, ale on sam taki
niewydarzony. Typowy cham.
- Iga, opowiedz
spokojnie, co się stało – poprosiłam.
- Maciek poszedł
na parking do samochodu, a ja z Kasią do sklepu. Przed drzwiami stał Parkingowy
z tym zarośniętym kumplem. I on się odezwał do Kasi, zaczepił ją. To ja na to,
że to nieładnie, jak taki dorosły facet zaczepia taką młodą dziewczynę. – Moja
Iga nigdy na buzię nie chorowała. – I wtedy wtrącił się Parkingowy, zaczął na
mnie krzyczeć, że jestem gówniarą i mam się zamknąć. Bo jak nie to on zrobi ze mną
porządek. Ja powiedziałam, że dla niego jestem pani, a o wydzierał się, że mi
jeszcze pokaże.
- Dobra. - Teraz
nadeszła moja kolej. - Są oni tam jeszcze? Pod blokiem?
- Nie. Poszli
gdzieś.
- A Kasia?
- Czeka z Maćkiem
w samochodzie.
- Ok. Jedziemy
na policję – zarządziłam.
Iga była
naładowana emocjami. We mnie też się gotowało. Stare dziady zaczepiają młódki.
Rozejrzałam się po wyjściu z klatki, rzeczywiście nigdzie nie dostrzegłam
Parkingowego. Pojechaliśmy wszyscy na posterunek Policji.
Dziewczyny, po
moim wstępie zdały relację policjantowi w dyżurce o tym, co się stało. On
łaskawie ich wysłuchał, najwyraźniej
znudzony tym, co słyszał, popatrzył błędnym wzrokiem i poinformował nas, że nie
widzi podstaw do przyjęcia zgłoszenia. Gdyby panowie zrobili coś dziewczynom,
szarpali lub pobili je, albo kierowali pod ich adresem groźby karalne, wtedy
musiałby przyjąć doniesienie. Ale w tej sytuacji? Nic takiego nie miało
miejsca. Zaś słowa o załatwieniu kogoś czy zrobieniu z kimś porządku nic nie
znaczą. Nie kwalifikuje się to nawet na pouczenie dzielnicowego. I zupełnie
nieistotne jest, że nastolatka będzie teraz bała się wsiąść do windy czy iść
ulicą, bo obawia się spotkania z oszołomem mieszkającym obok.
23
W ostatni
weekend wakacji dzieciaki pojechały z moimi rodzicami do cioci Zdzisławy. A ja wybrałam
się na babski wieczór. Imprezkę organizowała Daria, która zaprosiła i stare
znajome, i koleżanki z pracy, i siostry. Słowem, impreza na sto fajerek. Zamierzałam
nocować u Magdy, więc pojechałam samochodem. Do Darii poszłyśmy na piechotę.
Było chyba ze
trzydzieści dziewczyn. Pojawiła się nawet Mirella, która na takich spędach nie
bywa. Zawsze przedkłada kameralność i elegancję nad spontaniczność i radość.
Cóż, ten typ tak ma. Ucieszyłam się ze spotkania z Teresą, której dawno nie
widziałam, a z którą wiele lat temu wydzierałyśmy się przy ognisku w rytm jej
przygrywania na gitarze. Teraz miała męża, dwoje dzieci i była bardzo
zapracowaną osobą. Na gitarę i ognisko raczej nie miałaby czasu. No i Bożenka,
która usadowiona w rogu pokoju bacznie obserwowała każdą nowoprzybyłą.
- O! Cześć
Baśka! – Zmierzyła mnie z góry na dół. – Dobrze wyglądasz.
- Cześć, dzięki.
– I buziak na powitanie.
- Siadaj. Masz
co pić?
- Tak. Daria
rozdaje drinki na wejściu.
- A ja musiałam
czekać – powiedziała obrażonym głosem Bożena, choć w ręku też trzymała szklankę
bynajmniej nie z herbatą. – Widziałaś tę Monikę. Jaka tufta! – Bożena miała
swoje określenia na wszelkie stany ducha i ciała. – Cyce wiszą jej do kolan.
- Niedawno
urodziła. Karmi pewnie piersią – powiedziałam zniesmaczona słowami Bożeny.
- Phi! –
Prychnęła po swojemu. – Ja też karmiłam każde dziecko piersią. Po półtora roku!
– Podkreśliła. – I co? Jakoś piersi mi nie opadły.
Bożena zawsze
bardzo krytycznie oceniała innych. Ona sama była, w swoim przekonaniu,
chodzącym ideałem – najpiękniejsza, najszczuplejsza, najmądrzejsza itd.
Obgadywała na lewo i prawo, nie przebierając w słowach. Znałam ją od lat i
zawsze postrzegałam ją jako sympatyczną dziewczynę. Jednak gdy wpadała w trans
obrabiania komuś tyłka, wychodził z niej demon.
- Hello, dziewczyny.
– Podeszła do nas Magda. – Cześć, Bożenka.
- Cześć. No Ty
to jak zwykle w mini.
- Lubię mini. A
co, nie powinnam nosić krótkich spódniczek? – Zapytała Magda zadziornie.
- Oj tam. Magda
lubi mini, a Bożenka lubi sobie pokomentować – powiedziałam niby żartem, żeby
atmosfera nie zgęstniała za bardzo, bo dziewczyny za sobą nie przepadały i
wiedziałam jak może skończyć się ich pogawędka.
- Taaa. Bożenka
lubi komentować. – Bożena zamyśliła się. – Co właściwie miałaś na myśli? Ja
jestem po prostu szczera. Jak ktoś mnie wkurza, albo nie podoba mi się jakiś
ciuch, głośno to mówię. Jak na przykład nasza koleżanka Marysia. – Bożena
kiwnęła głową w stronę wejścia. – Jak ona wygląda? Gruba rozwora. Jak można tak
się zaniedbać?
- Ona jest
chora. Ma cukrzycę.
- Ale jeść
mogłaby mniej, co nie?
Magda
przewróciła oczami i kręcąc głową odeszła od nas.
- Powiedz
lepiej, co u was. Jak dzieciaki?
- Oooo,
świetnie. Wiesz? Byliśmy w Disneylandzie pod Paryżem. Dużo ludzi i innego
barachła, i w ogóle przereklamowane miejsce. – Bożena dalej krytykowała. – Ale
dzieci dobrze się bawiły. Te wszystkie zamki, księżniczki i rycerze to nie dla
mnie. Dobrze, że potem pojechaliśmy na kilka dni do Paryża.
- Paryż jest
pewnie piękny. – Rozmarzyłam się.
- E tam, piękny.
Na zdjęciach lepiej wygląda. Tłumy ludzi, gorąco. Jedyna korzyść to porządne
zakupy. U Lafayete`a spędziłam cały dzień.
-
A co to jest? Ta lafajeta?
- Sklep,
kobieto! Sklep! – Zagrzmiała Bożena.
Jak mogłam nie
wiedzieć co to takiego?
- Spędziłaś cały
dzień w sklepie zamiast zwiedzać Paryż?! – Nie mieściło mi się to w głowie.
- Jasne! I, nie
chwaląc się, teraz moja Helenka ma dwie linie zapachowe. – Bożena była
najwyraźniej dumna ze swoich zakupów. - Z każdego zapachu pełen zestaw
kosmetyków, rozumiesz?
- Aha. – Tylko
na tyle było mnie stać.
W końcu nie
każdy w wieku 8 lat ma dwie linie zapachowe. A cóż tam Paryż?
- Mamuś, jesteś
w domu? – Iga zadzwoniła około 11.
- Jestem u cioci
Magdy. Będę po południu.
- Bo my
wyjechaliśmy od cioci.
- Już? Myślałam,
że wrócicie wieczorem – odparłam nieco zaskoczona.
- Wracamy, bo
dziadek chciał już jechać.
- To o której
mam być w domu, żeby was odebrać.
