Całe życie z wariatami


 "Całe życie z wariatami" to, mam nadzieję, zabawna opowieść o pewnej pani, matce dwojga dorastających dzieci, próbującej uwolnić się od toksycznego męża, walczącej o przetrwanie.
Sami oceńcie, czy warto poczytać. :)

A jeśli wolicie słuchać niż czytać, zapraszam na kanał "notatki subiektywne" na Youtube:

- Halo! Dzwonił pan do mnie rano w sprawie przesyłki. Cały czas ktoś był w domu, ale pan się nie zjawił.
- Z jakiej ulicy?
- Korczaka 5.
- A tak. Tak. Ale wie pani co? Ja zapomniałem tej paczki z magazynu.
- Słucham? – Pytam zaskoczona. - Jak to zapomniał pan? To dlaczego dzwonił pan rano, żeby się umówić?
- No zapomniałem. Zdarza się. Ale niech się pani nie martwi, skała żyje.
Dowcipniś.
- A co? Zapukał pan w pudełko i skała odpowiedziała?
Cisza.
- Jutro będzie u pani jeździł inny kurier. Rano na pewno zadzwoni.
- Dobranoc.
Idiota jakiś. Rano wydzwaniał, cały dzień przeorganizowaliśmy, żeby ktoś był stale w domu, a potem cisza. Zero kontaktu. Dzwonię wieczorem, a on łaskawie informuje, że zapomniał! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Zamówiliśmy dla Igi skałę, bo dziewczę zafascynowało się krewetkami. Będzie je hodować w akwarium. Zanim przyjadą krewetki, dziecko musi przygotować dla nich środowisko słonowodne. Jestem taka mądra, bo zostałam uświadomiona. Skała to jeden z jego elementów, jakby co. Potem będą turboślimaki, rafa i wreszcie krewetka boksująca, a wszystko przyjedzie do nas przesyłką konduktorską. Ciekawe, kto ją odbierze o świcie na dworcu? Już słyszę: „mamo, zawieziesz mnie? Proszę.” I jak tu nie jechać po krewetkę, która może nieźle przyłożyć? W końcu nazwa zobowiązuje.

Kocham moje dzieci, ale czasem ich pomysły mnie dobijają.
Tak jak na przykład patyczaki Rafcia, które mnożyły się na potęgę w akwarium o wymiarach szafy. Chociaż były przykryte siatką, ich mikroskopijna wielkość pozwalała na omijanie bariery, zatem robale skakały po całym pokoju małego hodowcy. A on bał się je łapać, bo były bardzo ruchliwe i niemiłe w dotyku. Fuj! W końcu uschły z braku nawilżania.
Albo chomiki, które padły z głodu. Karmienie ich było trudne ze względu na to, że zawsze  gryzły, w ich przekonaniu intruza, wkładającego żarcie do klatki, w rękę. I w ten oto sposób naraziły się na tragiczny koniec, bowiem po kilku tygodniach nikt nie chciał być tym dobrodusznym żywicielem gryzoni.
Jedynie pies się sprawdził i żyje do dziś. Kiedy Iga przyszła z nim po niedzielnej mszy kilka lat temu, mówiąc, że sam się do niej przyplątał, jakoś trudno było mi w to uwierzyć. Tym bardziej, że pies nie szedł, a był niesiony przez moją latorośl w obstawie licznych kolegów i koleżanek, i minę miał niepewną. Na pewno nie błagalną w stylu: „proszę cię dziewczynko, przygarnij mnie”. Błagalne były za to spojrzenia wszystkich dzieciaków, które  spowodowały, że uwierzyłam, iż rozwiesimy po niedzieli ogłoszenia o zagubionym psiaku. O matczyna naiwności! Pies został, ma się dobrze i właściwie jest to mój pies, bo gdy trzeba z nim wyjść na spacer,  wszystkie moje dzieci, które tak bardzo miały się nim zajmować, są zawsze bardzo zajęte.  Często się źle czują, albo właśnie odrabiają, o dziwo, lekcje lub spadły na nich wszystkie plagi egipskie i po prostu nie mogą ruszyć się z domu! A  pies drapie łapką w kolano i piszczy. I wtedy oczywiście mi go szkoda. Zatem, wydarłszy się na moje latorośli ile sił w płucach i tak wreszcie idę sama na spacerek z tym naszym Wickiem.
Dobrze chociaż, że krewetek nie trzeba wyprowadzać na siku.

Awizo w skrzynce od kilku lat za każdym razem mnie przeraża. Sąd czy komornik? Okaże się po odstaniu godziny w kolejce na poczcie. Jak można zrobić mega remont na miarę XXI wieku i nie wstawić tylu krzeseł, aby petenci nie musieli stać w długaśnym ogonku albo nie zamontować klimatyzacji? Ludzie, tu się pracuje w upale, przy wielkich witrynach nagrzanych słońcem i stoi w kolejce godzinami, bo pani w okienku nie może znaleźć przez 40 minut mojej przesyłki i pyta kilka razy czy nie wiem, co to miało być – paczka czy list i jaki duży! Bo listy na poczcie są ułożone według wielkości, a nie skatalogowane zgodnie z  numerami ze wskazaniem odpowiedniej przegródki. Ale jakby co, to poczta ma system informatyczny ułatwiający pracę pani z okienka.
List ze skarbówki. Podatek nie zapłacony w terminie, wezwanie do zapłaty i koszty upomnienia. Wiadomo że zapłacę, jak będę mogła. Na razie musiałam uregulować zaległy ZUS, bo poborca był już ze trzy razy. Albowiem komornik ze skarbówki to nie komornik, tylko poborca. Zostałam uświadomiona w tej kwestii. Spisał nawet protokół zajęcia telewizora, ale jak zapłaciłam, wszystko anulował. Dobrze, że samochód jest na moją mamę, bo pewnie już dawno by mi go zabrali. A bez auta jak bez ręki. Towar do sklepu trzeba wozić i po hurtowniach jeździć, żeby wyłapać co lepsze kąski. A pociągiem do Łodzi przecież nie pojadę. Chyba, że Pendolino zacznie o Ptaka zahaczać.
Niedawno odwiedziłam skarbówkę na ich uprzejme zaproszenie. Pan, który mnie obsługiwał stwierdził, że najniższy mandat, jaki może mi wymierzyć to 700 złotych, bo za kilka przekroczonych terminów w zapłacie podatków, tyle może mi zaproponować. Łaskawca. Na końcu, gdy grzecznie podziękowałam, podsumował z przekąsem, „nie ma za co, to bardzo źle wydane pieniądze”. Tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że ja nie próbuję się ślizgać i nie zapłacić. Po prostu jak nie mam, bo muszę kupić towar albo dziecku książki do szkoły, a złamas ojciec nie płaci alimentów, to nie zapłacę podatku tylko to, co jest ważniejsze dla przeżycia. A zaległości ureguluję jak będę mogła i to z odsetkami. Nie, to trzeba jeszcze podatnika udupić karą i mową umoralniającą, a ty się człowieku ukorz i spal ze wstydu.

- Mamo, Rafał nie chce zejść z kompa, a teraz moja kolej! – Iga wpada do kuchni wyraźnie wkurzona. Matko, kiedy ja jej wreszcie kupię laptopa? Może na święta.
- Synu, puść ją wreszcie! Iga musi coś napisać do szkoły – próbuję być miła, choć te ich stałe kłótnie o komputer doprowadzają mnie do szału.
Tak jakby nie mogli ustalić jakiegoś grafiku? W końcu nie są maluchami! Ale, ale, jak trzeba coś zrobić, bo mama prosi, to okazuje się, że są. No i kłócą się nieustająco, i wyzywają dość niewybrednie. Tylko kiedy chcę interweniować i wtrącam się w tę ich awanturę, nagle okazuje się, że to ja jestem intruzem, bo oni tylko dyskutują jak brat z siostrą. Ok. Lepiej się nie odzywać, bo będzie na mnie. Kiedy indziej słyszę: „mamo, no bo ty jesteś zbyt łagodna. Ja właśnie chcę, żebyś mi zakazywała i zabraniała. Krzycz na mnie, to wtedy będę grzeczniejszy i będę się lepiej uczył.” A jak krzyczę, to jestem zła mama. Boże, widzisz i nie grzmisz. Tak źle i tak niedobrze. Gdzie te czasy, gdy mój mały synuś tulił się do mnie nieustająco, aż siostra nazwała go Tuluś. Słodkie to było niesamowicie.
O! Zapadła cisza. Chyba się dogadali.
- Mamo, mogę siąść do kompa? – Rafcio – Tuluś załączył swoje mendzenie i będzie tak przychodził do kuchni co pięć minut z nadzieją, że każę siostrze go puścić. Zwariuję! Cholera, cebula się przypaliła!

Śpię i śnię czy faktycznie ktoś wali do drzwi? Jakby pięściami. Obudziłam się już na dobre. Trzeba wstać. Mam stracha, w końcu jestem sama z dzieciakami. Może to jakiś lump albo, nie daj boże, napity jeszcze mężuś przypomniał sobie o nas? W tym całym cyrku, braku czasu i pieniędzy, długach i komornikach, najbardziej pokrzepiająca jest myśl, że odejście od niego było najlepszą decyzją w moim życiu i powtórzyłabym ją po tysiąckroć, jeśli by trzeba było.
Zapalam światło, przykładam oko do wizjera. O Boże, sąsiadka z dołu. Rzeczywiście wali pięściami w drzwi na przemian z dzwonieniem. Otwieram, mówiąc cicho: „ Wie pani, która jest godzina?”
- Co to ma być?! Co to za walenie?! Ja nie mogę spać?! – krzyczy pańcia w pikowanym, różanym szlafroczku.
- Ale o co chodzi? – pytam zdezorientowana. – Jest czwarta nad ranem. Obudziła nas pani.
- Tak?! To wy mnie obudziliście! Ciągle coś wali w rury! Słyszę bębny od strony kuchni! Ja sobie nie życzę! Mój mąż nie może spać, a rano wstaje do pracy! – wrzeszczy na całą klatkę.
- Jakie bębny? Obudziła nas pani. Dobranoc. – Bębny! Tam-tamy może? I jeszcze szamana do tego?
Zamykam drzwi przed nosem krzyczącej babie, która postawiła na nogi zapewne połowę mieszkańców bloku. Zresztą moje dzieciaki też. Ale, gdy usłyszały kto nas odwiedził, popukały się w czoło, odwróciły na drugi bok i śpią. Zadziwiające! Jedni śpią jak susły, choć bębny im nad głową grają, a inni słyszą odgłosy, których nie ma. Tak jak pani mieszkająca pod nami, która potrafi przyjść z pretensjami o zbyt głośne zachowanie wtedy, gdy nas nie ma w domu. Można by się było przyzwyczaić, ale to po prostu wkurza. Dzieci wysypią na podłogę klocki – jej spada na głowę żyrandol. Przysuwamy krzesło do stołu, ona słyszy przemarsz wojsk. Właściwie to nie ona, tylko jej mąż, który nigdy nie przyszedł na skargę, mówi grzecznie dzień dobry i generalnie jest spokojny jak Dulski. I tak od lat. Całe życie z wariatami.


2

Ciocia Zdzisława jest zaprzeczeniem dobrego smaku. Zawsze ubrana w kocową spódnicę z czterech klinów i sweterkową bluzkę szczelnie opinającą jej liczne fałdy na brzuchu. Prawdziwa ciotka Bondarzewska. Jednak ma ona coś, czego może jej pozazdrościć niejedna pani domu. Nieźle gotuje, a na pewno robi pyszne desery. Zatem wszyscy wybaczają jej niedostatki natury i chętnie korzystają z licznych zaproszeń, bo u cioci zawsze jest coś smacznego do zjedzenia.
Dla mnie wyprawa do ciotki Zdzisławy, to trzygodzinna jazda  na wieś moim wiekowym autem w natłoku powtarzającego się wielokrotnie: „Daleko jeszcze?” Zawsze staram się sobie wmówić, że to z tęsknoty za pysznościami przygotowanymi przez ciocię moje dzieci są tak upierdliwe i przez kilka godzin zadają nieustająco jedno pytanie. Jednak, po przemyśleniu, dochodzę do wniosku, że to ich wrodzona konieczność uprzykrzania się rodzicom jest powodem marudzenia. Przecież wiadomo, że dzieci spędzając czas z kimś innym niż rodzice, jadąc w odwiedziny do wujka czy babci, potrafią być najsłodszymi bączkami pod słońcem. Nie trują, nie łobuzują, są miłe i słodkie. Wynoszą śmieci i nakrywają do stołu i po wizycie babcia stwierdza, że to najcudowniejsze dzieci pod słońcem i zaprasza ponownie. A ty się człowieku użeraj! Dlaczego tak jest? Nie mam, kurczę, zielonego pojęcia! Może to ciocie i dziadkowie powinni zajmować się wychowywaniem nie swoich dzieci, a rodzice braliby je do domu od święta i wtedy byliby dumni ze swoich pociech, które byłyby nad podziw grzeczne? Ok. Zły pomysł. A co z przytulaniem, mówieniem: „kocham cię, mamo” i spaniem z wtulonym w ramiona maluchem. Coś za coś. Jest mały Tuluś, a potem buntownik w cielęcym wieku. I najwidoczniej to mendzenie rodzicom sprawia mu swoistą frajdę i jest wpisane w naturę dziecka, tak jak uprzejmość dla cioć.