- Spoko, siedź
sobie u cioci. Babcia mówi, że skoro jedziemy tak wcześnie, to zatrzymamy się
na obiad po drodze. Więc na pewno nie będziemy szybko. – Iga miała chyba
rozpisany grafik podróży.
- Oki. Zjemy
obiad i przyjadę. Jakby co, czekajcie grzecznie na mnie.
- Dobrze,
mamusiu. – Iga zaczęła się ze mną droczyć. – Będziemy czekać na naszą kochaną
mamusię.
- To pa.
- Pa.
Na obiad
zamówiliśmy pizzę. Nie miałyśmy z Magdą ochoty na pichcenie. Zresztą Kama i
Tadek też chętnie zjedli chamskie żarcie. Dwa kartony pizzy wylądowały na
stole. Zajadaliśmy się trójkątami ciasta z serem, gdy przyszedł do nie sms.
Niemal nie udławiłam się, patrząc na jego zawartość. Z ekranu telefonu patrzyła
na mnie słodka mordka burego kotka. Mordka wychylała się zza mojej kanapy,
znajdującej się w moim pokoju mojego mieszkania. Ale ja nie mam kota!
- Muszę jechać!
– Krzyknęłam przełykając kęs pizzy.
- Ale dlaczego?
Przecież jeszcze nie zjadłaś. Co się stało? – Magda nie wiedziała o co chodzi.
- Muszę! Patrz!
– Cała w emocjach podałam jej mój telefon.
- Śliczny, choć
ja nie lubię kotów. Czyj to?
- Mój! Rozumiesz,
mój!
- Jak to twój?
Ty nie masz kota tylko psa. – Magda nie rozumiała.
Ale ja rozumiałam dokładnie. Iga przysłała mi
zdjęcie kota, którego wreszcie przytargała do domu. Jęczała od dawna, że chce
kociaka, ale ja nie zgadzałam się. Mamy przecież psa. Poza tym nie lubię kotów.
A teraz nadarzyła się okazja. Tylko dlaczego dziadkowie na to pozwolili?
Przecież wiedzieli, że nie chciałam kolejnego zwierzaka.
Pognałam do domu
kilka razy przekraczając dozwoloną szybkość. Wpadłam do mieszkania wkurzona, bo
po drodze jeszcze się nakręciłam na awanturę. I co zobaczyłam? Naszego Wicka
merdającego ogonem z radości i liżącego uszko śpiącego kotka, który leżąc na
kolanach Igi mruczał jak wiertarka udarowa. Zamurowało mnie. Taki słodziak? A
potem wzięłam go na ręce, przytuliłam i zakochałam się we wszystkich kociakach
świata, które mruczą tuląc się do szyi człowieka.
Iga do spółki z
Rafałem postanowili wziąć jedno z kociąt znalezionych w ogródku sąsiadów cioci
Zdzisławy, którzy chętnie przystali na taki pomysł i nie wnikali specjalnie w to, czy dzieciaki
mogą się nim zaopiekować. Jeden kłopot mieli z głowy. Dali im jeszcze kawałek
kocyka i pomogli ułożyć zwierzaka w plecaku Igi. Dziadkowie zauważyli kota, gdy
ten zamiauczał podczas drogi powrotnej, ale wtedy byli już z 50 km od domu
cioci, bo wcześniej kociak spał. Iga oczywiście przekonała ich do tego, aby
zwierzak jechał z nimi dalej i tak trafił do naszego domu. Gdy zadzwoniłam do
nich, to choć byli przygotowani na pretensje za niedopilnowanie wnuków, ja mogłam
już tylko śmiać się z tej sytuacji.
I tak oto
pojawił się u nas nowy lokator, Udar.
24
Po wakacjach
pojawiła się Fioletowa, czyli Andżelika. Opalona i uśmiechnięta wpadła jak
burza do hali. Już z daleka było widać jak przeciska się miedzy tłumem
klientów. Kiedy dotarła do mnie, była zgrzana.
- Dzień dobry,
Basiu!
- No, witam
panią! - Odpowiedziałam radośnie.
Andżelika
zazwyczaj przynosiła ze sobą dobry nastrój. Emanowała zawsze jakąś taką
prostotą życia. Wcisnęła się za ladę i opadła na krzesło.
- Wody! Umieram
z pragnienia – wysapała.
Podałam jej
butelkę wody, którą zawsze miałam pod ręką.
- Mam zdjęcia z
wesela i podróży poślubnej – odparła, gdy ugasiła pragnienie. – Może wyskoczymy
na kawę?
- Teraz nie
mogę. Ale za dwie godziny przyjdzie pani Ania i wtedy będę wolna.
- Dobrze. To ja
sobie pochodzę po sklepach, może coś wypatrzę, a o trzeciej wrócę po ciebie.
Może być? – plan już był gotowy.
- Ok. To do
trzeciej.
Andżelika
zniknęła ponownie w tłumie.
Zamknęłam na
chwilę kratę na stoisku i poszłam po coś na śniadanie. Mój żołądek zawiązał się
już w supełek. Po zakupach skręciłam w alejkę, gdzie buty sprzedawała mamusia z
synusiem. I tam spostrzegłam, jak mój jeszcze mąż prowadzi z kobietą ożywioną
dyskusję. Opowiadał coś, a mamusia od butów chętnie mu przytakiwała i co chwila
wtrącała coś od siebie. Do mnie, po mojej wieczornej akcji, nie zaglądała.
A kiedyś tak wieszała
psy na moim jeszcze mężu, gdy opowiadała o jego wyczynach na hali! Jak to
potrafił przyjść do jej synusia, wsunąć mu w dłoń banknot podczas powitania i
cicho szepnąć, żeby zakupił ćwiarteczkę. Wszystko po to, abym nie miała podstaw
do oskarżania go o kupowanie gorzały. Jakby co, to kolega wpadł z flaszeczką.
Albo jak ukrywał się na stoisku z butami, gdy pojawiał się poborca podatkowy.
A teraz taka
komitywa? No tak! Bingo! Już wiem skąd mamusia synusia wiedziała, gdzie
mieszkam. Zenek na pewno opowiadał jej wiele o nas. Wyobrażenie o mnie też
pewnie miała dzięki jego mitomańskim opowieściom.
Odwróciłam się w
drugą stronę i wróciłam szybko do siebie. Miałam nadzieję, że prawie były nie
zawita do mnie. Oczywiście moje nadzieje były płonne. Zenek przyszedł, gdy
kończyłam jeść kanapkę.
- Cześć,
kochanie – powiedział.
- Nie jestem
twoje kochanie – warknęłam.
- Przyszedłem,
bo mam ci coś ważnego do powiedzenia. A nie chciałem rozmawiać przez telefon.
Oho! Znowu jakaś
tajemnica państwowa?!
- Możemy
porozmawiać na osobności?
- Jesteśmy sami.
Klienci nas nie podsłuchują.
- Dobra. Jak
chcesz. Ale żebyś nie miała pretensji, jak się coś stanie. – Zenek znowu był
jak w transie.
Mówił cicho,
jakby rzeczywiście bał się, że ktoś go podsłucha.
- Uważaj na
siebie i na dzieci.
- Uważam. –
Chciałam uciąć tę rozmowę.
- Ja mówię
poważnie. – Znowu ściszył głos. – Nie ufaj nikomu. Ja też nie ufam. Nawet numer
telefonu zmieniłem.
- Zenek, proszę
cię, daruj sobie te chore gadki. I idź już stąd, bo mi klientów odstraszasz.
- Posłuchaj mnie
wreszcie! – Powiedział cicho, ale podniesionym głosem. – Ktoś chce ci zrobić
świństwo. Miesza w urzędzie skarbowym. W piątek będę znał jego nazwisko i numer
telefonu.
O matko! Niech żyją omamy! Gdyby zadzwonił,
rozłączyłabym się po prostu. A tak musiałam wysłuchać tych bzdur do końca.