Tym razem, o dziwo, ciocia Zdzisława postanowiła odwiedzić nas. No, nas, to może za dużo powiedziane. Poinformowała mnie telefonicznie, że przybędzie w sobotę wraz z wujkiem Romanem. Przyjadą do rodziców, więc byłoby miło, gdybyśmy też się tam zjawili. Swoją drogą, trzeba mieć niezły tupet, aby zapraszać gości do domu szwagra bez jego wiedzy. Ale na brak tupetu ciocia nigdy nie chorowała.
Dzieciaki ucieszyły się, że jedziemy do dziadków, bo teraz widywały ich dość rzadko. Kiedy były małe, rodzice byli obecni non stop, zwłaszcza wtedy, gdy pogoniłam ich ojca. Mama gotowała obiady, ojciec robił zakupy i woził dzieciaki na zajęcia dodatkowe. Jednak teraz, gdy Iga i Rafał są już samodzielni, nawet nie chcą, aby babcia była stale w domu pod nieobecność matki. Wolna chata to przywilej i nobilitacja wśród rówieśników. Wiadomo. Co prawda życzliwa sąsiadka z dołu nieraz dzwoni do mnie z informacją, że dzieci rozrabiają i sufit po raz kolejny – aż dziwne, że jeszcze go ma - spada jej na głowę, ale traktuję to z dystansem, wiedząc, co babol potrafi wymyślić.
Po pracy pognałam do domu, zwinęłam dzieciaki i pojechaliśmy do rodziców. Ciotka Zdzisława nie toleruje spóźnień, zatem starałam się jak mogłam. Wolałam być przed nią niż wysłuchiwać  potem stękania na temat punktualności i obowiązkowości. Na szczęście udało się. Ciocia wparowała 10 minut po nas, spocona i sapiąca. Spojrzała na Igę, przyciągnęła do siebie, wycałowała czerwoną szminką i odsunąwszy ją od siebie słodko zapytała:
- Obcięłaś włosy? Dlaczego? W długich było ci lepiej. - I uśmiechnęła się słodko.
Iga nie wiedząc jak zareagować na taki zachwyt nad jej nową fryzurą, wycofała się rakiem do kuchni. Teraz kolej na Rafcia. Jakoś obyło się bez komentarzy. Tylko dziecko musiało rękawem wycierać obśliniony policzek. Ja usłyszałam, że coś przytyłam ostatnio, ale biorąc pod uwagę, że przez ostatni rok pożycia małżeńskiego schudłam 18 kilo, to chyba dobrze.
Ciocia oczywiście przywiozła pyszne ciasteczka i kremy, których nazw nie pamiętam, ani przepisów nie potrafiłabym uskutecznić. Było ich z pięć rodzajów, a wszystkie znakomite w smaku i kaloryczne jak diabli czyli takie, jakie lubię.
- Czego się napijecie? – Zapytała mama.
- Ja chętnie kawy – odparł wujek.
- Roman, ty pierdoło, nie możesz pić tyle kawy, podnosi ci ciśnienie – do rozmowy natychmiast włączyła się ciocia. – Ja poproszę kawę z mlekiem.
- A może coś mocniejszego? – Zapytał mój ojciec, kierując pytanie głównie do wuja.
- Roman nie może, prowadzi – ciotka była szybsza od męża. – Ale ja się chętnie napiję. Co proponujesz?
I tak to było. Ciocia mogła, jeśli tylko miała ochotę, wypić kieliszeczek. Wujek, od wielu lat nazywany przez małżonkę pierdołą, musiał uważać na swoje zdrowie, a alkohol, w przekonaniu cioci, mu nie służył. Zawsze miała go na oku, a gdy tylko zniknął z pola widzenia natychmiast pojawiało się pytanie „no i gdzie ta moja pierdoła?” Taka troska miała swój urok, ale dla wujka musiała być na dłuższą metę męcząca, dlatego też nie zawsze słuchał, co jego małżonka ma do powiedzenia i po prostu wyłączał się lub robił to, na co miał ochotę.
Gdy byłam mała w naszym domu rodzinnym zawsze było dużo ludzi. Pojawiali się nie wiadomo skąd liczni kuzyni i wujowie. Przyjeżdżali z różnych stron i zawsze byli mile widziani oraz serdecznie goszczeni. Z racji dużej rodziny było to nieuniknione. Ciotka Zdzisława z wujem Romanem mieszkali niedaleko nas. Mogli przyjść nawet na piechotę, albo przyjechać wystaną przez godzinę lub dłużej na postoju taksówką. Imprezy,  nawet bez okazji, były radosne, stół obficie zastawiony, a wódeczka schłodzona. Wszyscy się dobrze bawili, żartowali, a gdy przychodził czas rozstania mój ojciec obficie polewał „progowe”. Progowy to po prostu ostatni kieliszek. Tyle, że tych ostatnich było niekiedy kilka albo i kilkanaście. Wujek Roman, który jeszcze wtedy nie był pierdołą, progowych nie odmawiał i zawsze żal mu było wychodzić, był  ponaglany przez swoja małżonkę. Ciotka, od momentu, w którym postanowiła wyjść, stała ubrana w przedpokoju i nieustająco powtarzała: „Roman, idziemy”. Ponieważ Roman żegnał się z biesiadnikami długo i co chwilę pił kolejnego ostatniego  progowego, ciotka wychodziła informując, że jedzie sama do domu. Pojawiała się po mniej więcej pół godzinie mówiąc: „Roman, idziemy” i znowu znikała za drzwiami mieszkania. Sytuacja powtarzała się kilkakrotnie i dopóki wujek pił progowe, ciotka chodziła wokół naszego bloku, co jakiś czas stając w drzwiach i komunikując swoje: „Roman, idziemy”. A dziś ciotka i wuj mieszkają daleko, nie mogą przyjść na piechotę w odwiedziny, zaś wujek zawsze jest kierowcą, zatem nie ma mowy o progowych, ani o żadnych innych także.


3

- Chcę się spotkać. Porozmawiamy. – Odebrałam kolejny telefon od prawie byłego, który miał genialne pomysły dotyczące naszego rozstania, podziału majątku i dzieci.
 Po moim odejściu twierdził uparcie, że skoro podziałowi podlega majątek małżonków, to można podzielić też potomstwo. Zatem  ja mam wziąć Igę, a on zabierze Rafcia. Jakby nasze dzieci były meblami lub kryształami na półce w segmencie.
- Po co mamy się spotykać?
- Bo musimy uzgodnić wiele rzeczy. – A nie spraw?
Ok. Ale po co spotykać się z kimś, kto ma problemy psychiczne, bo wóda wyżarła mu pół mózgu i stale utrzymuje wymagany poziom alkoholu w organizmie, twierdząc przy tym uparcie, że nie pije?
- Nie chcę się z tobą spotykać.
- Będę o 11 na ławce za blokiem.
Rozłączył się. Zawsze tak robi z obawy przed podsłuchem założonym w jego telefonie przez tajne służby. Bo jakby co, to przecież bardzo ważna persona jest, a może i szpieg nawet, i na pewno są osoby zainteresowane wszystkimi tajemnicami ujawnianymi przez niego jego prawie byłej żonie. Czasem mam ubaw po pachy słuchając jego teorii spiskowych. Schizofrenia?

Zeszłam z Wickiem, nie mówiąc nawet dzieciom, że ojciec jest na osiedlu. Skoro wystąpił do sądu o uregulowanie kontaktów z nimi, chociaż wcale ich nie utrudniałam, to będzie je widywał tylko w wyznaczone dni. Poza tym dzieciaki wcale nie spotykają się z nim chętnie, bo zawsze jeżdżą do jego siostry, gdzie się nudzą. Paranoja!
- Czego chcesz? – jak zawsze wokół Zenka unosił się odór alkoholu pokrytego gumą do żucia i fajkami. Ale jakby co, to syrop – lekarstwo na każdą chorobę.
- Słuchaj, wyjeżdżam! – Zobaczyłam obłęd w jego oczach?
- Nareszcie. Dokąd?
- Na Ukrainę. I tam mnie zabiją.
Parsknąć czy nie parsknąć. A jednak nie mogę się oprzeć. Jak ja mogłam żyć z takim mitomanem?!
- Śmiej się, śmiej. Ale jak zginę, to pamiętaj, że jestem zabezpieczony. Zostawiłem testament w czterech egzemplarzach u czterech osób. Jeśli coś mi się stanie, to one będą wiedziały co zrobić. Chcę zabezpieczyć dzieci, a wykonawcą testamentu będzie mój szwagier.
Jaka niespodzianka. Klamka, wiecznie wyśmiewany i wyzywany  przez jeszcze mężusia, nagle stał się jego powiernikiem? Brawo. Cóż za odmiana.
- I co? Wszystko robisz dla dobra dzieci?
- Oczywiście. Bo ja myślę o nich i o ich przyszłości.
- Ciekawe, dlaczego zatem w sądzie tak zaciekle walczysz o majątek, zamiast przepisać go na dzieci. Może zrób to przed wyjazdem, zamiast spisywać jakieś testamenty? Zaoszczędzimy czas i pieniądze jak ciebie zabiją na tej Ukrainie. – Mój śmiech niesiony między blokami długo rozbrzmiewał na osiedlu. Czy ja kiedyś będę miała do czynienia z osobnikami  zdrowymi umysłowo?

- Gdzie byłaś, matko? – Ledwo winda zatrzymała się na naszym piętrze, a synuś już otworzył drzwi i podparty pod boki zapytał z przekorą w głosie.
- Nie widać? Z psem na spacerze, synu.
- Ciocia Magda dzwoniła, a ja ciebie szukałem po całym mieszkaniu.
- Nasze mieszkanie nie jest, zdaje się, na tyle ogromne, żeby mnie zbytnio szukać. Chyba nie myślałeś, że schowałam się w szafie przed wami?
- Oj tam, oj tam. Oddzwoń do cioci Magdy. – Koniec rozmowy z rodzicielką. Komputer przecież czeka. Dobrze, że już nie jest na etapie Tibii, bo wtedy t-shirt z napisem „będę bronił Tibii krzesłem” był jak najbardziej na czasie. Teraz przynajmniej zdarza się kontakt wzrokowy.

- No cześć, Dziubasku. Dzwoniłaś. Co tam? – odezwałam się radośnie do Magdy.
- Tak, dzwoniłam, ale ty jak zwykle gdzieś łazisz, zamiast dzieci pilnować.
- Też cię kocham.
- Mam problem. Z Kamą. – Magda umiała znaleźć sobie problem.
- Jaki znowu problem? Przecież to dziecko nie stwarza problemów.
- Nie uczy się. Przestała się uczyć. – Dało się wyczuć lekką histerię.
- Co to znaczy przestała? Ma same jedynki albo chcą ją wyrzucić ze szkoły, bo podpaliła w kiblu dziennik?
- Oj nie, Baśka, oszalałaś?! – Magda się oburzyła. - Opuściła się w nauce, no. I nie wiem co robić. – Smutek i troska przebijał z głosu Magdy.
- Ok, nie ma zatem jedynek. To ma dwóje.
- Nie. Czwórki ze trzy i jedną tróję, z matematyki. Ale na koniec roku są egzaminy gimnazjalne, rozumiesz? Nie będzie się uczyć to nie dostanie się do dobrej szkoły.
- Pogięło cię, kobieto?! Jest październik, początek roku szkolnego, twoja córka ma dobre oceny, a ty martwisz się czy zda egzaminy za rok? Załaduj z rozpędu głową o ścianę.
- No co?
- Pstro.
- To znaczy, że nie mam się czym martwić?
- Nie masz.
- I będzie dobrze z Kamą na koniec roku?
- Będzie! Oczywiście! – Radość ponownie pojawiła się w moim głosie.
- Uff. Uspokoiłaś mnie. Wiedziałam, że jak z tobą pogadam, to powiesz mi prawdę, denerwować się czy nie. Kiedy wpadniesz na kawę?
- Zadzwonię w piątek. Może w weekend się umówimy.
- Oki. Przytulam cię do serduszka.
- Pa. Buziaki.
Męcząca taka nadopiekuńcza mamusia, ale jak wyznawać miłość i okazywać uczucia nauczyłam się właśnie od niej. Choć, gdybym miała taką matkę, to wyłabym do księżyca. Zagłaskałaby na śmierć!



4



 Umówiłam się na randkę z facetem z  portalu randkowego. Jakoś, o dziwo, ktoś się mną zainteresował, choć długo na to czekałam. Dopiero gdy wstawiłam zdjęcie, odezwał się pewien facet. Swoje zdjęcie miał dość niewyraźne, ale co tam, spróbuję. Powiedziałam Magdzie, gdzie jadę, żeby w razie czego ktoś wiedział gdzie mnie szukać. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafi mi się jakiś kolejny psychopata. Boję się jak cholera, ale umówiliśmy się w publicznym miejscu, więc jakby co, będę krzyczeć.

Gdy podeszłam do drzwi restauracji, już czekał. Rozpoznałam go po sztruksowej marynarce, zresztą nikt inny tam nie stał. Przedstawiliśmy się sobie i weszliśmy do środka.

- Nosisz okulary? – zapytał już przy stoliku.

- Tak. Na zdjęciu faktycznie ich nie miałam. – Oho, już coś mu nie leży.

- Co porabiasz? Bo ja…. - i zaczęła się długa opowieść o imprezach z artystami, byłych żonach i narzeczonych oraz litrach wypitych drinków. Generalnie facet był nudny jak flaki z olejem. Nie interesowało go nic, co dotyczyło mojej osoby. Rozpływał się nad swoim życiem, próbując zrobić wrażenie tą tyradą. Tak naprawdę zaś był po prostu podstarzałym, mało atrakcyjnym drobnym pijaczkiem, od którego na odległość waliło kacem i który liczył, takie miałam odczucie, na spotkanie sponsorki.

- Muszę niestety już iść. – Spojrzałam ostentacyjnie na zegarek. - Dzieciaki na mnie czekają. Wiesz, czworo dzieci, biznes na głowie, dom. Zaganiana jestem. Poza tym jutro wyjeżdżam na urlop i rano mam samolot, a muszę się jeszcze spakować. To pa. Trzymaj się. – Umknęłam przed ewentualnym wylewnym pożegnaniem i pognałam biegiem na parking. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, włączyłam blokadę i siedziałam z zamkniętymi oczami przez kilka minut głęboko oddychając. Czułam do siebie normalnie obrzydzenie. Jak mogłam pójść na jakąś randkę z nieznajomym? Wszystko przez Zuzę.

- Dlaczego nie masz profilu na żadnym portalu randkowym? Nie chciałabyś się z kimś spotykać Basiu?

- Chciałabym, ale nie potrafię tak nawiązywać kontaktów. Ja w ogóle trudno nawiązuję kontakty z nowymi osobami.

- Jak chcesz, to ja będę za ciebie pisać, załóż tylko profil.

- No coś ty?

- Co? Ja tam uwielbiam takie gierki. Piszę z kilkoma faciami na raz. Tylko wrzuć zdjęcie. Bez fotki nie masz szans. Wiesz, zdarzają się oszołomy, ale ja takiego potrafię wyczuć. Podpytam o różne rzeczy i wiem czy gość ma poważne zamiary, czy chce się tyko zabawić.

- No nie wiem. – Miałam ogromne wątpliwości.

- W zeszłym tygodniu umówiłam się z dwoma, godzina po godzinie. Myślę sobie, jak pierwszy się spodoba, to drugiego odwołam, A jeśli nie, to mam drugiego w zanadrzu. Taka oszczędność czasu.

- Zuzanna, ale ja nie potrafię!

- Potrafisz. Chyba chcesz mieć męża? Bo ja chcę. Przecież taki chłop jest potrzebny choćby po to, abym miała z kim na wesele pójść.

- Na jakie wesele?

- Oj, tak ogólnie mówię. To co, rejestrujesz się? Daj znać jakbyś chciała, to ci pomogę. Trzeba wiedzieć co napisać. W każdym razie na pewno nie szczerą prawdę.
No i założyłam ten cholerny profil.


5

- Mamo, dziś przyjdzie do mnie kolega.
- Dlaczego mi to mówisz? Przecież stale ktoś do ciebie przychodzi?
- Oj, bo on przyjdzie pierwszy raz. – Iga była najwidoczniej trochę skrępowana.
- To znaczy, że zaleca się do ciebie, tak?
- Oj tam zaraz zaleca. Zaprosiłam go i tyle.
- No dobra. Spokojnie. Niech przyjdzie.
- Kto przyjdzie?! – Do pokoju wpadł Rafcio, który zawsze był bardzo ciekawski.
- Nikt. – Iga zastopowała go natychmiast.
- No kto? Mamo!
- Kolega Igi.
- Jaki kolega?
- Nie wiem jak ma na imię. Jak, Iguniu?
- Nieważne. – Iga nie dawała za wygraną.
- A ja wiem. To Mazik. – Rafał był najwyraźniej z siebie dumny.
- Kto?
- No Mazik. Marek. Ten z gry.
- Z jakiej gry?! – Przerażenie zajrzało mi w oczy.
- No internetowej przecież. Boże, mamo, ty nic nie wiesz.
- Skąd mam wiedzieć? Nie gram z wami w gry internetowe.
- To może zacznij. Będziesz wiedziała kto podrywa Igę.
- Matko boska, ktoś cię podrywa w Internecie? – Tyle się słyszy o zboczeńcach w sieci!
- Mamo! Gram z kolegami, ze znajomymi znajomych i tylko z nimi spotykam się na żywo.
- Na pewno?
- Na pewno. – Iga najwyraźniej chciała mnie uspokoić.
- Oki, to kto tu przyjdzie?
- Słyszałaś przecież, co powiedział gumowe ucho. Mazik.
- Kto to jest?
- Kolega z gry. Znajomy Pawła z drugiego piętra.
- Oki. Może jakieś ciasto upieczemy?
- Oszalałaś? Kolega do mnie przyjdzie, a nie babcia.

Po południu w tę jakże miłą niedzielę, zadzwonił dzwonek u drzwi. Do mieszkania wkroczył Mazik – starszy od Igi ze dwa lata postawny chłopak. Mojej córce wręczył różę, Rafciowi breloczek z Lego, a mi butelkę wina mówiąc, iż nie lubi do nikogo przychodzić z pustymi rękami. Zatkało mnie. Nie wiedziałam, czy wypada przyjąć butelkę od, bądź co bądź dorosłego, jednak niezwykle młodego kolegi mojej córki. Po krótkim namyśle uprzejmie podziękowałam i poszłam w samotności kontemplować dziwne zachowania współczesnej młodzieży, od której niejeden dorosły mógłby się czegoś nauczyć w kwestii savoir vivre.

Za dawnych czasów facet, chcąc zdobyć kobietę, musiał się nastarać. Tak przynajmniej mówiła moja babcia. Słał swatów, przynosił prezenty. A teraz myśli taki, że skoro pani jest samotna, to zapewne jest też potrzebowska. Słyszałam kiedyś takie określenie. A co, skoro taka pani myśli nieustająco o utrzymaniu dzieci, domu, pracy i innych nudnych tematach dnia codziennego i chce mieć po prostu święty spokój? Otóż nic, albowiem podrywający samiec jest pewien, iż sam jego widok wprawia ją w zachwyt. Przychodzi zatem jak po swoje, chce obściskiwać i nie potrafi przyjąć odmowy. A jeśli do tego ma zaborczą i wścibską mamusię, która wszędzie węszy zakusy na swojego jedynaka, to prawdziwa katastrofa.

Dwa stoiska od mojego syn z matką sprzedawali buty. Duży wybór, niskie ceny, wielu chętnych. Syn bajerował klientki i potrafił sprzedać najgorszy szajs każdej solarce z różowymi tipsami. Mamusia zaś bardziej niż handlem zajmowała się pilnowaniem synusia. Nie chciała bowiem przypadkowej synowej, której by nie potrafiła zaakceptować. Syn, stary kawaler, pewny siebie koleś, kiedyś być może niezłe ciacho, dziś miał wylewający się znad ciasnego paska brzuch i królewskie przyzwyczajenia. Zapewne w czasach, gdy mamusia zaczynała handlować, a każdy towar powiedzmy butikowy schodził na pniu, synuś żył jak pączek w maśle. Sam był również pożądanym towarem od prywaciarza. Jednak teraz, kiedy tak naprawdę stracił już dawno szansę na założenie rodziny, był po prostu samolubnym popaprańcem emocjonalnym rozpuszczonym przez kobiety, niestety. Co prawda, zapewne znalazłby niejedną chętną małolatę, która zgodziłaby się związać z nim swój los, ale on wziąłby na zawsze tylko tę, która wygląda jak milion dolarów. A takie nie były nim zainteresowane.
I tak oto pilnująca syna matka, zaczęła zaglądać czasem do mnie na pogaduchy, a za nią często przychodził i synalek. A to się już pani bizneswoman nie spodobało. Zaczęła mnie obserwować. I nie wiem, co się uroiło w tej jej główce, ale paranoja na pewno.

Któregoś dnia po powrocie z pracy do domu, Rafcio poinformował mnie, że była u mnie koleżanka.
- Jaka koleżanka?
- Nie wiem, mamo. Nie znam jej. Ale ona mnie zna, bo zaczepiła mnie pod klatką, kiedy wracaliśmy z chłopakami z boiska. – Umorusany Rafcio jeszcze nie zdążył umyć się po grze w nogę.
- Jak to zaczepiła?
- No tak, po prostu. Stała pod klatką, jak podeszliśmy. Zapytała, czy ja jestem Rafał i czy Basia to moja mama.
- A ty co powiedziałeś?
- Że tak, ale jej nie znałem, to zapytałem kim ona jest.
- I co odpowiedziała?
- Że twoją koleżanką ze szkoły i że byłyście umówione. Ale jak powiedziałem, ze mamy nie ma, to poszła.
Nie miałam pojęcia, jakaż to koleżanka ze szkoły mogłaby mnie odwiedzić, tym bardziej, że moja edukacja zakończyła się ze dwadzieścia lat temu.
- Jak wyglądała ta pani?
I Rafcio opisał mi wypisz wymaluj mamusię ze stoiska z butami. Najpierw pomyślałam, że to niemożliwe, ale po spokojnej analizie stwierdziłam, iż kobieta ostatnio zbytnio mnie obserwuje i dopytuje o różne szczegóły. Ale skąd wiedziała, gdzie mieszkam?

Na ciąg dalszy nie musiałam długo czekać. W środę po Wszystkich Świętych pojechałam do Magdy. Oczywiście przerobiłyśmy wszystkie możliwe problemy wychowawcze, które mają rodzice grzecznych dzieci. Dowiedziałam się nawet, że nie wszystkie córki w trudnym okresie dojrzewania trzaskają drzwiami krzycząc „nienawidzę cię”.
Wróciłam do domu po dziesiątej wieczorem. I wtedy zauważyłam nieodebrane połączenie. Nie chciałam oddzwaniać o tak późnej porze, tym bardziej, że nie wiedziałam do kogo. Jednak telefon sam oddzwonił, a właściwie zadzwoniła pani od butów.
- Moja droga, dzwoniłam wcześniej, ale nie odbierałaś. Jesteś w domku?
- Tak. Dobry wieczór.
- Przepraszam, Basiu, że przeszkadzam tak późno,  ale wiesz, skarbie, dzwoniła do mnie znajoma z bloku obok. Ona widzi drzwi do twojego boksu i mówiła, słodziutka, że tam się ktoś kręci czy próbuje się włamać. Przyjedź tu i zobacz, co się dzieje, kochanie. – Pani mamusia była tak słodka, że o mało co nie zwymiotowałam.
- Ale gdyby coś się działo zadzwoniłaby do mnie ochrona  – odparłam zemdlona i zdziwiona.
- Ochrona może coś przegapić, słodziutka.
- To może proszę dać  mi numer do tej pani, która dzwoniła.
- Oj, nie mam – powiedziała moja interlokutorka zbolałym głosem.
- Mówiła pani, że to znajoma.
- Tak, ale nie mam, kochana.
- A gdzie ona mieszka?
- No naprzeciwko. – Pani była już najwyraźniej zmęczona moimi pytaniami. Chyba żałowała, że w ogóle zadzwoniła.
Znajoma, której nie zna, mieszka blisko, ale nie wie gdzie. Czy ja jestem w ukrytej kamerze? Nudziło się jej bez syna, który, z tego co wiedziałam, wyjechał na kilka dni? Bingo!
Podziękowałam, wyrwałam Igę sprzed telewizora i pojechałyśmy. Sama miałam pietra. Takie durne myślenie, że dziecko mnie przed kimś obroni w środku nocy!
Podjechałyśmy, jednak  nie pod halę targową, ale pod blok pani mamusi. Wiedziałam, gdzie mieszka, bo nieraz widziałam jak rzucała synowi kanapki z balkonu. Stanęłam przed jej oknami, zadzwoniłam i poprosiłam, żeby wyjrzała przez okno.
- Hello! – powiedziałam akcentując jak Mariolka z kabaretu. -  Widzi mnie pani? Stoję przy samochodzie pod klatką. Macham do pani. O właśnie.
- Ale o co chodzi? – spytała pani od butów z przekąsem.
- Ja jestem tutaj, a synuś pojechał z inną babką. Dobranoc.
Pańcia sapnęła coś, ale już nie usłyszałam co. Rozłączyłam się. Wsiadłam do auta i odjechałam wioząc obok moje zdezorientowane dziecko.
- Mamo, po co tu przyjechałyśmy? – Iga była jakby w szoku.
- Żeby głupiej babie się pokazać.
- Aha.
Byłam dumna, że zrobiłam to,  na co zawsze mam ochotę, gdy trafiam na wrednego osobnika. Zazwyczaj postępuję tak jak wypada, aby nikogo nie urazić, nie zrobić nikomu przykrości. A walcie się na ryj, prostaki wredne! Dlaczego ja mam być zawsze grzeczna i dostawać po dupie?  Od dziś jestem samolubną egoistką.
 I w nagrodę za moją odwagę pojechałyśmy na lody do Mc Donald`sa. Miałam też ochotę na ich boskie frytki i… zaszalałam.
A może umówię się z tym jej synusiem na randkę?


6

I tak nadeszło Boże Narodzenie. Pogoda co prawda nie zachęcała do świętowania, ale ponoć w nocy miał spaść śnieg. Trzy dni przed świętami za ladą stała już tylko zaufana pani Ania, która kolację wigilijną miała przygotowaną od kilku dni – pierożki i kapusta czekały w zamrażarce, a barszcz ugotuje synowa. Ja co prawda nie musiałam przygotowywać Wigilii, bo szliśmy do rodziców, ale jakieś mięsiwa popiec należało. No i dokupić co nieco prezentów. Internet bardzo mi to wszystko ułatwił, ale jeszcze nie wszystko miałam. Jednak najważniejsza była choinka. W tym roku postanowiliśmy zakupić żywy świerk od znajomej mieszkającej za miastem, która przy domu, za płotem ma niewielką plantację drzewek. Wyposażeni w siekierkę i sznurek wyruszyliśmy we trójkę na wieś. Pani Małgorzata miała wyskoczyć na chwilę z pracy i pomóc w wyborze choinki. Podjechaliśmy pod jej dom, parkując na trawniku przy posesji. Gospodyni pojawiła się o umówionej godzinie. Poszliśmy do zagajnika i uzgodniliśmy, które drzewko wytniemy, po czym pani Małgosia pobiegła z powrotem do swoich obowiązków.
Wspólne, rodzinne ścinanie choinki miało dla mnie jakiś szczególny wymiar. I Iga, i Rafał piłowali pień na zmianę ze mną i choć nie szło nam to wcale sprawnie, była w tym jakaś magia. Czułam ducha Bożego Narodzenia, ten świąteczny nastrój. Wreszcie ścięte drzewko zostało przez nas zaciągnięte na skraj lasku. Wyszliśmy spoceni, w ubłoconych butach, ale uśmiechnięci.
Na przystanku, po drugiej stronie ulicy, stała para. Nieduża kobieta z siwą głową i mężczyzna w czapce ciecia Maliny z nausznikami.
- Ładnie to tak kraść komuś choinkę spod domu?! – zawołał mężczyzna.
Czy to do nas? Nikogo poza nami tam jednak nie było.
- Słucham? – Zapytałam, bo wolałam się upewnić, czy ten pan coś mówił.
- Co? Nie chce się jechać na rynek? Żal 50 złotych na choinkę wydać? Lepiej ukraść, wyciąć drzewo z lasu. – Facet był dumny ze swojej zjadliwości.
Zagotowało się we mnie. Właściwie nie wiem dlaczego, bo mogłam go przecież zabić siłą spokoju.
- Czy pan naprawdę myśli, że wycięlibyśmy komuś spod domu, spod płotu choinkę? Oszalał pan?
Zaczęłam się śmiać, bo głupich nie sieją, sami się rodzą. A tu taki okaz.
- Jeszcze się śmieje – powiedział uprzejmy pan do swojej towarzyszki. Kobieta nie odzywała się i wyglądała jakby jej było wstyd za gościa.
- Proszę dzwonić 997! – Zawołałam do faceta, no bo jak tu dyskutować z takim obserwatorem. Zapewne należy do tych z typu „uprzejmie donoszę”. W każdym razie tak mi się kojarzył w tych swoich nausznikach.
Stałam tak i patrzyłam na niego z pobłażliwym uśmiechem, jednocześnie wciągając choinkę na dach samochodu. I wtedy z domu obok wyszła starsza pani, która stanęła na przystanku obok komentującego pana. Facet, ujrzawszy ją, rozpoczął swoje biadolenia na temat złodziei kradnących drzewka bożonarodzeniowe.
- Nie, tam jest Małgosia. To jej znajomi. – Usłyszałam, co oznaczało, iż to ja miałam rację, a nie wygadany pan, który zrobił się momentalnie czerwony i zasapał głośno.
- Może jakieś przepraszam?! – zawołałam głośno.
- Nie, nie przeproszę! Na pewno nie! – I rozpoczął swoją tyradę od początku - No tak, parkują gdzie chcą! Zastawią człowieka! Sobie by tak nie zaparkowała! – I zupełnie nie pamiętał, że pod jego domem kilka minut wcześniej parkował ogromny tir, który zastawiał nie tylko trawnik, ale i wjazd na posesję.