- Dam ci jego
dane, ale tylko ksero – zastrzegł jeszcze mąż w amoku. – Oryginał zostawię
sobie jako zabezpieczenie. Wiesz, bo świństwo ten ktoś chce zrobić tylko tobie.
Ja się martwię o ciebie i przepraszam cię za wszystko, ale ty musisz bardzo
uważać.
- Dobra, dzięki
za ostrzeżenie. Możesz już iść. – Próbowałam się go pozbyć po raz kolejny.
- Słuchaj, naprawdę
się martwię. To świństwo chce tobie zrobić ktoś z rodziny. Więc uważaj.
- Dobrze, będę
uważać.
I wtedy jak
zbawienie pojawiła się pani Ania.
- Coś jeszcze,
bo zaraz jadę do domu? – Wykorzystałam okazję.
Pani Ania
zmierzyła ostro Zenka z góry na dół. On najwyraźniej obawiał się rozmowy z nią,
bo jak wiadomo, był jej winien kasę, więc nie opierał się. Pożegnał się i
zniknął, a jego podejrzenia razem z nim.
Naturalnie nie
pojechałam do domu. Przed halą czekała Andżelika. Miała w rękach z pięć toreb.
Najwidoczniej zakupy się udały.
- Gdzie idziemy?
Może do tego nowego pasażu?
- Idziemy do
Starbucksa. Muszę poprawić sobie nastrój.
- Dobrze. A
stało się coś?
Opowiedziałam
Fioletowej w skrócie o wizycie prawie byłego. Nic nie powiedziała. A potem
zapłaciła za moje duże karmelowe macchiato, od którego jestem uzależniona.
Andżelika miała
dwa albumy zdjęć. Te z wesela były wysmakowane, w dużej części czarno-białe. Od
razu widać było, że robił je profesjonalista. Wakacyjne fotki były kolorowe,
pełne słońca i głupich min. Przebijał z nich luz. Podróż poślubna, jak widać,
należała do udanych.
- Przywiozłam ci
pamiątkę z Maroka. – Fioletowa pamiętała o mnie w tym wymarzonym przeze mnie
miejscu? – Taki drobiazg.
Wyjęła z torby
przepiękny naszyjnik ze srebra i turkusów. Całość była niezwykle misternie
wykonana i po prostu piękna.
- Dziękuję
bardzo, ale nie trzeba było robić sobie kosztów.
- Basiu, daj
spokój. Jakie koszty? Proszę, to dla ciebie. – I podsunęła naszyjnik w moją
stronę.
- Dzięki
śliczne. Jest naprawdę piękny.
- Podoba ci się?
Naprawdę?
- Jasne. Jest
cudny – zapewniłam Andżelikę.
- To dobrze,
całe szczęście. Wiesz, tylko mam prośbę do ciebie.
- Tak? –
zapytałam.
- Dziś idziemy z
Miśkiem do znajomych na imprezkę. Mam taką sukienkę z turkusowymi wstawkami i ten
naszyjnik bardzo by mi pasował. Pożyczysz?
I w ten oto
sposób dostałam prezent, którego już nigdy więcej nie ujrzałam.
25
- Po co mam iść
na dyskotekę?
- Bo dziewczyny
z twojej klasy zaprosiły cię na nią. – Próbowałam przekonać Rafała do imprezy w
szkole z okazji Dnia Chłopaka. – Napracowały się, żeby zrobić wam, chłopcom,
przyjemność. Więc nie wydziwiaj tylko zastanów się, co ubierzesz.
- Mamo, ale bale
przebierańców są dla małych dzieci – jęczał Rafcio.
- Synu, przestać
stękać. Powinieneś się cieszyć, że dziewczynki tak zaangażowały się w to
spotkanie. Sama bym chętnie poszła na bal przebierańców.
- To idź.
- Ale to jest
impreza dla uczniów waszej klasy, a nie dla rodziców.
- Możesz
przebrać się za mnie i iść na bal. – Rafał zaczął się już wygłupiać.
- Tak. Marzę o
tym! Myśl lepiej jak się przebrać! – Moja cierpliwość była na wykończeniu. –
Jaki to temat?
- Temat?
- Temat balu. Za
co macie się poprzebierać?
- A, to. Za coś
związanego z morzem.
- Czyli temat
morski. Tak?
- Tak – odparł
Rafcio bez entuzjazmu.
- Synu, to super
pomysł. Masz mnóstwo możliwości. – Próbowałam go zmobilizować. – Możesz iść
nawet owinięty prześcieradłem i udawać Neptuna.
- Oszalałaś?! W
prześcieradle?!
- A dlaczego nie?
Liczy się fantazja.
Rafał zamyślił
się. Potem spojrzał na mnie szelmowsko.
- Nasz bal jest
związany z morzem, tak? – Zapytał.
- Taaak –
potwierdziłam niepewnie.
- Morze to woda,
tak?
- Taaak.
- To pójdę z
mokrą głową. Będzie morski akcent.
- Mamo! Znowu! –
Iga krzyczała już od progu.
- Co znowu?
- Parkingowy mnie
zaczepił. – Nie płakała, była zła.
- O Matko. A
gdzie? – Zapytałam zaniepokojona.
- Czekałam na
parterze na windę. A on schodził po schodach. Jak mnie zobaczył, zaczął
wygadywać, że sąsiedzi nie chcą, żebym tu mieszkała, bo mają mnie dość i on to
załatwi. Popukałam się w czoło, a on mnie wyzwał od gówniar.
- Idę do niego!
– Wkurzona już ubierałam buty.
- Ale on
wyszedł. Jak mi nawrzucał, wyszedł z klatki.
- Ok. –
Zastanowiłam się przez chwilę. – Pojdę do nich jutro. A ty się córciu nie
martw. Zrobimy z tym porządek. Nie będzie mi oszołom dziecka straszył.
Nie chciałam się
nakręcać, aby nie stresować Igi. W głębi duszy byłam wściekła i gotowało się we
mnie. Jak nie sąsiadka to prostak Parkingowy. Kiedyś Magda, podczas naszych
pogaduch przy kawie, zadała retoryczne
pytanie:
- Czy ktokolwiek
uwierzyłby, nie znając ciebie, że to wszystko przydarza się jednej osobie?
Następnego
ranka, po nieprzespanej nocy, wsiadłam do windy. Byłam naładowana i gotowa do
awantury. Miałam zamiar zapukać do jego drzwi. Nieistotne było dla mnie, czy go
zastanę. Właściwie podświadomie chciałam, aby go nie było. Wtedy
opowiedziałabym o jego podłym zachowaniu jego miłej żonie. Winda zatrzymała się
piętro niżej i, ku mojemu zaskoczeniu, drzwi otworzył Parkingowy. Zamarł na
chwilę, zaskoczony, nie wiedząc, czy wejść do środka. Ale przytrzymałam drzwi
dając mu do zrozumienia, że zmieścimy się oboje. Wsiadł zmieszany, a ja nie dałam
mu szansy nawet na jeden gest.
- Dlaczego
zaczepia pan moją córkę?
- Ja? To ona
jest niegrzeczna?
- Słucham?! –
podniosłam głos. – Ona jest niegrzeczna?! Przecież to pan zaczepiał z kolegą
jej koleżankę. Ona tylko stanęła w jej obronie.
- Ale to ona
pyskuje! Nie mówi dzień dobry! – Parkingowy był wygadany.
- A z jakiej
racji ma mówić panu dzień dobry? To chyba
facet powinien pierwszy się ukłonić? – A to jaśnie pan!
- Ale ona jest
młodsza!
- To nie ma
znaczenia! Jest kobietą! I na pewno nie gówniarą, jak pan ją nazywa!
- Nikt was tu nie
chce! Ale ja zrobię z wami porządek! Już powiadomiłem odpowiednie służby! – Czyżby
rozmawiał ze mną prawie były przebrany za Parkingowego?
- Proszę pana! –
I w ten sposób wyczerpał się zapas mojej cierpliwości. – Nie życzę sobie,
żeby zaczepiał pan moją córkę, ani
kogokolwiek z moich bliskich! Zgłosiliśmy już całą sprawę na policji, ale jeśli
powtórzą się jakiekolwiek zaczepki, spotkamy się w sądzie! Rozumie pan?! Proszę
się trzymać od nas z daleka! – Mój to był zasadniczy i byłam z stego dumna.
Puściłam drzwi
windy, które blokowałam na parterze nogą już od dłuższego czasu. Zamknęły się z
hukiem, a ja żałowałam, że nie walnęły Parkingowego w durny łeb. Może guz
spowodowałby rozmnożenie u niego szarych komórek.
Po pracy
poleciałam na zakupy do galerii. Chciałam kupić sobie dżinsy. Zaliczyłam kilka
sklepów, ale nigdzie nie było takich, które by mi się podobały.
Z zakupami
zazwyczaj miałam problem. Na wyprzedażach nie miałam szans, bowiem pod koniec
sezonu już nigdy nie było moich rozmiarów ani wśród ciuchów, ani w sklepach z
butami. Jeśli więc coś mi się spodobało, musiałam to kupować nie czekając na
obniżkę ceny. Jednak, wcale nie łatwo było mi znaleźć coś, co zachwyciłoby mnie
od pierwszego wejrzenia. Mam tu na myśli przystępne ceny, a nie ciuchy za
tysiące złotych. Zazwyczaj wiedziałam, co bym chciała zakupić, ale jakoś nigdy
nie mogłam na nic takiego trafić. Długie poszukiwania wykańczały mnie, a wtedy z
zakupów wracałam zmęczona i rozdrażniona. Nigdy nie zrozumiem kobiet, które
chodzą po sklepach dla przyjemności, a mierzenie ciuchów je odstresowuje. Dla
mnie to koszmar. I strata czasu. Mnóstwo rzeczy kupuję bez przymiarki, za co
nieustannie ochrzania mnie Iga, ale mam to po mojej mamie. Ona też tak zawsze
robiła. Potem oddawała za duże ciuchy mi, a za małe trzymała dla wnusi.
Tym razem
dżinsów nie kupiłam, ale wypatrzyłam na jednej z wystaw piękny płaszcz boucle.
Zachwycona weszłam do środka.
- Przepraszam –
zaczepiłam jedną z ekspedientek. – Na wystawie wisi na manekinie grafitowy płaszcz.
Gdzie taki znajdę?
- Damski płaszcz?
- Tak.
- Damski dział
jest piętro wyżej. Proszę tam zapytać.
Wjechałam na
piętro sklepu. Poszukałam kolejnej sprzedawczyni i zapytałam o płaszcz.
- Grafitowy? Może
pani coś więcej powiedzieć? Jaki fason?
Opisałam, co
mogłam. Swoją drogą dziwne, że wystawa damskich ciuchów jest na innym piętrze
niż stoisko z nimi.
- To paszcz
boucle – powiedziałam pewna, że to naprowadzi panią na wybrany płaszcz.
- Bukle?
Przepraszam, a co to takiego?
No nie! Taka
sama sytuacja jak kiedyś z sukienką. Ekspedientka w sklepie z ciuchami nie wie,
co to jest boucle! Nie zna materiałów z jakich są uszyte oferowane przez nią płaszcze.
Kogo oni zatrudniają?
Wieczorkiem
miałam iść z dzieciakami do kina. Na jakieś komedie romantyczne zawsze szkoda
mi kasy, wolę poczekać, aż będę mogła taki film obejrzeć w telewizji lub w
necie. Seria z moim uwielbianym Harusiem dawno się zakończyła, a Hobbit mnie
nudzi. Wybraliśmy zatem Grawitację. Fabuła bez szału, ale widoki ziemi z
perspektywy kosmosu są w nim niebotyczne. I dla tych zdjęć poszliśmy do kina.
Naturalnie
obowiązkowo musieliśmy kupić colę i popcorn. Choć wiele osób uważa objadanie
się w kinie za prostactwo, ja nie wyobrażam sobie oglądania filmu bez
kukurydzy. Nigdzie nie smakuje mi ona tak pysznie jak właśnie w kinie. Jedynie
ceny w barze są porażające. Dlatego na takie rodzinne atrakcje z dziećmi stać
mnie średnio raz na pół roku.
I właśnie kiedy
odbieraliśmy nasze zamówienie z baru ktoś mnie popukał w ramię.
- Cześć, Basiu!
– Powiedział wyniosłym tonem wujek Kazik. – Co ty tu robisz?
A co można robić
w kinie? Oglądać filmy?
- Dzień dobry –
powiedziały zgodnie moje pociechy i stanęły za mną.
- O, cześć
wujek. Przyszliśmy na Grawitację.
- Grawitację?
Takie filmy oglądacie? – Wujek był najwyraźniej zdegustowany.
- A gdzie
ciocia? – Spytałam, aby uniknąć wykładu na temat wspaniałego kina niszowego, projekcji
w kinach studyjnych i tym podobnych upodobań wuja. Po co w takim razie
przyszedł do miejsca masowej rozrywki zwanego kinem?
Wujek Kazik był
kuzynem mojego ojca. Jako pierwszy członek rodziny z wykształceniem wyższym w
powojennych czasach czuł się wybrańcem i zadzierał nosa. Wszystkich traktował z
góry i nie z każdym rozmawiał. Widywałam go przy okazji ślubów i pogrzebów oraz
podczas takich przypadkowych spotkań jak to w kinie.
Pamiętam jak
kiedyś Zenek puszył się, gdy wujek Kazik okazał mu radosne zainteresowanie
podczas jakiejś stypy. Przywitał się z nim pierwszy podając rękę po czym uciął
sobie z nim uprzejmą pogawędkę. Była to prawdziwa rodzinna nobilitacja.
Niestety, jak się z czasem okazało, jednorazowa. Nigdy potem wujek nie zbliżył
się do mojego prawie byłego i zaszczycał go jedynie łaskawym skinięciem głowy
na powitanie. Co powodowało wujkiem w tym wyjątkowym dniu – nigdy się nie
dowiedzieliśmy. Może po prostu miał dzień dobroci dla zwierząt?
- Ciocia kupuje
bilety – odparł łaskawie wujek na moje pytanie.
- A na co się
wybieracie? – Zapytałam.
- Na Idę. To
bardzo wartościowy film. – I znowu wyniośle podkreślił wujek, dając do
zrozumienia, że nasz wybór nie jest trafny.
- O tak.
Widziałam w necie. – Ale do kina bym w życiu na niego nie poszła, chociaż
bardzo mi się podobał, ma świetne zdjęcia, a Kulesza jest w nim genialna, jak
zawsze zresztą.
- W necie? –
Wujek był zdruzgotany moim językiem. – A co to takiego?
- Internet,
Kaziu, Internet – między nas wkroczyła ciocia Joanna. – Dzień dobry, Basiu.
Cześć dzieciaki.
Ciocia Joanna, w
żadnym razie Aśka, zmierzyła Igę i Rafała stojących za mną. Dzieciaki odsunęły
się o kolejny krok do tyłu. Nie przepadały, delikatnie mówiąc, ani za wujkiem,
ani za ciocią. Było to związane z ich sposobem postępowania wobec innych.
Ciocia Joanna, podobnie jak jej mąż, traktowała innych z dystansem i dawała do
zrozumienia, że na jej zainteresowanie nie każdy zasługuje. Zachowanie wujostwa
było często lekceważące i, dla niektórych, dołujące.
Wujostwo odwiedziło
nas kiedyś, gdy dzieci były mniejsze. Przyjechali z rodzicami zobaczyć jak
mieszkamy. Spotkanie pełne było wymuszonych uprzejmości i krytyki na temat
urządzenia naszego lokum. W pewnym momencie ciocia, nauczycielka z zawodu,
poprosiła Igę, która była w pierwszej klasie, o pokazanie zeszytów. Igusia,
dumna z zainteresowania, jakie okazała jej ciocia, pobiegła po zeszyty pełne
szlaczków, rysunków i pierwszych koślawych liter. Stanęła obok fotela, na
którym siedział gość z wypiekami na policzkach.