Choinka po ustawieniu w stojaku i ubraniu w lampki, bombki i łańcuchy przewróciła się niszcząc wszystko, co znalazło się w jej pobliżu. Z parapetu zjechały dwie doniczki, a kwitnące w nich storczyki zostały połamane. Drzewko, upadając, pohaczyło i pozaciągało jedną z nowych zasłon, a kilkanaście bombek – moich pamiątek z dzieciństwa, potłukło się w drobny mak. O łańcuchach lepiej nie wspominać. Choinkę trzeba było rozebrać i zakupić nową, stabilniejszą. W wigilię zakupu drzewka można  było dokonać już tylko w markecie, gdzie tak naprawdę zostały same ochłapy. Albowiem stragany z choinkami, których było z pięć pod moim blokiem, na dzień przed Bożym Narodzeniem już nie były rozkładane.
Wszyscy chcą mieć święta, a pańcia z miasta niech wszystko organizuje dużo wcześniej, a nie na ostatnią chwilę! Muszę zacząć brać przykład z pani Ani. Szkoda tylko, że choinki nie da się zamrozić.

 
7



- Baśka, co robisz w Sylwestra? – Magda nie dawała za wygraną.

- Mówiłam już, zostaję w domu. – Odpowiadałam za każdym razem.

- Nie wierzę ci. Znowu idziesz na jakąś randkę w ciemno? No mów!

- Zostaję w domu, kobieto.

- No daj spokój, sama w sylwestra?

- Dzieciaki muszą być pod kontrolą.

- Pogięło cię?! W sylwestra trzeba się bawić, a nie pilnować dzieci! Samotna impreza jest do bani!

- Ale ja chcę odpocząć, nie mam ochoty na imprezę. Poza tym sama mam iść na sylwestra?

- Z nami. – Magda oburzyła się. – Basiu, przecież cię przygarniemy pod swoje skrzydła.

- Dziubas, naprawdę nie mam ochoty. Mam dość tego roku. Tych przepychanek z byłym oszołomem, komorników i sądów. Chcę odreagować w ciszy i spokoju. Daj mi już spokój. Proszę cię.

- No dobra. Ale jakby co, to wiesz, że cię kocham.

- Tak, oczywiście, że wiem.

- To papatki. Zadzwonię jutro.

- Pa.



Naprawdę chciałam zostać w domu. Tak naprawdę marzył mi się sylwester we dwoje, z jakimś ukochanym. Szampan, świece, romantyczna kolacja i my. A potem przytulanie i pocałunki w nieskończoność. Sex niekoniecznie. Ale romantyzm w pełnym wydaniu jak najbardziej. Skoro jednak nie było żadnego przyzwoitego kandydata na spełnianie moich marzeń o księciu na białym koniu, zupełnie powinien wystarczyć mi święty spokój.
Iga idzie na imprezę do Pawła, trzy piętra niżej. Rozmawiałam z sąsiadką – mamą organizatora domówki i wszystko będzie pod kontrolą. W mieszkaniu obok mieszka babcia, która ma do nich czasem zajrzeć. Poza tym ja przecież będę kilka pięter wyżej. No i trzeba mieć zaufanie do dzieci. W końcu każdy miał kiedyś naście lat.
Za to Rafał robi swoją pierwszą imprezę w domu. No, o ile można mówić o imprezie sylwestrowej w przypadku trzynastolatków. Przyjdzie trzech kolegów, pograją na kompie, poskaczą przy Xboxie, wypiją Piccolo i odprowadzimy wszystkich wspólnie do domu. Spacer dobrze nam zrobi przed snem w tę noworoczną noc. Przygotuję chłopcom kanapeczki, jakieś ciacho i spokojnie będę sobie oglądać melodramaty w drugim pokoju.
Tak więc wszystko było ustalone. Po świętach zrobiłyśmy z Igą zakupy. Dobrałyśmy jej kreację pasującą do tysiąca warkoczyków na głowie, zaplecionych za kasę zebraną w ramach prezentów bożonarodzeniowych. W sylwestra moja córcia – mistrzyni cukiernictwa, upiekła dwa pyszne ciasta – jedno na swoją domówkę, drugie na imprezę brata.
O dziewiętnastej pojawili się, jeden po drugim, koledzy Rafała. Rozlokowali się w dużym pokoju. Zaanektowali mój telewizor, do którego podłączyliśmy Xbox. Na stole rozstawiliśmy kanapki, ciasto, napoje i niezbędne naczynia. I tak rozpoczęła się impreza małolatów.
Ja zaś przygotowałam sobie cichy zakątek w pokoju Igi. Kolacyjka, ciepła herbatka, na deser ciasteczko. Przejrzałam program na kilku kanałach. Mogłam wybierać do woli w komediach romantycznych. W razie czego miałam w odwodzie płytę z nieśmiertelnymi „Czterema weselami i pogrzebem” oraz „Notting Hill”. Uwielbiam Hugh Granta.

- Mamo, możesz nam zrobić jeszcze kanapek?! – Rafcio wpadł do pokoju jak kula armatnia.
- Przecież były ich dwa duże talerze. Zjedliście wszystkie?
- Tak. Jesteśmy jeszcze głodni.
- Ok, tylko sama zjem, bo jeszcze nie zaczęłam.
- To poczekaj i zrób najpierw dla nas. Please. – I mina kota ze Schreka.
Dzieci chcące coś od rodziców znają różne sztuczki!
- No dobrze. – Zrobię szybko i mam upragniony spokój.

- Rafał, przycisz muzykę! – Tym razem to ja wpadłam do dużego pokoju.
- Co?!
- Pstro. Przycisz telewizor.
- Ale mamo, jest sylwester. – Znowu ten błagalny wzrok. I to razy 4.
- Trochę przyciszcie, nie słyszę filmu, który oglądam.
- Proszę pani, ja to załatwię. – Sebastian, kolega Rafcia od przedszkola wkroczył do akcji.
- No dobrze. Po prostu przyciszcie.
Wychodząc z pokoju kątem oka zauważyłam, że z dorobionych kanapek zniknęły może ze trzy.

- Rafał! Przycisz. Ile razy mam zwracać uwagę?!
- Ok, mamo. Już przyciszam. Chłopaki, a może teraz Xbox? Mamo, przyniesiesz nam gry ode mnie z pokoju? Please.
Dobrze, im szybciej będzie ciszej tym lepiej. A ja wreszcie dokończę w spokoju kolację.

Matko, skąd oni mają tyle siły w płucach? Czy muszą tak głośno kibicować sobie nawzajem? Rafał twierdzi, że muszą. Sebastian miał to załatwić, ale chyba nie sprostał zadaniu.

- Chłopaki, nie skaczcie z takim impetem, bo tym razem naszej sąsiadce naprawdę sufit spadnie na głowę.
- Ale mamo, przecież na tym polega ta gra. Trzeba skakać, żeby zdążyć.
- Dobra chłopaki – Sebastian tonem lidera odezwał się do kolegów. – Nie skaczemy. Rafał, dawaj tę grę na szukanie wyjścia. – I dodał – załatwione, proszę pani.
Po kilku minutach rozpoczęło się regularne stukanie, a właściwie walenie w ściany.

- Mamo, mamo, zaraz północ! – Przysypiałam, o ile to możliwe przy panującym w moim domu hałasie. – Daj szampana!
- O matko, już północ? Jest na balkonie.
- A kieliszki?
- Chyba kubeczki? Są przecież na stole.
- Aha. – I wypadł tak samo jak wpadł.
Północ. Więc jeszcze tylko kilkadziesiąt minut i koniec, cisza. Dam radę.

- Chłopaki, skąd macie tyle szampanów?
- To bezalkoholowy, proszę pani. – Sebastian był adwokatem wszystkich.
- Przecież nie wypijecie ich wszystkich. Nie otwierajcie następnego.
- Mamo, właśnie o to chodzi, żeby otworzyć. W sylwestra tak się robi. – Rafał był bardzo podekscytowany.
Aha, nie miałam pojęcia, że tak się robi. Mój pokój był pobojowiskiem pełnym rozdeptanych kanapek i kawałków ciasta.
- Poczekajcie, przyniosę wam czyste kubeczki. – Wyszłam do kuchni, aby nie ujawniać przerażenia na widok demolki.
Gdy wróciłam po dwóch minutach okazało się, że kubeczki wcale nie były potrzebne. Dwa otwarte sylwestrowe napoje gazowane były rozlane do brudnych kubków i na stół. Sebastian stojąc w progu balkonu potrząsał trzecią butelką, z której wydobywały się kłęby bąbli i wyglądał jak rozemocjonowany kierowca Formuły I po wygranym wyścigu. Pozostali chłopcy stali obok i wydzierali się z radością na widok strzelających fajerwerków. Ściany i podłogę balkonu pokrywał wylewający się napój. Po opróżnieniu butelki panowie weszli w ociekających Piccolo skarpetach do pokoju i rozpoczęli składanie sobie życzeń. Uciekłam, tłumiąc wrzask.
- Mamo! Idziemy odpalić petardy! – Rafał wypadł za mną z pokoju. – Dasz nam zapalniczkę?

Sprzątanie pobojowiska po męskiej imprezie zakończyliśmy wiosną, gdyż w noc sylwestrową przyszedł mróz i rozlane bąbelki zamarzły na długi czas, tworząc na balkonie ślizgawkę w kolorze czerwieni.


8

Nigdy nie dość atrakcji. 2-go stycznia w skrzynce na listy wezwanie do komornika. Tym razem sądowego. Kiedy otwieram taką korespondencję, chciałabym od razu wiedzieć, o co chodzi. A jak dowiedzieć się czegoś dzień po Nowym Roku? Będę teraz trwać w niepewności aż do dnia po Trzech Królach, jeśli uda mi się dostać do kancelarii, bo tam zawsze jest tłum ludzi. Bardzo to smutne.
Swoją drogą zadziwiające jest, że zawsze w okolicach świąt znajduję w skrzynce przesyłki, na które nie czekam i które mają na celu pognębić mnie finansowo i psychicznie. Tak jakby urzędnicy nie mogli poczekać ze złymi wiadomościami do stycznia. No cóż, liczą się zapewne statystyki w ściganiu dłużników. Słaby wynik równa się brakowi premii rocznej. Aż dziwne, że tym razem przetrwałam Boże Narodzenie bez tłumaczenia się z cholernych długów prawie byłego.

Telefon wyrwał mnie z drzemki. Po remanencie byłam dość zmęczona. Przekładanie z miejsca na miejsce setek par skarpetek męskich, gaci damskich i rajstop dziecięcych będzie mi się chyba śniło po nocach. Swoją drogą nie ma co narzekać. I tak dobrze, że po działaniach jeszcze małżonka udało mi się ponownie to wszystko uruchomić i odzyskać klientów. No, a w słuchawce kolejny koszmarek. Zenek płacze:
- Miałem zabrać dzieci, ale nie mogę. – Tak jakby to było coś dziwnego.
Odwoływanie spotkań w ostatniej chwili i nie odbieranie telefonu to chleb powszedni ojca moich dzieci. Ściema to chyba jego drugie imię.
- Ok.
- Nie mogę. – Przedłuża rozmowę.
- No dobrze. Dzięki, że zadzwoniłeś.
- Ale naprawdę nie mam jak ich zabrać. - Czeka na moje zainteresowanie jego płaczliwym głosem.
- Ok. To kiedy będziesz mógł się z nimi spotkać? – Nic z tego.
- Nie wiem.
- Zadzwoń jak będziesz wiedział. Cześć.
- Mam raka – mówi szybko, żebym nie zdążyła się rozłączyć
Trochę mnie zatkało. Rak to w końcu poważna sprawa. Jednak biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe pomysły mojego rozmówcy, powinnam być ostrożna w ocenie sytuacji.
- Mam raka stóp i umieram. – no nie!!!!!!!!!!! Znowu cyrk na kółkach. Może będzie mnie teraz brał na litość?

Przerobiliśmy już chyba wszystkie warianty możliwości dogadania się. Było dziesiątki spotkań na moją lub jego prośbę. Na 90% z nich prawie były przychodził wstawiony. Albo obiecywał, że podpiszemy ugodę odnośnie podziału majątku, albo straszył, że mnie załatwi, bo ma papiery i nagrywał wszystkie rozmowy ze mną, adwokatami i nie wiadomo z kim jeszcze, a wtedy wyląduję na śmietniku. Najgorsze było to, że w trakcie jednej rozmowy potrafił zmienić zdanie kilka razy. Cóż, wóda ryje banię!
Umawianie się z dziećmi to inna bajka, bo zaplanowanych wizyt i wspólnych wyjazdów oraz telefonów było tyle, że trudno zliczyć, a dotrzymanych obietnic w tej kwestii tyle, co kot napłakał. O braku zainteresowania imieninami, komuniami, zakończeniami roku i innymi uroczystościami nie wspomnę. Zawsze tylko czcze gadanie bez pokrycia. Ja naprawdę musiałam być chyba niespełna rozumu wybierając go. A moja babcia zawsze mówiła, gdy nuciłam sobie podczas jedzenia: „nie śpiewaj przy jedzeniu, bo głupiego męża będziesz miała”. No i wykrakała, babcia ukochana.

- Co takiego? Jesteś pewien?
- Tak. Mam wyniki badań. – Zenek miał roztrzęsiony głos.
- A byłeś u kilku lekarzy? Takie diagnozy trzeba potwierdzać.
- Nie byłem, ale wiem. Umieram. Ale zabezpieczyłem dzieci. Testament jest u mojego szwagra. – Już nie u czterech osób? Ups.
- I czego oczekujesz ode mnie?
- Powiedz dzieciom.
- Ja? Chyba powinieneś zrobić to sam.
- Nie, ty powiedz. Wtedy lepiej to zniosą.
- Ok. Jak będziesz czegoś potrzebował, to dzwoń. – Chciałam zakończyć wreszcie tę rozmemłaną rozmowę.
- Dzięki. – Znowu słyszę łkanie. – Cześć.
- Cześć.
Dzieciom oszczędziłam informacji o raku. Temat choroby ojca umarł śmiercią naturalną. Kolejna rozmowa z prawie byłym przebiegła w radosnej atmosferze i pełna była jego pomysłów na to, jak mnie udupi.

Wizyta u komornika rozbawiła mnie nie mniej niż kolejny pomysł Zenona. W kancelarii, po przypomnieniu, że złożyłam wniosek o ściąganie niepłaconych alimentów z majątku ojca dzieci, zażądano, abym doprecyzowała ruchomości i nieruchomości, które mają zostać zajęte.
- Musi pani wypełnić wniosek szczegółowo. Podać potencjalne źródła dochodu dłużnika, posiadane nieruchomości i tym podobne.
- No tak, ale nieruchomości to mamy jeszcze wspólne.
- Aha. Skoro zatem nieruchomości macie wspólne, to może jakieś ruchomości, przedmioty wartościowe ma ten pan.
- Mamy kilka takich, ale też wspólnych.
- To ma pani problem. Chociaż takie też możemy zając na poczet alimentów. – Pan był najwyraźniej zniecierpliwiony.
- A w jaki sposób, skoro one są też moje?
- Zwyczajnie. Zajmujemy na przykład odkurzacz, wystawiamy na licytację, połowę uzyskanej kwoty oddajemy pani, bo pół sprzętu należy do pani, a pozostałą kwotę, po potrąceniu naszych kosztów, przekazujemy pani jako spłatę długu męża.
- Czy ja dobrze rozumiem? Pan zabiera odkurzacz, z którego korzystam ja oraz moje i dłużnika dzieci, otrzymuję od pana w zamian, powiedzmy, połowę kwoty, którą muszę wydać na zakup nowego sprzętu, a komornik jeszcze anuluje część należnego długu, tak?
- Dokładnie tak.
- Przecież to jakiś absurd! – Nie kryłam oburzenia.
- Nie, proszę pani. Postępujemy według ściśle określonych przepisów prawa. To co, uzupełnia pani wniosek?