Ciocia Joanna
przewertowała niedbale zeszyty i spojrzała na Igę znad opuszczonych na nos
okularów.
- U mnie na
pewno nie miałabyś piątki. Bardzo niedbale prowadzisz zeszyty – wypaliła
ciocia.
Iga wybuchnęła
płaczem i uciekła do swojego pokoju. Poszłam za nią i już nie wróciłam do
gości, bo cały wieczór musiałam zapewniać moje dziecko, że prowadzi zeszyty
bardzo starannie, zasługuje na piątki i w ogóle jest bardzo wartościowym
człowiekiem. Ciocia zaś strzeliła focha i szybko zakończyła wizytę.
Wujek też miał
niezłe osiągnięcia odnośnie lekceważenia ludzi. Jako dziecko często bywałam z
rodzicami u wujostwa w domu. Pamiętam, że na jednej z imprez wujek, gdy znudziła go rozmowa z gośćmi, odszedł od
stołu, włączył telewizor, usiadł na fotelu tyłem do zgromadzonych znajomych i
rodziny, i oglądał jakiś program sącząc drinka. To się nazywa kultura osobista!
- Która godzina?
– Spytałam Rafcia, który pokazał mi zegarek. – O, musimy już iść na seans. –
Chciałam jak najszybciej pozostawić wujostwo samym sobie.
- Zatem do widzenia.
– Ciocia była równie wyniosła co wujek.
- Do widzenia –
odparłam, a dzieci powtórzyły za mną i już nas nie było.
- Mamo? –
Zapytał Rafcio, gdy już siedzieliśmy w sali kinowej. – Czy oni zawsze byli
tacy? Znaczy wujek i ciocia?
- Jacy, synu?
- Tacy drętwi?
- Tak, synusiu,
niestety zawsze.
Najwyraźniej
bowiem wykształcenie nie zawsze idzie w parze z dobrym wychowaniem.
27
Jesień była
piękna. Ciepła i kolorowa. W niedzielę postanowiliśmy wybrać się z dzieciakami
do zoo. Anetka, która urodziła wiosną trzeciego syna postanowiła pojechać z
nami. Oczywiście z otoczeniu swojej imponującej gromadki dzieci. Zatem
podzieliłyśmy dzieci na dwa samochody. Ze mną, Igą i Rafciem pojechali Paweł
oraz Gaweł – taki żarcik męża Anetki po narodzinach ich drugiego syna.
Nieważne, że skrzywdził dziecko, nadając mu imię bohatera wierszyka i zapewne w
szkole śmieją się z jego imienia. Grunt, że tatuś miał radochę. Anetka zabrała Marzenkę
i najmłodszego Filipa.
Pomimo, że zoo
nie jest moim ulubionym miejscem relaksu, z uwagi na zamknięcie zwierząt, to
jeździmy tam czasem, bo jest ono pięknie położone. Las, mnóstwo zieleni,
zadbane alejki. Tym razem zwierzaki korzystały z jesiennego słońca i wygrzewały
się na wybiegach. Najmłodsze dzieciaki Anetki co chwilę piszczały z radości, a
starsze, na czele z Igą, opowiadały im o zwierzętach. Po drodze kupowaliśmy
frytki i lody, i zajadaliśmy się nimi. Dzieci oblepiły sobie buzie słodką watą
cukrową, która zawsze będzie mi się kojarzyć z odpustami na wsi oraz
saturatorami z wodą podczas upałów w czasach mojego dzieciństwa. Było
przyjemnie.
Zatrzymaliśmy
się przy wybiegu dla fok. Marzenka wspięła się na balustradę i obserwowała fokę
nurkującą i wypływającą co chwilę z basenu. Klaskała z radości.
Kilka metrów
dalej stał starszy pan z około pięcioletnim malcem.
- Zobacz,
wnusiu, to są foki.
- Foki? Fajne.
- Pewnie, że
fajne. Widzisz jak nurkują? – Pytał dziadek.
- Taaak! –
Chłopiec cieszył się jak każde dziecko.
- O, o, patrz.
Teraz tam wypłynie. – Dziadek wskazywał kierunek, gdzie powinna pojawić się
foczka.
- Dziadku, a
foki to zwierzęta? – Zapytał malec.
- Tak,
zwierzęta, wnusiu. – Odparł dziadek dumny z tego, że może wnukowi przedstawiać
otaczający go świat. – To ryby.
Zatkało nas.
Nagle zapadła cisza. Iga przestała opowiadać Marzence o foczce.
- Mamo –
szepnęła do mnie. – Przecież foka to nie ryba.
- Wiem, dziecko,
ale może nie każdy ma taką wiedzę?
- Proszę pana! –
Zawołała Iga do starszego pana obok zanim zdążyłam ją powstrzymać.
Pan chwycił
wnuka za rękę i odwrócił się w naszą stronę.
- Pani mówi do
mnie? – Zapytał zdezorientowany.
- Tak, proszę
pana – odparła moja córcia.
- O co chodzi?
- Foki to nie
ryby. To ssaki – Iga próbowała grzecznie uzmysłowić panu pomyłkę.
- Jak to nie
ryby? – Pan jednak się obruszył.
- No nie.
Wprowadza pan w błąd chłopca. To ssaki.
- Jak to ssaki?
Przecież pływają. Jak pływają to ryby. – Pan wzruszył ramionami, pociągnął
wnuka za sobą i szybkim krokiem oddalił się w kierunku słoni.
- Musiałaś się
powymądrzać, tak? – Spytałam z uśmiechem Igę.
- Musiałam.
Zawsze trzeba próbować walczyć z niewiedzą. I ignorancją. – Powiedziała Iga. –
Żeby potem nie gadać takich głupot jak wychowawczyni Rafcia z przedszkola,
która twierdziła, że foka znosi jajka. Pamiętasz?
Po południu
pojechaliśmy na zakupy. Rafałowi potrzebne były spodnie. W sklepie dla dzieci,
o ile jeszcze gdzieś udało się znaleźć dobry na niego rozmiar, fasony były
bardzo dziecięce. Zaś w sklepach dla dorosłych wszystko było za duże. Prawdziwy
problem garderobiany nastoletnich dzieci, to brak sklepów z przejściowymi
rozmiarami. A do tego dzieciaki bajerują rodziców jak mogą, żeby uwierzyli, iż
te dorosłe ciuchy idealnie na nich leżą.
Zatem
chodziliśmy chyba ze dwie godziny od sklepu do sklepu w nadziei na znalezienie
wreszcie czegoś pasującego na Rafcia.
- Czy mogę w
czymś państwu pomóc? – Pytały naduprzejme ekspedientki w każdym ze sklepów.
- Niestety, nie
znajdę nic w tym rozmiarze. – Odpowiadały zawsze tak samo i dziwiły się, gdy
Rafciowi nie podobał się fason, jeśli jakimś cudem znalazły coś prawie na niego
pasującego.
Rafał już od
dziecka wiedział czego chce, jeśli chodzi o garderobę. Kiedy upatrzył sobie jakiś
ciuch, tak długo szukał, aż go znalazł. Gdy miał około siedmiu lat pojechaliśmy
na halę targową po spodnie. Na jednym ze stoisk pani oferowała nam przeróżne
wzory. A mały Rafał dokładnie wybierał, mówił, czego oczekuje, aż kobieta była
zaskoczona, że taki młody, a taki przekonany do swojej wizji. Tak, to prawda,
że zakupy z Rafałem to przynajmniej pewność, że nie będzie mierzenia bez sensu,
na próbę. Albo jest to czego chce, albo nie ma. I wtedy nie tracimy czasu.