9

Karnawał. Czas intensywnego imprezowania dzieci i dorosłych, byle zdążyć przed Wielkim Postem.
Iga też zaczęła chadzać do klubów i na domówki. Wśród jej niezliczonych znajomych pojawiła się  Agnieszka, która była stałą bywalczynią takich rozrywek.
W sobotę Aga przyszła do nas już około południa, tak, by mogły z Igą spokojnie przyszykować się do wyjścia. Moja córka nigdy nie spędzała tyle czasu przed lustrem, co za czasów przyjaźni z Agnieszką. Po ustaleniu, dokąd pójdą rozpoczęło się wyszukiwanie ciuchów. Nie tylko szafa Igi poszła w ruch, moja także. Nie mam nic przeciwko pożyczaniu ubrań własnemu dziecku, ale obcym niekoniecznie. Cóż jednak zrobić, gdy córka wywleka wszystko, co jej wpadnie w ręce i traktuje jak swoje. Przygryzłam zęby i starałam się nie patrzeć.
Kolejnym etapem był makijaż i fryzura. Przedpokój zamienił się w salon kosmetyczny. Przejść nie było jak, a do Rafcia stale przychodzili jacyś koledzy.
- Mamo, otwórz drzwi, bo ja nie mogę dojść do domofonu! – Wykrzykiwał mój syn.
- Nie mogę, właśnie mnie zablokował kabel od lokówki! – Też miałam problem z przemieszczaniem się. – Iga, otwórz drzwi!
- Nie mogę, mamo! Maluję oko Agnieszce.
I takie oto dialogi prowadziliśmy przez całe sobotnie popołudnie.

Około siedemnastej zapowiedziała wizytę  Aneta, która kiedyś mieszkała w bloku obok nas. Nasi synowie chodzili razem do szkoły i tym sposobem zakumplowałyśmy się. Teraz mieszkała na innym osiedlu, ale zaglądała do nas czasem, kiedy  udało się jej wyrwać od domowych obowiązków. Właśnie była w ciąży z czwartym dzieckiem. Matka Polka.
Anetka była prostą, dobroduszną gospodynią domową. Jej mąż, biznesman, był niezwykle obrotnym facetem i zapewniał godny byt rodzinie. Jednak zmieniał profesje jak przysłowiowe rękawiczki, bo, jak mówił, rozkręcony biznes już go nie cieszył. Zatem, właściwie, rodzina stabilności nie miała, za to tatuś miał różne stabilne przyjemności w postaci pojazdów terenowych i szybkich motorów. Żona, zajmująca się  wychowywaniem dzieci, praniem, gotowaniem, robieniem przetworów, paleniem w piecu, pieleniem ogródka, podejmowaniem licznej rodziny i znajomych robiła, niestety, tylko koszty. Zatem musiała iść do pracy, aby na siebie zarobić. Do kosztów utrzymania Anetki należały między innymi opłaty za jej telefon oraz zakup nowej opony do samochodu męża, jeśli, odwożąc dzieci na angielski, akurat złapała gumę. Takie tam normalne małżeńskie rozrachunki. Teraz, korzystając z kolejnej ciąży, przez krótki czas łapała oddech na zwolnieniu lekarskim.
Anetka przybyła punktualnie i z siłą karabinu maszynowego wyrzuciła z siebie potok słów na powitanie. Nie wszystko zrozumiałam, ale uśmiechnęłam się na powitanie. Aneta mówiła, bardzo szybko, sporo przy tym przeklinając. Przyjechała sama, bo dzieci zostawiła na imprezie urodzinowej u dziecka sąsiadów.
- Cześć. Mam dwie godziny, potem muszę odebrać dzieci. Widzę, że Iga gdzieś idzie. Na imprezę, tak?
- Do klubu. Ale dopiero wieczorem.
- To już teraz takie przygotowania?
- Wiesz jak to jest z dziewczynami. Potrzebują dużo czasu na wystrojenie się.
- Ja tam biorę szybki prysznic, perfum pod pachy i nie tylko – puściła do mnie oko – i jestem gotowa. Chociaż teraz, z brzuchem, to muszę sobie dać na wstrzymanie. Oj, potańczyłabym sobie. – Anetka najwyraźniej rozmarzyła się.
Popijając bawarkę, bo tak trzeba będąc w ciąży, wspominałyśmy, jak to było, gdy my byłyśmy nastolatkami. Obgadałyśmy też nasze ciąże i porody. Niewątpliwą atrakcją tych wspomnień była opowieść o tym, jak Anetka chciała zajść w pierwszą ciążę z nowo poślubionym mężem. Po bardzo satysfakcjonującym stosunku, w którego szczegóły niekoniecznie chciałam być wtajemniczona, choć ona nie miała nic przeciwko temu, Aneta leżała kilkadziesiąt minut z nogami uniesionymi od bioder w górę w przekonaniu, iż taka pozycja pozwoli na przedostanie się plemników we wskazane miejsce. I jak można zareagować na tak szczere wyznanie? O mało co nie zakrztusiłam się bawarką.

- Mamo, zrobisz nam herbaty? – Iga zajrzała do pokoju. - Mamy jeszcze mokre paznokcie.
- Jasne. – odparłam. – Chodźcie tu posiedzieć do pani Anety, a ja nastawię wodę.
Wróciłam z zieloną herbatką o smaku truskawek w śmietanie. Uwielbiamy ją z Igą. Wystrojone dziewczyny siedziały po obu stronach Anetki i wypytywały ją na przemian o ciążę.
- A czy dziecko kopie panią w brzuch?
- To chłopiec. Czasem kopie.  Najczęściej w nocy, gdy śpię. Jest wredny jak jego tatuś, też zawsze chce coś ode mnie w nocy.
- Aneta! – podniosłam głos w obawie, aby nie drążyła tematu poczynań swojego męża  w nocy. – Napijesz się herbaty?
- Tak. Poproszę.
- Gorącej herbaty? – Zapytała tym razem Agnieszka z przerażeniem w głosie. – A nie boi się pani, że dziecko się poparzy?
Opadoszczęk zagościł nie tylko na mojej twarzy. Mentalnych blondynek jest wśród nas więcej niż przypuszczamy.

 
10



- Mamo? – Iga wpadła do kuchni i zagadała szeptem. – Policja do ciebie?

Wyszłam do przedpokoju. W drzwiach stało dwóch policjantów. Po przedstawieniu się zapytali, czy mogą wejść.

- Oczywiście, proszę. O co chodzi?

- Otrzymaliśmy zgłoszenie od sąsiadów, że u państwa jest stale głośno, że zakłócacie państwo ciszę.

- Nocną?

- Nie tylko. W dzień też jest głośno.

- To znaczy?

- Bardzo głośno działają u pani urządzenia w łazience. Konkretnie prysznic.

- Prysznic? – Zdziwiłam się.

- Tak.

- I biorąc prysznic zakłócam ciszę? Komu?

- Niestety nie możemy pani podać nazwiska osoby, która złożyła doniesienie.

- Zapewne pani mieszkająca pod nami, prawda? – Policjant zrobił niewyraźna minę.

Oczywiście, że ona. Wkurzyłam się, że ta baba znowu coś wymyśliła. Bo któż inny mógłby pójść na policję z pretensją o źle działający prysznic?
- Proszę pana, mój prysznic działa jak wiele innych w tym bloku. Korzystamy z wody za jego pomocą w sposób powszechnie przyjęty za poprawny. Jeśli pani mieszkającej pod nami nie odpowiada nasza metoda, niech zasponsoruje nam wymianę urządzenia na zadowalający ją model. – Sytuacja była co najmniej zabawna i wyzwoliła we mnie pokłady złośliwości.
- Wie pani, my musimy zareagować na każde wezwanie, nawet absurdalne. Trzeba pojechać i sprawdzić. Proszę nas zrozumieć.
- Ok. Rozumiem. – Pan policjant zaskoczył mnie uprzejmością.
- Przepraszamy za najście. Proszę tylko podpisać potwierdzenie naszej wizyty.
Policjanci wyszli, a ja nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.

Po tygodniu otworzyłam drzwi po sygnale dzwonka, a tu administrator ze spółdzielni mieszkaniowej.
- Dzień dobry. Otrzymaliśmy zgłoszenie, że pani zakłóca spokój sąsiadom.
Nie!!!!!!! Znowu?!!!!!!!!!!
- Chodzi o sąsiadkę z dołu – raczej potwierdziłam niż zapytałam.
- Tak. I prysznic. Chcielibyśmy sprawdzić, czy są podstawy do zgłoszenia.
- Proszę pana, była już u mnie policja w tej sprawie. Teraz kolejna wizyta?
- Proszę pani, ta pani sąsiadka była u nas przez ostatnie dwa miesiące co drugi dzień. Zakłócanie ciszy, jak twierdziła, to sprawa policji, więc tam ją odesłaliśmy. Ale ona wróciła.  Proszę się zgodzić na przeprowadzenie wizji lokalnej. – Błaganie w głosie pana administratora przekonało mnie.
- Na to chętnie się zgodzę. Bardzo proszę.
- Zatem kiedy możemy przyjść, aby dokonać wizji?
- Proszę wskazać termin. Dostosuję się. – Ja też byłam grzeczna.
- Dobrze. Więc jutro o 11. Może być?
- Tak. Będę czekała. Do widzenia.
- Do widzenia.

Na wizji zjawiło się dwóch Panów z administracji. Jeden zszedł do sąsiadki i tam nasłuchiwał odgłosów z mojej łazienki. Drugi puszczał z kranów w mojej łazience wodę. Powtórzyli te czynności kilkakrotnie. Następnie spisali protokół zawierający informację o tym, iż moja łazienka wyposażona jest w urządzenia sanitarne zamontowane prawidłowo i odpowiednio zaizolowane oraz uszczelnione. Nieprawidłowości w użytkowaniu instalacji wodno-kanalizacyjnej umywalki i wanny nie stwierdzono. Prysznica brak.


11

Iga miała wrócić przed dwudziestą. Od kiedy w sylwestra przyszedł mróz, a kilka dni później spadł śnieg, zima miała się dobrze. Było bardzo ślisko i trochę martwiłam się, czy autobus, którym miała wrócić podjedzie pod górę na osiedle. Zimą często się zdarzało, że samochody osobowe nie dawały rady, a większe pojazdy cofały się blokując skrzyżowania. Sygnał domofonu wyrwał mnie z zamyślenia. To na pewno Iga, Rafał jest przecież w domu.
Otworzyłam drzwi zanim winda zatrzymała się na naszym piętrze.
- Mamo – Iga była zapłakana.
- Matko! Co się stało, dziecko?
- Przewróciłam się, poślizgnęłam – łkała Iga.
- Gdzie ?
- Pod klatką.
- Uderzyłaś się? Coś cię boli?
- Głowa. Upadłam na plecy i głową uderzyłam o krawężnik.
O Boże, przerażenia w moich oczach chyba nie dało się ukryć.
- Jedziemy na pogotowie! Już! Nie rozbieraj się! – Iga zaczęła kręcić nosem. – Rafał, musisz zostać sam. W razie czego dzwoń.
- Dlaczego sam? Gdzie wy jedziecie? – Rafcio był najwyraźniej zdezorientowany. Oderwano go przecież od kompa i przez moment nie wiedział, gdzie jest.
- Iga przewróciła się na lodzie. Musimy jechać do szpitala. W razie czego dzwoń. – Bez przekazywania dalszych szczegółów cmoknęłam synusia w czoło i zamknęłam za sobą drzwi.
Pojechałyśmy do szpitala na izbę przyjęć. Po wyjaśnieniu pani w okienku informacyjnym powodu naszej wizyty, ta skierowała nas do punktu przyjęć – pokoju, w którym opowiedziałyśmy kolejnej osobie to samo, co przed chwilą w informacji. Skierowano nas do gabinetu lekarza internisty. On powinien zadecydować, jaki lekarz miał Igę obejrzeć. Korytarz przed pokojem doktora wypełniony był po brzegi pacjentami. Dopytawszy, kto jest ostatni, znalazłyśmy miejsca siedzące na końcu korytarza – jedno na chybotliwym krześle, drugie na parapecie. Wyjrzałam przez okno. Znowu padał śnieg. Obyśmy tylko mogły odpalić samochód, kiedy wreszcie stąd wyjdziemy. Już dwa razy wzywałam pomoc drogową w tym roku, a ten dopiero się zaczął.

Iga, jako dziecko, miała wyraźnego pecha i często doznawała różnych obrażeń ciała.
Mając ze dwa lata, na wakacjach nad morzem, bardzo chciała podać ojcu butelkę z napojem. Siedzieliśmy w gronie rodzinki i przyjaciół, a dziecko, asekurowane przez babcię, potknęło się o własne nogi. Butelka się zbiła, a szkło wbiło się w przedramię Igi. Na szczęście była wśród nas pielęgniarka, która zajęła się opatrzeniem rany, ale nasze przerażenie było ogromne.  
Jako trzyletni maluch Igusia, podczas wizyty u znajomych, nagle wpadła zakrwawiona do pokoju. Ugryzł ja pies, leżący w kuchni. Płacz dziecka doprowadził do ukarania psiaka, choć nikt nie wiedział, co się tak naprawdę stało. Łagodny pies nagle zaatakował Igę, którą znał od urodzenia? Po latach okazało się, że dziewczę podeszło do śpiącego zwierzęcia i zaczęło dmuchać mu w nos. Pies się przestraszył i poderwał mocno głowę, uderzając Igę, i uszkadzając jej skórę w okolicach wargi. Blizna jest jej znakiem charakterystycznym do dziś.
Mając pięć lat, podczas wizyty na działce u dziadków, pobiegła radośnie otworzyć bramę cioci, która właśnie nadjechała. Pod opieką ojca podniosła metalową zasuwę i już miała pobiec do samochodu gości, gdy metalowy pręt spadł jej na głowę. Ranka była mikroskopijna, ale krew lała się jak z kranu. Spotkanie z ciocią zakończyło się zanim się zaczęło, a my wylądowaliśmy na pogotowiu.
Pewnego dnia Igusia poszła z koleżanką bawić się do lasku koło kościoła. Tam zrobiły równoważnię ze starego, przewróconego trzepaka. Chodząc po nim, Iga potknęła się i zardzewiała rura zahaczyła o jej nogę. Do dziś ma bliznę na łydce.
Był też skok wśród metalowych drabinek na placu zabaw i guz wielkości jajka. Liczne drzazgi z pomostu nad jeziorem podczas wakacji, wyciągane potem mozolnie pensetą przeze mnie, czy zakrztuszenie się syropem i klepanie po plecach w pozycji do góry nogami.
Rafał miał jedną wizytę w szpitalu. Bawiliśmy się w kółko graniaste, czy coś w tym rodzaju. Kręciliśmy się w kółko, trzymając się za ręce. I nagle Rafcio wyślizgnął mi się. Poleciał jak z petardy w stronę segmentu i uderzył buzią o półkę. Krew leciała z jego ust i nie było widać jednego zęba. Jedynki. Na pogotowiu nic nie poradzili, kazali robić zimne okłady i udać się do chirurga stomatologicznego. Tam pani doktor stwierdziła, że ząbek, owszem, jest, choć wciśnięty w dziąsło, ale na pewno wyjdzie ponownie. Co też się stało po kilku tygodniach. I tyle. A powszechnie uważa się, że to chłopcy nabijają sobie więcej guzów.

Nadeszła nasza kolej. Weszłyśmy do gabinetu. Pan doktor wypytał  o kolejność zdarzeń. Równie dobrze mogłybyśmy nagrać opowiadanie o przewrotce Igi na taśmę i puszczać w każdym gabinecie po kolei. Bowiem pokoi lekarskich zaliczyłyśmy jeszcze kilka. Chirurg, neurolog, chirurg naczyniowy. Dobrze, że chociaż wykonano Idze różne badania od prześwietlenia po rezonans głowy, na które już nie trzeba było czekać. Nie stwierdzono wstrząśnienia mózgu, pęknięcia czaszki ani nic innego. Na szczęście! Uratowała ją fryzura zrobiona za mikołajowe pieniądze – warkoczyki, które zamortyzowały uderzenie i uchroniły podstawę czaszki przed pęknięciem.

Dzieci fundują rodzicom nierzadko doświadczenia przerażające i stresujące. Po latach opowiada się o nich anegdoty i pamięta tylko radość po zagojeniu ran. Przynajmniej tak jest w naszej rodzince.


12

- Pa, synu. Buziak na do widzenia. – Rano wyszliśmy z Rafałem razem z domu.
- Mamo! Oszalałaś? Jeszcze ktoś zobaczy? – Buziaki dla mamy były zakazane w cielęcym wieku dojrzewania. Ok, poczekamy.
- No to pa, synu. Uważaj na siebie.
- Pa.

Odwróciłam się w stronę parkingu, a tu jak spod ziemi wyrosła moja ulubiona sąsiadka.
- Koledzy pani syna wysmarowali mi drzwi jajkami! – Naskoczyła na mnie.
- Słucham? – Natychmiast podniosłam glos wypowiadając drugą sylabę.
- Widziałam czerwoną kurtkę!
- Kobieto, nie wiem o co chodzi. Mój syn nie ma czerwonej kurtki.
- Ale ja widziałam przez okno. Stali pod klatką i jeden miał czerwoną.
- No i? – Moja cierpliwość była na granicy wyczerpania.
- No i ktoś obrzucił mi drzwi jajkami! To na pewno oni!
- W taki razie proszę z pretensjami zgłosić się do rodziców tego, kto to zrobił. Do widzenia.
Przecież nie mogę odpowiadać za postępowanie wszystkich dzieciaków pojawiających się w naszej klatce, nawet jeśli są kolegami mojego syna. Zwłaszcza, że nasza sąsiadka znana jest ze swojego czepialstwa i wtrącania się w życie innych sąsiadów. Przoduje w umoralnianiu, jak jakaś babcia moherowa. „Czy pani wie, że ta Kaśka jest źle wychowana? Ona przeklina. Nie powinna pani pozwalać swojej córce na zabawę z nią’. „Marta z drugiego piętra całowała się z chłopakiem na podwórku, a pani dziecko się z nią zadaje? Wstyd!” „Dziecko, nie wolno palić papierosów. Czy twoi rodzice o tym wiedzą?” I tak oto upominała każdego, jeśli tylko uznała to za stosowne. I wiecznie sapała i narzekała, że jest chora i zmęczona wspominając o tym każdemu, kogo napotkała chociażby w windzie. Strach było z domu wychodzić.

Po powrocie do domu znowu awizo. Ileż można znieść? Poszłam na pocztę, odstałam swoje i ku mojemu zdziwieniu odebrałam pozew rozwodowy. Najwidoczniej prawie były chciał sobie układać życie na nowo z którąś z tych młodych lasek, o których opowiadał na lewo i prawo niestworzone rzeczy. A to, że wyprowadza się do jednej, bo teraz to on ma życie. Nie to, co ze mną. Albo, że w dziewczynach może przebierać. Takie ma towary, że każdy by mu pozazdrościł. Tylko on nimi nie jest zainteresowany, bo postanowił najpierw uporządkować swoje życie. Na mnie te zasłyszane od znajomych opowieści nie robiły już wrażenia, ale pozew jak najbardziej. Wreszcie miałam szansę mieć nie prawie byłego męża, ale pełnoprawnego eks.
Tyle, że najpierw miałam spotkać się w nim w sądzie w sprawie paszportu dla Rafcia, który potrzebował dokumentu jadąc na kolonie. Po wielu próbach umówienia się na wizytę w biurze paszportowym i odwoływanych obietnicach Zenka, złożyłam pozew o wydanie paszportu bez zgody ojca. Niezrównoważonego zresztą.
Na rozprawie pojawił się jak zwykle skromny i elegancki, ze zbolałą miną poszkodowanego przez los i żonę człowieka. Doprowadzał mnie tym do pasji. Facet, który chce się ślizgać na złym stanie zdrowia, które przepił, stale podkreślający jaki jest biedny i zaszczuty przez żonę, a przy tym mający na celu zagarnięcie tego, na co nie zapracował to zwykły mięczak. Zero moralnego kręgosłupa i męskiej dumy. Tylko tupet miał jak mało kto. I wyobraźnię rozbudowaną ponad miarę.
- Cześć. I po co ten cyrk? – Zapytał podchodząc do mnie przed salą sądową.
- Żaden cyrk. Z tobą najwidoczniej tylko w sądzie można cokolwiek załatwić – odparłam, nie mając ochoty na zabawę w odbijanie piłeczki.
Na szczęście poproszono nas punktualnie na salę rozpraw.
Po ustaleniu naszych tożsamości i krótkim przepytaniu mnie, sędzia rozpoczęła rozmowę z moim prawie byłym.
- Czy nie wyraża pan zgody na wydanie synowi paszportu?
- Wyrażam zgodę.
- W taki razie dlaczego pana żona złożyła pozew?
- Nie wiem. Przecież mogliśmy spotkać się w biurze paszportowym.
- Czy umawiał się pan z żoną kiedyś w biurze paszportowym?
- Tak. Nie. Tak, ale nie.
- Nie rozumiem. – Sędzia najwyraźniej nie mogła załapać toku myślenia mojego jeszcze męża.
- No tak i nie. Umawiałem się, ale nie mogłem jechać.
- Czy pan wie, że pana syn ma wyjechać w czasie wakacji na kolonie?
- Tak, ale nie jestem pewien.
- Jak to nie jest pan pewien?
- Nie jestem pewien czy jedzie na kolonie.
- Co pan przez to rozumie?
- No nie wiem, czy jedzie na kolonie. Moja żona na pewno chce go wywieźć zagranicę.
- Skąd to przypuszczenie?
- Żona ma koleżankę zagranicą. I na pewno chce go wywieźć.
- A czy żona kiedyś wspominała panu o tym, że chce syna wywieźć?
- Nie, ale ja wiem.
- Na jakiej podstawie pan to wie?
- Bo żona ma paszport. I córka też.
Sędzia została porażona mocą argumentów prawie byłego.
- Proszę pana, czy wyraża pan zgodę na wydanie synowi paszportu? – Sędzia najwyraźniej nie chciała prowadzić dalej tej jałowej dyskusji.
- Nie wyrażam.
- W takim razie sąd wydaje nakaz wydania paszportu dziecku.
Sędzia zwróciła się do mnie z uprzejmą informacją, kiedy będę mogła odebrać wyrok, tonem głosu sugerując, że współczuje mi użerania się z typem siedzącym naprzeciwko mnie. Oczywiście, jeśli pozwany nie złoży odwołania.

Nie złożył. Rafcio pojechał latem na kolonie w góry. Był najposłuszniejszym, choć jednocześnie najbrudniejszym kolonistą, gdyż cały wyjazd przechodził w jednych ciuchach, a spakowany przeze mnie plecak przywiózł z powrotem do domu niemalże nietknięty. Z paszportu skorzystał przy przekroczeniu granicy ze Słowacją, gdzie dzieci pojechały wykąpać się w gorących źródłach. 


13

- Kobieto, wsiadaj w auto i przyjeżdżaj! Idziemy na wieczorny spacer. Czekam na ciebie.
- A właściwie czemu nie? Będę za pół godziny.
- Dzieciaczki, jadę do cioci Magdy. Dacie sobie radę beze mnie? – zapytałam, z góry znając odpowiedź.
- Oj mamo, przecież nie jesteśmy dziećmi! – Iga najwyraźniej ucieszyła się, że chata będzie wolna.
- Tylko nie siedźcie długo. Rafał, słuchaj siostry.
- Dobrze, mamo. – Taki zgodny synuś mi się trafił?
- Czy wy czasem czegoś nie knujecie? Ktoś do was przyjdzie?
- Mamo, zawsze powtarzasz, że powinniśmy być dla siebie najważniejsi na świecie. A kiedy realizujemy twoje zalecenia, dziwisz się. Gdzie tu logika? – Iga była bardzo elokwentna.
Racja. Zawsze mówię moim dzieciom, że gdy mnie zabraknie, będą mieć tylko siebie nawzajem i muszą o tym zawsze pamiętać. Powinni kochać się i zawsze się o siebie troszczyć. I w zasadzie tak robią. Kłócą się, naturalnie, jak każde rodzeństwo, ale w trudnych momentach zawsze mogą na siebie liczyć. Potrafią wspierać podjęte przez siebie nawzajem decyzje i stają we własnej obronie. Najbardziej widoczne było to zwłaszcza w czasach, gdy chodzili do jednej szkoły. Iga potrafiła wtedy odstraszyć każdego, kto chciałby zrobić krzywdę jej młodszemu bratu, rozpowiadając na lewo i prawo, iż Rafał to jej worek treningowy i tylko jej wolno mu przyłożyć. I wszyscy respektowali to swoiste prawo krwi.
Tym razem byli jednak zbyt zgodni. Poza tym czujności nigdy za wiele.

Pojechałam do Magdy. Był dość ciepły kwietniowy wieczór. Po bulwarze spacerowało sporo ludzi. Po przejściu alejki w dwie strony usiadłyśmy w kafejce przy kawie. Obgadałyśmy już prawie wszystkich i wszystko. Dowiedziałam się co słychać u licznych, a dawno niewidzianych znajomych, kto gdzie wybiera się na wakacje i jaki kupił samochód. Nasze pogaduchy mogły trwać w nieskończoność, tyle, że Magda miała niespożyte siły, a ja wczesnym wieczorem marzyłam już o łóżku i poduszce. Tym razem jednak dałam radę i w kierunku domu ruszyłyśmy dopiero około 22.
- Wejdź na górę. Wypijesz jeszcze herbatkę.
- Zmęczona jestem. Pojadę już – odparłam zmęczonym głosem.
- Oj daj spokój. Gadasz jak staruszka zmęczona życiem.
- Bo jestem zmęczona.
- Ale nie staruszka. Idziemy! – Zarządziła Magdalena.
Otwierając drzwi usłyszałyśmy męskie głosy.
- Macie chyba gości?
- To chłopaki z pracy mieli wpaść do Tadka. Chodź, chodź.
Ochotę na udział w męskiej imprezie miałam raczej średnią, ale w końcu nie chciałam już robić z siebie takiej marudy.
- Cześć Tadziu.
- O, cześć Basia. A my tu sobie imprezujemy. – Tadek czknął. Miał już radosny wyraz twarzy. – Poznaj Marka. A to Krzychu. Pracujemy razem.
- Miło mi – odparłam i uścisnęliśmy sobie ręce. Marek podał mi sflaczałą dłoń. Nie znoszę, gdy ktoś, zwłaszcza facet, wita się w ten sposób. Dla mnie to totalny brak szacunku dla drugiej osoby, jakby powitanie na odczepkę. Co innego Krzychu. Ten miał uścisk kowala.
Magda przyniosła herbatę i paluszki. Panowie rozpijali kolejną flaszkę i byli coraz głośniejsi oraz bardzo gadatliwi. Przechwalali się nawzajem sukcesami w różnych dziedzinach.
Chciałam zmyć się szybko, ale przy tak aktywnych kolegach było to dość trudne. Dopijałam herbetę, gdy Krzysztof usiadł przy mnie i rozpoczął kolejną opowieść, tym razem o swojej pasji, czyli nurkowaniu. Byłoby to naprawdę fascynujące, gdyby nie stan upojenia mojego rozmówcy. Trudna wymowa, spowolnione myślenie i niezrozumiałe dla mnie skojarzenia. Jednak Krzychu uparcie tkwił w przekonaniu, że jego opowieść jest nadzwyczaj interesująca.
- I wiesz? Tam było tak pięknie. – Czknął – Byłaś tam kiedyś? – Znowu czknął, po czym odwrócił się w stronę oparcia kanapy, odchylił poduchę, zwymiotował, odłożył ją na miejsce i odwróciwszy się z powrotem w moją stronę powiedział – Przepraszam. To co, napijesz się może jednak z nami?
O matko! Obrzydlistwo!  Jadąc do domu dostałam czkawki na samo wspomnienie. Przed oczami miałam wyraz twarzy zapowietrzonej Magdy, która nade wszystko uwielbia czystość w domu.

Dzieciaki już spały. Pies też. Moje łóżko było pościelone. Czy ja znowu śnię? Tym razem pozytywnie.
- Najwidoczniej dzieci chciały zrobić mi przyjemność. Kochane są. – Rozczuliłam się.