Tym razem
niestety nie udało się. Na pocieszenie poszliśmy na lody do Grycana.
Rozsiedliśmy się przy stoliku i zajadaliśmy te pyszności. Naprzeciwko był sklep
kosmetyczny.
- Posiedźcie
chwilkę. Skoczę tylko po puder do tego sklepu. – Wskazałam sklep po drugiej
stronie holu.
- Oki, mamo. Idź
- powiedziała Iga. – Będziemy tu siedzieć.
Weszłam do
sklepu. Kolorem przewodnim był w nim róż. Różowe półki, wzory na ścianach i
mundurki pań sprzedających.
- W czym mogę
pani pomóc ? - Usłyszałam nieśmiertelną formułkę.
- Chciałabym
puder – powiedziałam i uniosłam wzrok do góry.
Zobaczyłam
kobietę z plastikową maską na twarzy, oczami mocno podkreślonymi kredką i
odblaskowymi ustami w kolorze różowym. Rozejrzałam się po sklepie. Kilka innych
kobiet, równie sztucznych jak ich koleżanka przechadzało się po sklepie,
gotowych do pomocy każdemu klientowi jak jakieś roboty. I u wszystkich te
agresywne, różowe usta. Poczułam się jak w horrorze. Za chwilę te porcelanowe
lale rozpadną się na kawałki, a z ich wnętrza wypełzną obrzydliwi przybysze z
kosmosu.
Poczułam ciarki
na plecach. Podziękowałam za pomoc i szybko opuściłam sklep. Dziwne podejście
marketingowe. Bo chyba odstraszanie klientów nie powinno być celem nadrzędnym?
28
- Proszę pana,
nie macie z czego ściągać alimentów od mojego męża, bo on nie pracuje, a jak pracuje, to na czarno – tłumaczyłam
cierpliwie komornikowi.
- Wiem, proszę
pani.
- I teraz, skoro
ja wystąpiłam do Funduszu Alimentacyjnego o świadczenie, a fundusz nie ma z
czego ściągnąć tych kwot od dłużnika, chce pan zająć moje mieszkanie?
- Mieszkanie
dłużnika – odparł komornik.
- I moje. To
nasza wspólna własność. – Byłam wkurzona, ale komornik starał się być uprzejmy.
- Proszę pani,
skoro jest to także własność dłużnika, możemy zająć mieszkanie na wniosek
wierzyciela.
- Ale tam
mieszkam ja i moje dzieci. A są to też dzieci dłużnika.
- Wiem, ale
takie są przepisy.
- To co ja mam
zrobić w tej sytuacji?! Facet nie płaci alimentów. Płaci fundusz, ale nie ma skąd
mu potrącić, to będzie karał mnie?
Jakiś absurd!
Zaraz się obudzę z tego koszmaru. Gdzie jest prawo chroniące pokrzywdzonych,
kobiety i dzieci? Gnój może nie łożyć na swoje pociechy, a ja muszę ponosić
tego konsekwencje, chociaż to właśnie mi nikt nie płaci.
- Może spróbuje
się pani dogadać z funduszem, żeby wycofali zajęcie mieszkania? – Komornik
nadal próbował coś zaproponować.
- Ale jak to
zrobić?
- Proszę spłacić
dług męża w funduszu i wystąpić do nich z wnioskiem o cofnięcie zajęcia. My tu
nic nie możemy zrobić.
Super
propozycja, nie ma co.
- A jak duży
jest ten dług? – Chciałam już znać wszystkie szczegóły.
- Aktualnie to
dziewięć tysięcy plus odsetki. Razem około trzynastu tysięcy.
- Matko, skąd ja
miałabym wziąć niby taką kwotę? – Z nerwów zaczął boleć mnie żołądek.
- To już pani
sprawa. Ja tylko podpowiadam, co może pani zrobić. – Pan komornik kończył
obsługę mojej osoby. – Jeśli nic pani nie zrobi w ciągu czternastu dni,
rozpoczniemy procedurę zajęcia lokalu mieszkalnego.
Wyszłam
zdruzgotana. Co jeszcze muszę znieść przez tego nieodpowiedzialnego obiboka?
Kredyt wzięli
rodzice, bo ja nie miałam zdolności kredytowej. Będę go spłacać przez pięć lat.
Uregulowałam dług prawie byłego w Funduszu Alimentacyjnym, w zamian za co wycofano zajęcie. Mogę dochodzić zwrotu długu
od Zenka na drodze sądowej w procesie cywilnym, na rozpoczęcie którego
potrzebuję kasy na kaucję sądową i adwokata. Nie mam żadnych alimentów na
dzieci, a szanowny jeszcze mąż robi co chce.
W pracy
siedziałam zupełnie bez energii. Nie miałam ochoty obsługiwać klientów i jak na
zbawienie czekałam na przyjście pani Ani. Około południa przy ladzie pojawiła
się ciocia Janka. Była kuzynką mojej mamy, najbardziej ciekawską i wścibską
osobą spośród rodziny.
- Cześć Basia –
zaszczebiotała.
- Cześć ciociu –
odpowiedziałam powoli.
- Co ty taka
smutna? Głowa do góry!
- Tak ciociu. Co
tam, potrzebujesz coś? – Zapytałam, bo ciocia czasem robiła u mnie zakupy.
Wpadała wtedy jak
burza na halę. Biegiem przeciskała się do mojego stoiska. Wybierając majtki
zadawała setki pytań, a gdy była już usatysfakcjonowana tym, co usłyszała
znikała w tłumie nie dając możliwości zadania choćby jednego pytania jej.
Czasem widywałam ją z daleka w pasażu, ale ona jakimś dziwnym trafem zauważała
mnie tylko wtedy, gdy chciała się czegoś dowiedzieć.
- Może ze dwie
pary tych rajstop. Trójkę. – Odparła ciocia i zniżyła głos. – Basiu, kiedy rozprawa?
- Jaka rozprawa?
– Spytałam, choć dobrze wiedziałam o co pyta.
- Rozwodowa,
oczywiście – odparła obruszona.
- Za tydzień czy
dwa. – Musiałam się z nią trochę podroczyć.
- Jak to, nie
wiesz kiedy masz rozprawę? – Ciocia nie kryła zdziwienia.
- Nie no, wiem.
W przyszłym miesiącu. Muszę tylko upewnić się co do daty.
- Basiu – ciocia
ponownie pytała szeptem. – A Zenek cię bił?
I tu nastąpiła
cisza. Nie, nie bił mnie, ale psychiczne znęcanie się nad rodziną jest zdaje
się czasem gorsze niż przemoc fizyczna, prawda? Cóż, skoro niektórzy sądzą, że
jeśli taki facet nie bił, to w zasadzie był dobrym mężem?
Do domu wróciłam
wykończona. Dzień obfitował w nieprzyjemne sytuacje. Najpierw komornik, potem
ciocia Janina. Dzieciaków nie było, więc musiałam wyjść z psem, który na mój
widok posikał się z radości. Chodziłam z nim z pół godziny po osiedlu,
właściwie bez celu. Gdy wróciłam, pod drzwiami mieszkania stał jakiś facet.
- Dzień dobry –
powiedział, gdy tylko wysiadłam z windy i skierowałam się do drzwi.
- Dzień dobry.
Pan do mnie? – Spytałam.
- Tak. Z
Energii. – Pokazał identyfikator.
- Proszę. –
Otworzyłam drzwi. – Niech pan wejdzie. O co chodzi?
- Mam zlecenie
na odcięcie licznika. Nie zapłaciła pani rachunku.
Zimny pot oblał
moje plecy. Oczywiście, że nie zapłaciłam, ale mam dopiero tydzień poślizgu. I
już nasyłają na mnie faceta, żeby wyłączył mi prąd?
- Proszę pani,
ja jestem tylko technikiem. Ale z tego, co wiem, to dług w wysokości
trzydziestu złotych upoważnia już do odcięcia energii.
- O Matko.