Rano do pokoju wparował Rafcio.
- Mamo, śpisz? – Wślizgnął się pod kołdrę.
Gdy koledzy nie widzą, najwidoczniej można przytulić się do mamy.
- Już nie. Co tam? Która godzina?
- Ósma.
- Tak wcześnie wstałeś? – Moje pociechy znane są z tego, iż moje rano to dla nich środek nocy.
- Wyspałem się – przytulił się. – Zrobisz mi śniadanie? Jestem głodny.
- A na co masz ochotę. Może jajecznica?
- Super!
- Tylko najpierw trzeba wyjść z Wickiem. Może ty pójdziesz? A ja zrobię w tym czasie śniadanie.
- Ja? – Skrzywił się Rafcio. - Chce mi się jeszcze spać.
- Przecież mówiłeś, że się wyspałeś.
- Jednak nie. Śpię.
- O Boże, widzisz i nie grzmisz. – Wstałam, choć mój kręgosłup domagał się jeszcze poprzeciągania w łóżku.
Idąc do łazienki miałam uczucie, jakbym weszła w jakieś okruchy. Ale zanim zaczęłam dociekać musiałam opróżnić pęcherz. Spuściłam wodę i nagle na moje nogi chlusnęła woda. Matko! Co to?! Nie wiedziałam czy biec po ścierki, czy zakręcać kranik.
- Rafał! Iga! Szybko! – Krzyknęłam. Rafał pojawił się natychmiast.
- Ja mówiłem Idze, żeby ci powiedziała wczoraj – łkał i mówił – to nie ja.
- Przecież nic takiego nie powiedziałam. Iga!
Iga wyszła z pokoju, ale, gdy zobaczyła, że wody w przedpokoju jest po kostki, natychmiast rzuciła się do pomocy.
Kiedy już zebrałyśmy to, co wypłynęło z rur, a mop i ścierki były wykręcone, uważnie przyjrzałam się sedesowi. Trzymał się tylko dzięki śrubom, którymi był przykręcony do podłogi. Tylnej spodniej części nie było w ogóle. W jej miejscu była wielka dziura, zatem spuszczana woda właśnie tamtędy chlustała pod nogi.
- Jak to się stało? Kto to zrobił? – Nie miałam nawet siły się wkurzać.
- Nie wiem – odparła cicho Iga.
- Jak to nie wiesz? Byłaś przecież w domu.
- Ja mówiłem, żeby nie biegali, mamo. – Rafcio znowu zaczynał płakać.
- Nie becz już! – Iga uciszała brata
- No, gadać mi tu! – Powiedziałam może ostrzej niż chciałam, ale zrobiło to wrażenie.
I dowiedziałam się, że do Igi, jak tylko wyszłam, przyszło kilkoro znajomych. Najpierw siedzieli cicho w pokoju, ale po jakimś czasie dostali głupawki i zaczęli biegać po mieszkaniu. Rafał bał się, że przyjdzie sąsiadka i próbował ich uciszać, jednak nikt go nie słuchał. W pewnym momencie jeden z chłopaków popchnął drugiego, a ten wpadł przez otwarte drzwi do toalety i oparł się całym ciałem o muszlę klozetową, która po kilku sekundach pękła. Przestraszone dzieciaki pozbierały kawałki pokruszonej ceramiki i pożegnały gości. Nie korzystały już w tym dniu z toalety. Pościeliły moje łóżko i same też poszły spać. Wolały zasnąć niż czekać na mamę, która przecież i tak się dowie.

Brak toalety był bardzo uciążliwy. W niedzielę nie było możliwości naprawy sedesu, bo żaden hydraulik nie był tym zainteresowany. Pogotowie osiedlowe mnie olało.  Musieliśmy czekać do poniedziałku. Nawet nie chciałam myśleć, ile muszę przygotować kasy.

W południe ktoś zadzwonił do drzwi.
- Woda leje mi się na głowę! – Wrzasnęła nasza subtelna sąsiadka, do której szczelinami pomiędzy płytami żelbetonu  najwidoczniej dotarła wreszcie woda z naszego kibelka.


14

- Faktura czy paragon? – Zapytała pani na stacji paliw, po zatankowaniu przeze mnie auta.
- Faktura.
- Jaki numer rejestracyjny?
Podałam zdziwiona numer.  Pani wydrukowała fakturę.
- Numer dobry, ale nie ta firma – odparłam czytając dane na dokumencie.
- Jak to? Przecież ten numer połączył się z tą firmą. – Zdziwiona pani jakby się z choinki urwała.
- No i co z tego? Widocznie kiedyś samochód był jej własnością. Kto identyfikuje dane do faktury po numerze rejestracyjnym? Zawsze powinna pani poprosić o NIP. – Wkurzyłam się, bo chyba to jasne jak słońce. Osoba za ladą  nie miała na plakietce napisu „Uczę się”. Powinna być bardziej rozgarnięta
I tak oto stałam na stacji benzynowej, zamiast otwierać już moje stoisko i czekałam, aż obrażona pani wystawi mi poprawną fakturę.

Klienci też tego dnia byli jacyś marudzący. A to nie ten fason, a to kolor nie taki. Zabić to mało. Sami malkontenci robią zakupy czy co? Pod koniec dnia odwiedziła mnie na szczęście moja ulubiona klientka, pani Fioletowa, która zawsze poprawia mi humor. Nazwałam ją tak od koloru włosów, które barwi najprawdziwszą kalią, czyli nadmanganianem potasu kupionym w aptece. Normalnie głęboka komuna! Tak to się farbowało włosy na początku lat 80-tych. Co znaczy siła przyzwyczajenia?
Pani Fioletowa potrzebowała błyszczące brokatowe rajstopy na wieczorne wyjście ze swoim partnerem. Opowiadała o nim zawsze chętnie i dużo. Wiedziałam o gościu niemal wszystko, od numeru kołnierzyka przy koszuli po kolor oczu. Zresztą o sobie Pani Fioletowa też mówiła. Skąd pochodzi, co w życiu robiła, ile ma dzieci i kto był jej mężem. Niestety, mąż zmarł kilka lat temu, pozostawiając młodą wdowę. A zatem moja klientka układała sobie życie od nowa z mniej lub bardziej przypadkowymi partnerami. Z aktualnym panem spotykała się już od blisko dwóch lat, co bardzo ją cieszyło. Po dzisiejszym wieczorze wiele oczekiwała, a mianowicie miała nadzieję na pierścionek zaręczynowy.

Następnego dnia Fioletowa dosłownie przybiegła do mnie z samego rana. Była zasapana, ale i rozpromieniona.
- A cóż to, nie może pani spać? Ja tu będę do wieczora – powiedziałam zdziwiona na widok klientki.
- Pani Basiu! – Piała. – Co ja mam pani do opowiedzenia?
Czyżbym była jedyną powiernicą pani Fioletowej? Sympatyczna z niej babka, ale jednak obca osoba.
- Może pani usiądzie? Biegła pani?
- Tak, nie mogłam się doczekać. Proszę. – Wyciągnęła w moją stronę dłoń, na palcu której błyszczał pierścionek.
- Wow! – Nie kryłam zachwytu. – Naprawdę piękny. I całkiem duży.
- Tak. Mój Misiaczek się postarał.
Pani Fioletowa siedziała wpatrzona w klejnocik, uśmiechając się przy tym rozkojarzona. Zaparzyłam herbatę. Klientka łyknęła z kubka po czym wypaliła:
- Czy będzie pani moim świadkiem na ślubie?
- Ja?! – Moje zdziwienie dało się usłyszeć w całej hali.
- Tak! Pani, pani Basiu, jest taka życzliwa dla mnie. Nie komentuje pani moich wyborów, nie krytykuje wyglądu. Po prostu przyjaciółka prawdziwa.
Oj, uwaga! Zapaliła mi się czerwona lampka. Przyjaciółkami to raczej nie jesteśmy.
- Proszę, pani Basiu. Moje wszystkie znajome to fałszywe zmory. A pani zawsze dobrze mi się kojarzy. W końcu o to chodzi, żeby ślub dobrze wspominać, a nie zastanawiać się, kto mnie bardziej obgadał. A z panią będzie na pewno miło.
- Kiedy ten ślub?
- W następny piątek?
- Tak szybko?
- Tak! Mój narzeczony – mówiąc to promieniała – zorganizował wszystko już dawno, bo był pewien, że się zgodzę! Fantastycznie, prawda?
- Tak, rzeczywiście. – Nie wiedziałam co powiedzieć.
- To co, zgadza się pani?
- A mam inne wyjście? – Chwila namysłu. - No dobrze, zgadzam się.
Fioletowa rzuciła się na mnie, wycałowała i zaczęła świergotać o ekspresowych przygotowaniach do ślubu.

Pod koniec dnia zadzwonił mój jeszcze mąż. Ledwie się odezwał, a już powiało oszołomieniem.
-  Podjąłem decyzję. Jutro jadę na prewencję policji jako świadek koronny.
Poziom absurdu sięgnął szczytu! Nie wiem ani nie chcę wiedzieć, co Zenek miał na myśli. Rozłączyłam się bez słowa.


15

Podczas przygotowań do ślubu Fioletowej miałam bardzo mieszane uczucia. Nie znałam jej na tyle dobrze, aby zasłużyć sobie, w moim przekonaniu, na zaszczyt bycia świadkiem. Z drugiej strony, rozważając nieustająco jej słowa, przyznawałam jej za każdym razem rację. Ślub to wyjątkowe wydarzenie i powinien być spełnieniem marzeń, również pod względem towarzyskim.
Uroczystość miała mieć charakter bardzo kameralny i zaplanowana była w kompleksie hotelowym za miastem. Ślub w ogrodowej altanie, poczęstunek wśród zieleni, tańce pod gwiazdami, noc poślubna w królewskim łożu, a rano śniadanie do łóżka. No i SPA – masaże, sauna, relaks. Sama rozmarzyłam się słuchając opowieści pani Fioletowej. A tu rzeczywistość skrzeczy i z szafy wyziera brak odpowiedniej kreacji.
- Jadę na zakupy!
- Mogę jechać z tobą? – Z pokoju wyjrzała głowa Igi. – Przydałaby mi się nowa torba do szkoły.
- Iga, nie mam kasy. Muszę sobie kupić kieckę na ślub.
- Ja mam trochę, dostałam od babci. Najwyżej dołożysz. – Jej uśmiech i niewinne oczy przekonały mnie. Poza tym przyda się ktoś do oceny mojego wyglądu.

Iga zawsze miała siłę przekonywania. Czasem był to uśmiech, a czasem płacz. Nie robiła co prawda awantur w sklepach i nie rzucała się tam na podłogę, domagając się zakupu jakiejś zabawki. Miała inny „problem’, który przywoływał w jej oczach łzy. Była nim babcia, a właściwie pragnienie mieszkania z nią. Iga potrafiła łkać, siedząc nad talerzem z kolacją i ubolewając nad swoim losem.
- Nie mogę jeść – mówiła – bo tęsknię za babcią.         
Albo biadoliła.
- Jestem zła.
- Na kogo? – Pytałam z troską.
- Na siebie.
- Dlaczego, córciu?
- Smutno mi za babcią – odpowiadała żałośnie Iga.
I tak średnio co drugi dzień łzy lały się strumieniami.
Każda wizyta dziadków opłacona była stresem i nerwami. Zawsze, gdy chcieli się już pożegnać, wnusia wpadała w szał, ubierała się i czekała pod drzwiami, zawodząc żałośnie w nadziei, że zabiorą ją ze sobą. Aż dziw, że życzliwa sąsiadka z dołu nigdy nas nie odwiedziła w takiej sytuacji.
W pewien weekend odwiedził nas z żoną mój kolega z czasów szkolnych. Nie widzieliśmy się długo, zatem tematów do rozmowy nie brakowało. Wspominaliśmy czasy szkolne i opowiadaliśmy o tym, co dzieje się teraz w naszym życiu. Iga nie miała dobrego humoru. Jednak, gdy zrozumiała, że goście nie przyszli do nas na piechotę, a zatem mieszkają gdzieś dalej, zrodził się w jej główce chytry  pomysł o pojechaniu do babci. Idąc do kuchni po kawę, ujrzałam porozrzucane worki foliowe. Poszłam po śladach i w pokoju córki moim oczom ukazały się wypchane, ustawione obok kanapy, siatki. Igusia spakowała wszystkie rzeczy, jakie znalazła w swojej szafie. Dokładnie, co do jednej.
- Jadę do babci – poinformowała mnie pewnym głosem.
- A jak zamierzasz to zrobić, dziecko? Przecież mamy gości. Nikt cię nie zawiezie.
- Pojadę z ciocią i wujkiem, jak będzie wracać do domu – odparła, a jej rezolutność jak na kilkuletnią pannę bardzo mnie zadziwiła.
Oczywiście, pomimo zaskoczenia zaradnością córki, nie pozwoliliśmy jej na tę fanaberię i z wizyty u dziadków nic nie wyszło, choć Iga walczyła dzielnie. Jej płacz było słychać zapewne na całym osiedlu. Na szczęście, z wiekiem, wyrosła ze swoich histerii.

Pojechałyśmy z Igą do sklepu. W centrum handlowym wszystkie sukienki, które ewentualnie podobały mi się i mieściły się w granicach moich możliwości finansowych były za małe. Nawet ciuchy w rozmiarze, w który w innych sklepach wchodziłam, tam była za małe. Szyją na Chińczyków! Nasza eska to dla nich elka! Nic dziwnego, że nie mieszczę się w XL.
Zniechęcone, weszłyśmy do sklepu ze staropierdzielskimi sukienkami. Może tu wreszcie coś będzie na mnie pasowało?
- Dzień dobry. Czy mogę w czymś pomóc? – Sprzedawczyni wyrosła jak spod ziemi.
- „Finansowo” – chciałoby się powiedzieć. Nie lubię tej wszechobecnej nachalności ekspedientów. Jeśli będę potrzebowała pomocy, poproszę o nią. Po co od razu naskakiwać na klienta. Skrępowanie mi niepotrzebne. Chcę sama pogrzebać wśród wieszaków.
- Tak. Poszukujemy sukienki w fasonie trapezu.
- Czego?
- Trapezu, proszę pani.
- Trapezu?
- Tak. Trapezu. Ma pani coś takiego? Poszerzane z góry do dołu. – Matko, o trapezie dzieci uczą się w szkole podstawowej. Pokazałam pani skąd dokąd sukienka ma być poszerzana.
- Aaaaa! Trapez. Tak, mam.
I ekspedientka wyjęła koronkową sukienkę odciętą w pasie, o rozkloszowanym dole, który to fason najwidoczniej był dla niej takim, jakiego poszukiwałyśmy. Zgroza! Sprzedawczyni w sklepie odzieżowym nie ma pojęcia o fasonach kiecek!
 