Proszę tego nie robić. Jutro zapłacę. – Nie miałam nawet siły ani ochoty, żeby
go przekonywać.
- Ja tak nie
mogę. Proszę dzwonić do biura obsługi.
- Proszę pana –
powiedziałam może zbyt błagalnie, bo facet zawahał się.
Najwidoczniej
dostrzegł, iż nie mam najlepszego dnia.
- Dobrze. –
Chwila namysłu. - Ja napiszę, że nie było nikogo pod tym adresem, a pani jutro
zapłaci i prześle pokwitowanie do windykacji. – A jednak można jakoś zaradzić.
– Ale jak pani tego nie zrobi, to mnie tu znowu przyślą i wtedy będę musiał
odciąć.
- Jasne.
Dziękuję – wydukałam cicho.
Pan technik
zaczął zmierzać ku drzwiom, jednak robił to jakoś ospale. Tak jakby trzymetrowa
droga przez korytarz była pod górę.
- Coś jeszcze?
Mam coś podpisać? – Spytałam.
- Nie, tylko wie
pani, koszty przyjazdu do pani zostały poniesione.
No tak. Nie ma
nic na piękne oczy. Poszłam do pokoju po portfel. Wyjęłam dychę. Pan technik
spojrzał na mnie niechętnie.
- Niestety, nie
mam więcej. Dzieciaki zawsze oskubią mnie rano z kasy – powiedziałam tym razem
zdecydowanie pewniejszym głosem.
Po tak
koszmarnym dniu nie miałam ochoty na gotowanie. Dzieciaki ucieszyły się, gdy
usłyszały, że mogą wybrać miejsce, gdzie zamawiamy obiad. Oczywiście padło na chamskie
żarcie, tym razem w postaci KFC.
Po godzinie
objadaliśmy się pikantnymi skrzydełkami, frytkami i kukurydzą. Iga opowiadała o
kolegach, którzy robią sobie żarty z młodych nauczycielek, udając, że je podrywają na lekcjach, przez co kobiety
skupiały się bardziej na ich bajerowaniu niż na lekcjach. Rafcio zachwycał się
siłownią, która jest zorganizowana u Sebastiana w piwnicy bloku i już nie mógł
się doczekać jutra, bo mieli tam iść poćwiczyć. A po obiedzie leżąc na
rozłożonej kanapie oglądaliśmy wspólnie Harusia. Cały koszmar dnia został
zapomniany, gdy moje dzieciaki leżały przytulone do mnie. To jest właśnie sens
życia.
29
Rozprawa miała
odbyć się w piątek trzynastego. Nigdy nie bałam się tej daty, była dla mnie
szczęśliwa.
Do sądu
pojechałam wcześniej, nie chciałam się spóźnić.
Prawie były też
przyszedł szybko, od razu z adwokatem. Mój mecenas pojawił się po kilku
minutach.
- Dzień dobry
pani.
- Witam, panie
mecenasie. – Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Jaki nastrój?
Wszystko w porządku? – Zapytał adwokat.
Pan mecenas
wiedział, jak bardzo zależy mi na tym, aby sprawa rozwodowa zakończyła się jak
najszybciej.
- W porządku –
powiedziałam i uśmiechnęłam się blado. – Pan wie, że chciałabym mieć to już za sobą.
- Wiem – odparł
mecenas. – Może spróbuję porozmawiać z pełnomocnikiem męża?
- Bardzo proszę,
jeśli uważa pan, że ma to sens.
- Spróbuję.
Mecenas podszedł
do Zenka i jego adwokata. Po chwili prawnicy odeszli na bok i rozmawiali kilkanaście
minut. Długo. Zastanawiałam się, co z tego wyniknie.
Na Sali rozpraw
sędzia, po odczytaniu standardowych regułek, zadał nam te same pytanie, co
poprzednio. I tym razem prawie były na pytanie „czy zgadza się pan na rozwód?”
odparł „Tak.”
- Na rozwód bez
orzekania o winie? – Spytał ponownie sędzia.
- Tak, zgadzam
się – odpowiedział Zenek i spojrzał na mnie tęsknym wzrokiem.
A może było to
spojrzenie kogoś robiącego łaskę. Właściwie nic mnie to nie obchodziło.
- A pani?
Podtrzymuje pani wniosek o rozwód bez
orzekania o winie?
- Tak, Wysoki
Sądzie. – Prawie brakowało mi tchu.
- W takim razie
ogłaszam piętnaście minut przerwy. Potem poproszę strony na ogłoszenie wyroku.
Wyszliśmy z sali.
Cała w nerwach siadłam na ławce. Drżałam na całym ciele. Nie wiedziałam, czy z
niepewności, czy też z nadziei, że to może być wreszcie koniec.
Po kilkunastu
minutach zostaliśmy ponownie wywołani.
Prawie były
patrzył mi prosto w oczy z lekceważącą miną. Nie udało mu się mnie złamać.
Wytrzymałam spojrzenie, choć nie było mi łatwo. Wreszcie on uległ. Spuścił
wzrok i słuchał wyroku.
- Wobec tego, iż
obie strony…
Słyszałam tylko,
że sąd rozwiązuje nasze małżeństwo. Dotarła do mnie wiadomość o podtrzymaniu
kwoty alimentów, ale co to miało za znaczenie, skoro i tak nikt mi ich nie płacił.
Czekałam niecierpliwie, aż będę mogła opuścić salę.
Emocje mnie
rozpierały. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Podziękowałam serdecznie
mecenasowi. Nie wiem jakich użył argumentów, ale przekonał drugą stronę do
podjęcia oczekiwanej przeze mnie decyzji. I byłam mu z tego powodu bardzo
wdzięczna.
- Tego chciałaś?
– Zenek podszedł do mnie.
- Tak, właśnie
tego.
Matko! Nie był
już prawie byłym. Był przeszłością.
- Może pójdziemy
na kawę? Takie małe pożegnanie.
- Innym razem.
Spieszę się.
Wybiegłam z
budynku sądu. Słońce świeciło mocniejszym blaskiem niż godzinę wcześniej.
Kolory były intensywniejsze niż kilkadziesiąt minut temu.
- Mamo! –
Zawołałam do telefonu. – Znowu jestem Bosacka! Znowu nazywam się Bosacka!
I popłakałam się
z radości.
Bałam się, że
Zenek w mitomańskim widzie wniesie jakieś odwołanie od wyroku, ale na szczęście
nic takiego nie nastąpiło. Dzień rozwodu był jednym z najszczęśliwszych dni w
moim życiu. Lata wstydu i upokorzeń z racji faktu, iż byłam żoną tego właśnie
człowieka bezpowrotnie minęły.
Po
uprawomocnieniu się wyroku wróciłam do panieńskiego nazwiska. W Urzędzie Stanu
Cywilnego, po złożeniu wniosku, polecono mi poczekać na korytarzu.
- Pan kierownik
musi zatwierdzić wniosek. Za parę minut poprosimy panią – poinformowała mnie
pani z okienka.
Siadłam na
krześle w holu gmachu. Czekałam prawie godzinę, ale postanowiłam nie
interweniować. Miałam przecież uzyskać potwierdzenie zmiany nazwiska, a niczego
bardziej teraz nie pragnęłam.
- Proszę panią.
– Urzędniczka w garsonce wywołała mnie do pokoju. – Pan kierownik panią
przyjmie.
Weszłam do
gabinetu kierownika. Za biurkiem stał pan w średnim wieku, ubrany w garnitur.
Na szyi miał zawieszony łańcuch zakończony herbem naszego miasta.
- Witam panią.
- Dzień dobry –
odparłam zaskoczona oficjalnym wyglądem osoby naprzeciwko.
- Jako
przedstawiciel władz naszego miasta i kierownik Urzędu Stanu Cywilnego
chciałbym wręczyć pani aktualny odpis aktu małżeństwa, potwierdzający pani
obecny stan cywilny i powrót pani do nazwiska panieńskiego.
Co to ma być?
Uroczystość rozwodowa? Poczułam się jak podczas ceremonii ślubnej.
- Bardzo proszę,
oto akt. – Facet z łańcuchem wyszedł zza biurka i wręczył mi kartkę papieru z
wydrukowanym aktem. – Gratuluję.
Czego?
Straconych lat? Upokorzeń? Nerwicy?
- Dziękuję –
odparłam, bo niby co innego miałam powiedzieć?
Ale czułam się
jak w świecie absurdu. Wyszłam z gabinetu oszołomiona dziwnością całej
sytuacji.
Byłam wolna.
Wieczorem
poszliśmy z Igą i Rafciem na lody. Zamówiliśmy po ogromnej porcji z bitą
śmietaną i dodatkami. Dzieci przekomarzały się między sobą, a ja patrząc na
nich jadłam mój czekoladowy deser, który dziś był moim szampanem.
30
Obierałam
ziemniaki, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Igi nie było w domu, a Rafcio z
Sebastianem siedzieli przy komputerze. Poszłam otworzyć drzwi.
- Cześć, Baśka!
– Krzyknął Adam, kiedy otworzyłam.– Niespodzianka!
Kuzyn wpadł do
mieszkania, wyściskał mnie, nie zważając na moje brudne ręce. Rzucił kurtkę na
podłogę, ściągnął buty, które wylądowały w kącie pod drzwiami i pobiegł do
toalety. Pozbierałam jego porozrzucane rzeczy i odłożyłam je w taki sposób, aby
nikt się o nie nie potknął.
Adam zazwyczaj wpadał jak burza, bez
zapowiedzi, choć niekoniecznie mi się to podobało. Jednak sugestie, aby
uprzedzał o swoich wizytach pozostawały niezauważone.
Stwierdził, że
zje z nami obiad, ale na noc nie zostanie, po czym obszedł całe mieszkanie,
obejrzał zmiany jakie zaszły od jego ostatniej wizyty, pomacał krzesła i
poduszki. Myszkując po domu cały czas komentował lub wykrzykiwał w moim
kierunku pytania, na które nie nadążałam odpowiadać.
- Rafał gra w szkolnej
drużynie internetowej – powiedziałam, bo chciałam szybko przygotować posiłek, a
Adam skutecznie mi to utrudniał. – Dziś
rozgrywają jakąś bitwę online. Może idź,
pokibicuj im trochę. Ja w tym czasie zrobię obiad.
- Pewnie, już
idę.
Adam
przesiedział kilkadziesiąt minut za plecami Rafała, obserwując jak chłopcy
grają. Co chwilę słyszałam jego pytania o szczegóły gry. Rafcio odpowiadał
uprzejmie, ale wujek, którego wiedza o grach komputerowych była na poziomie
zerowym, tak naprawdę tylko mu przeszkadzał.
Obiad chłopcy
zjedli u Rafała w pokoju, bo Adam wymęczył ich już dostatecznie podczas
turnieju, po czym poszli do Sebastiana, bo, jak to ujął mój syn, tam była
atmosfera grania.
Przed wyjściem
Rafał zajrzał do pokoju, aby pożegnać się z wujkiem. Adam uścisnął mu dłoń i
zapytał:
- Chłopie, a nie
wiesz przypadkiem kto tu wywozi śmieci? Albo gdzie macie oczyszczalnię ścieków?
To by mnie bardzo interesowało. Może jednak zostanę do jutra, to pogadamy sobie
wieczorem na te tematy.
Mina Rafcia była
bezcenna, gdy wybiegał z mieszkania. Zupełnie, jakby chciał krzyknąć:
„Ratunku!.” Zaś Adam po przemyśleniu swojej sytuacji, postanowił jednak wrócić
do domu i po obiedzie pożegnał się. Wówczas nastała cisza.
Rafcio wrócił od
Sebastiana dość szybko. W ogóle nie zwrócił uwagi na nieobecność wujka Adama.
- Mamo,
jechaliśmy z Sebą windą z Parkingowym – powiedział szybko.
- No i? – Zaniepokoiłam
się.
- I ubawiliśmy
się!
- Jak to
ubawiliśmy? Co wy zrobiliście?
- Oj nic, mamo –
powiedział Rafał zbolałym głosem. – Było śmiesznie.
- Czyli?
- My jechaliśmy
na dół. On wsiadł na swoim piętrze. No i my się śmialiśmy, a on myślał, że z
niego. Więc odwrócił się do nas i pyta: „Co, co? O co chodzi?”
- A wy co na to?
- A my, że nic.
To on, że ma nas na widelcu i naśle na nas służby. Wtedy wysiedliśmy z windy i
zaczęliśmy się jeszcze głośniej śmiać.
I ja też
parsknęłam głośno śmiechem.
Iga przyszła
chwilę potem.
- Jak było w
szkole?
- Spoko.
- A co tam u Beaty?
- Też spoko.
Gadałam z ukochaną sąsiadką.
- Ty też? –
Zapytałam.
- A co, była u
nas? – Iga już węszyła jakąś nową aferę.
- Nie. Rafcio
spotkał Parkingowego – wyjaśniłam.
- To Parkingowy
przerzucił się ze mnie na mojego brata? Super!
- Oj, mów, co
tam wymyśliła sąsiadka? – Niecierpliwiłam się.
- Znowu miała
pretensje, że ktoś jej obrzucił drzwi jajkami i to na pewno koledzy Rafała. To
ja grzecznie zapytałam, czy białe myszki też widzi.
- Iga!
Oszalałaś. Znowu będzie przyłazić, albo stukać w rury od kaloryferów. Wiesz, że
to jej metoda na hałas – robić hałas innym.
Ale gdy się
odwróciłam, nie mogłam ukryć uśmiechu. Zuch dziewczyna! Na paranoję odpowiadaj
ignorancją!
Położyłam się
wreszcie, ale nie zdążyłam zasnąć. Do pokoju zajrzała Iga.
- Mamo, śpisz?
- Nie. –
Odpowiedziałam zła, że znowu ktoś coś ode mnie chce.
- Musisz coś
zobaczyć.
Iga położyła
laptopa na moich nogach.
- To profil
Rafała na Fejsie. Zobacz, co on wstawił.
Moim oczom
ukazało się zdjęcie nagiej kobiety z niewybrednym opisem. Rafcio udostępnił
jakiś profil, gdzie prezentowane były uroki damskiego ciała.
- Rafał! –
Ryknęłam.
- Rafał! –
Poprawiła po mnie Iga.
- Co chcecie?
Idę spać. – Rafcio odezwał się marudnie.
- Chodź do nas
na chwilę – powiedziała Iga otwierając drzwi do jego pokoju.
Rafcio powłóczył
noga za nogą, udając, że jest bardzo śpiący.
- Co to jest? –
Zapytałam, pokazując otwarty komputer i jego profil na Facebooku.
- Fajna, nie? –
Rafał był najwyraźniej z siebie dumny.
- Dziecko, nie
możesz wrzucać takich rzeczy na profil. Za młody jesteś.
- Mamo, to jest
tylko taka stronka.
- Synu, ale
chyba dla dorosłych.
- Mamo, ale to
jest piękne – powiedział mój syn rozmarzonym tonem.
I miał rację.
Zdjęcie prezentowało piękną kobietę, a Rafał to dostrzegł. Witajcie hormony!
Ułożyłam się ponownie
do snu, gdy nadszedł sms.
- Tęsknię. –
Były mąż znowu dał o sobie znać.
Ściszyłam
telefon, tak, aby dotarł do mnie jedynie dźwięk budzika.
„- Jak ja bym
chciała mieć zaczarowany koralik. Jak Karolcia z książki. – Pomyślałam. – Wtedy
mogłabym zażyczyć sobie, aby wszyscy szurnięci ludzie zniknęli z mojego życia.”
A tu nic.
Wariaci nadal są wśród nas.


Komentarze
Prześlij komentarz