 

16

Ślub pani Fioletowej odbył się w bajkowym miejscu w wyznaczoną sobotę maja. Goście przybyli na uroczystość stanowili mieszankę najbliższej rodziny  i wystrojonych bardziej niż panna młoda jej koleżanek. Fioletowa miała rację, że nie chciała żadnej z nich na świadka.
Uroczystość pod baldachimem z kwiatów poprowadził burmistrz najbliższego miasteczka. Udzielił ślubu i rozpoczęło się biesiadowanie. Jak się okazało, pan młody, który zaplanował wszystko bez wiedzy swojej, wtedy jeszcze przyszłej, małżonki, wykazał się niezłym gustem i wyczuciem. Potrawy były delikatne i smaczne, trunki wykwintne. Zaś cała oprawa – muzyka, obsługa i wystrój tworzyły przyjazny, a jednocześnie elegancki nastrój. Nie mogłam się nadziwić, skąd taka osoba jak Fioletowa wytrzasnęła tak ułożonego faceta, jak jej świeżo poślubiony mąż. Przeciwieństwa chyba naprawdę się przyciągają.
Każdy gość miał zarezerwowany pokój w hotelu. Tak więc, gdy dobrze po północy impreza powoli się kończyła, pożegnałam parę młodą i poszłam na górę. Ciepłe łóżko było tym, czego potrzebowałam. W pokoju panował półmrok, a lampy rozmieszczone w kilku miejscach tworzyły nastrój do rozmyślań.

Kilkanaście lat temu to ja składałam przysięgę małżeńską. Byłam wtedy podekscytowana tak samo jak Fioletowa dziś. Tyle, że w moim przypadku, pan młody nie miał tyle inwencji co dzisiejszy oblubieniec. Zaręczyny pełne niezręczności z oświadczynami w obecności rodziców obojga stron i za duży pierścionek, którego widok niemal zwalił mnie z nóg, były dla mnie traumatycznym przeżyciem. A trzeba było się uśmiechać. W kościele, na pięć minut przed ślubem, okazało się, że pan młody nie dopełnił jakichś formalności, a przedstawione zaświadczenie z pierwotnej parafii nie wykluczało na przykład bigamii. Do ołtarza szłam cała w nerwach. A kiedy jeszcze mój mąż nie potrafił odpowiadać jak należy na formułki podczas mszy, doprowadziło mnie to na skraj załamania nerwowego. Na weselu nasłuchałam się od pewnego wuja mojego właśnie poślubionego męża, że nie jest on wiele wart. W każdym razie nie tyle, co jego syn. Przed północą zaś okazało się, że pan z kamerą i fotograf, zamówieni przez teścia, nie zostaną na oczepinach. Trzeba było prosić i dopłacać, aby uwiecznili ten ważny moment wesela. Niby drobiazgi, a jednak dla panny młodej w dniu ślubu bardzo ważne szczegóły. I tak oto, ten dzień, był zapowiedzią tego związku, jak zła wróżba. Jaki będzie dzień ślubu, takie będzie całe małżeństwo. Pełne niepewności i braku oparcia w wybranym mężczyźnie.
A tak uroczo się zapowiadało. Gdy Zenek zalecał się do mnie, przychodził codziennie. Nawet, gdy był w wojsku, nie szedł do swojego domu, tylko do mnie. Jeśli nie mógł przyjść, dzwonił, co w tamtych czasach wcale nie było łatwe. Telefony mieli tylko nieliczni, budek na ulicach też nie było zbyt wiele. Moja przyjaciółka z tamtych lat mówiła, że czuje się, jak Zenek mnie kocha. Tak jakby całym ciałem emanował miłością do mnie. Tak… Wtedy było pięknie. Mieliśmy chyba po siedemnaście lat. Zenek miał luz w domu, mógł chodzić do dyskotek i na imprezy, wracać późno, nawet rano. Którejś nocy, wracając od kumpla, oskubali z chłopakami z tulipanów chyba wszystkie osiedlowe ogródki.  Wrzucał mi je przez uchylone okno do pokoju. Nad ranem miałam dosłownie cały pokój w kwiatach. To było urocze! I takie oryginalne. Oto miłość! Ale to było dawno.

Z rozmyślań o przeszłości wyrwało mnie pukanie do drzwi.
- Kto tam?
- To ja. – Co za ja?
- Kto?
- Andżelika. – Aha, Fioletowa.
- Co ty tu robisz? -  W trakcie wesela wypiłyśmy bruderszaft. – Przecież dziś jest twoja noc poślubna.
- No właśnie. Ja w tej sprawie.
Moje zaskoczenie było ogromne. Czego może o nocy poślubnej nie wiedzieć dorosła, doświadczona kobieta i  bynajmniej nie pruderyjna?
- O co chodzi?
- No bo Misiu chce.
- Co chce? – Nie zaskoczyłam od razu.
- No chce. Oj, wiesz co. – Andżelika była najwyraźniej zażenowana.
- Aaa, to. To znaczy, że chce się kochać, tak?
- Tak, chce, żebym mu dała, a jest wstawiony.
- No i? – Moje zdumienie sięgnęło zenitu. Ja mam być wyrocznią w skonsumowaniu nocy poślubnej?
- Mam dać?
Nie potrafiłam dać pannie młodej zadowalającej odpowiedzi na tak subtelnie skonstruowane pytanie.



17

Koniec roku szkolnego zbliżał się wielkimi krokami. Dzieciaki wiedziały, że oceny można poprawiać do końca pierwszego tygodnia czerwca.
- Mamo, idę z chłopakami na murawkę.
- A lekcje odrobiłeś?
- Tak.
- Wszystkie?
- Oj, mamo. – Stęknął Rafcio – Zamknij drzwi. Będę po meczu.
Rafał miał raczej luźny stosunek do nauki. Uważał, iż najważniejszy jest fakt, że zdaje z klasy do klasy. Oceny są mniej istotne.
Iga przykładała się do nauki nieco bardziej, ale też nie przejmowała się ocenami, zwłaszcza po rozpoczęciu nauki w szkole średniej. Za to angażowała się w różne przedsięwzięcia szkolne. Działała w kołach zainteresowań, organizowała dyskoteki i wyjazdy. Była członkiem samorządu uczniowskiego. Wiecznie coś załatwiała lub przygotowywała.
Najważniejsze w moim przekonaniu w edukacji moich dzieci było to, że ja, matka, wiedziałam o wszystkim. Oczywiście, o wagarach nie byłam informowana przed, ale po fakcie. Zaś o ocenach i o tym, co się działo w szkole rozmawialiśmy zawsze. Niektóre mamy zazdrościły mi tego, bo ich dzieci były powściągliwe w swoich relacjach ze szkoły. Zdarzało się, że dowiadywały się czegoś o swoich pociechach podczas wizyty u nas. Uświadamiało mi  to zawsze, jak różne są dzieci i jakie ja mam szczęście. Czasem same dzieci, które przychodziły do nas opowiadały zadziwiające historie.

- Proszę pani, ta idiotka postawiła mi jedenaście jedynek na raz! – żalił się Marcin, kolega Rafcia, na nauczycielkę od plastyki.
- Aż jedenaście? Za co? – Nie mieściło się to w mojej głowie.
- Za to, że nie dałem jej zeszytu do sprawdzenia.
- To daj teraz. Może ci pani poprawi oceny.
- Ale nie mam zeszytu.
- Jak to nie masz zeszytu. Nie założyłeś od początku roku? – Kolejne zaskoczenie.
- No nie. Mama mi nie kupiła – odparł Marcin. – Ale najgorsze jest, że muszę jej o tym powiedzieć. Będzie zła, że zapomniała.

Mądrościami błyszczała też Jola, koleżanka Igi z lat wczesnoszkolnych.
- No i jeździmy na cmentarz zawsze całą rodziną – opowiadała kiedyś w okolicach dnia Wszystkich Świętych.
- To wspaniale tak odwiedzać zmarłych. Zawsze patrzą z nieba i cieszą się z tych wizyt. – Próbowałam mądrze porozmawiać z dzieckiem.
- Tak, moja mama też tak mówi. Patrzą na nas głównie dziadki.
- Dlaczego dziadkowie? – Grzecznie poprawiłam Jolę.
- Bo dziadki umierają szybciej, bo babcie ich wykańczają – rezolutnie odparła znawczyni tematu umierania.

Bardzo gadatliwa była zwłaszcza przyjaciółka Igi, Karolina.
Pomagałam kiedyś dziewczynom w przygotowaniu projektu na historię. Iga robiła mapę na brystolu, Karolina kombinowała, jakby tu z zebranych ze wszystkich domowych szaf ciuchów stworzyć strój jakiejś postaci historycznej, a ja korygowałam ich prezentację na komputerze. Praca szła całkiem nieźle, ale nadszedł moment, gdy mój organizm zapragnął kawy. Napój ten nie działa na mnie pobudzająco, mogę ją pić o każdej porze doby, ani nie dodaje mi energii. Po prostu lubię kawę, zwłaszcza taką, która jest szkodliwa czyli mocną, z cukrem i mlekiem w proszku. Staram się takiej nie pijać, ale czasem, gdy chcę sobie zrobić przyjemność, nie potrafię się oprzeć. Zrobiłam sobie zatem przerwę i poszłam zaparzyć kawusię. Dziewczyny chyba też miały dość, bo zapragnęły soku jabłkowego. Rozsiadłyśmy się zatem wygodnie z napojami w rękach i odpoczywałyśmy.
- Mamo, co mamy zrobić z Michałem? On jest z nami w grupie, ale nie chce nam pomóc. Twierdzi, że nie ma czasu.
- Powiedzcie, że tylko wy robiłyście projekt. – Zawsze trafiali się tacy, którzy ślizgali się na pracy innych i dzięki temu zaliczali przedmiot. Rodzaj szkoły czy jej stopień nie miał znaczenia. Tak było i w podstawówce, i na studiach.
- Ale pani powie, że to nasza wina, że go nie zmobilizowałyśmy.
- Dlaczego miałaby tak powiedzieć? Jeśli ktoś nie chce pracować, to jak wy miałybyście go do tego zmusić?
- Nie wiem, ale ta babka zawsze tak mówi. Twierdzi, że dobry uczeń powinien przypilnować słabszego.
- Ok. Ale nic na siłę. Jak miałybyście go zachęcić? Przykuć do kaloryfera?
- Nie, jasne, że nie. Chodzi o to, że ona na pewno będzie miała pretensje do nas.
- No to brońcie swojego zdania. Nie zawsze nauczyciel ma rację.
Kiedy chodziłam do szkoły, nauczyciel był poważaną osobą. Miał zawsze rację, mógł postawić ucznia w kącie lub odesłać na dywanik do dyrektora. Rodzice uczniów sprawiających problemy byli wzywani o szkoły i zazwyczaj ze skruchą wysłuchiwali uwag o swoich niegrzecznych pociechach. Jednak tych wymagających nauczycieli, którzy nas karcili i krótko trzymali wspominamy z rozrzewnieniem i szacunkiem. Dlatego, że poza stawianiem wymagań potrafili się za nami wstawić, pochwalić, wesprzeć dobrą radą. Na wycieczkach okazywali się najwspanialszymi kompanami, a podczas egzaminów podpowiadali słabszym.
Dziś nauczyciele ucząc realizują się zawodowo, a dzieci są jedynie narzędziem w procesie podnoszenia przez nich kwalifikacji. Liczne certyfikaty i projekty, w których biorą udział szkoły wymagają od nich wykonywania ogromnej pracy biurokratycznej. Najistotniejsze są wyniki nauczania, zatem ważne stają się jedynie dzieci zdolne i pracowite. Te słabsze nie mają szans w wyścigu szczurów. Nikt przecież nie będzie dla nich obniżał poziomu w klasie. Hello! A do tego rodzice przeczuleni na punkcie swoich pociech, którym nie można bez konsekwencji awantury zwrócić uwagi. Nauczyciele nie jeżdżą na wycieczki, bo obawiają się odpowiedzialności. Nie chodzą do kina, bo szkoda czasu, skoro program jest przeładowany. Nie prowadzą zajęć wyrównawczych dla słabych uczniów, bo lepiej pracuje się z prymusami.

- Ale pani od historii dorobi sobie zaraz historię do naszych słów i powie, że to nasza wina. – Iga drążyła temat współpracy z Michałem, a raczej jej braku.
- To wtedy ja pójdę z nią porozmawiać. – I powiem, co myślę. Chociaż może się zdarzyć, że pani od historii, tak jak nauczycielka pewnego zaprzyjaźnionego dziecka będzie twierdzić, że wszystkie dzieci kłamią, i to będzie jej jedyny i niepodważalny argument na wszystko. Najwidoczniej ta pani odpowiedzialność za pracę jednych uczniów zrzuca na ich kolegów z klasy.
- A może coś wymyślmy? No, że wyjechałyśmy do babci i tam robiłyśmy projekt?
- A babcię macie z Karoliną wspólną, tak?
- Ups. – Iga nie trafiła.
- No to, że musiałyśmy zaopiekować się moim bratem, który był chory na ospę i mógł Michała zarazić, więc pracowałyśmy same.
- A Karolina nie zaraziła się, bo?
- Bo mam dziurkę w głowie! – Wypaliła radośnie Karolina.
- Jaką dziurkę, co ty pleciesz, dziecko? – Dziewczyny zaczynały już kombinować.
- Ale naprawdę mam dziurkę w głowie – przekonywała dziewczyna.
- Tak mamo, naprawdę. – Iga dzielnie wspierała koleżankę.
- Co za bzdury wymyślacie? Dziewczyny, bądźcie poważne! – Sensowna wymówka, to rozumiem, ale jakieś głupoty?
- Mamo, Karolina ma dziurkę w głowie. Tak powiedział lekarz. – Iga nie odpuszczała.
- Matko, to coś poważnego? – Teraz się przejęłam.
- Nie, proszę pani. Lekarz, gdy się urodziłam, powiedział mojej mamie, że mam właśnie taką dziurkę w głowie. Ona nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Po prostu jest i tyle. Jak powiedział, jestem trochę niedorobiona. Tak jakby tata niedokładnie pracował podczas stosunku.
- Boże, dziecko, nie opowiadaj nikomu tej historii – powiedziałam błagalnym tonem. – A już na pewno nie waszej pani od historii. Nikomu!

- Mów coś. – usłyszałam w słuchawce głos Zenka.
- Ale co?
- Cokolwiek. Chcę cię słuchać.
Nietypowe zachowanie jak na mojego jeszcze męża. Nie krzyczy, nie straszy, nie opowiada o zabijaniu i policji. Mózg mu się zlasował, czy co?
  

18

Był późny wieczór. Właściwie noc. Godzina pierwsza. Oglądałam coś w telewizji, przysypiając. Dzwonek do drzwi wyrwał mnie z letargu. Rafał zajrzał przez uchylone drzwi.
- Mamo, ktoś dzwoni – powiedział szeptem
- Słyszałam.  A ty jeszcze nie śpisz?
- Oglądam film.
- O tej porze?
- Przecież jutro sobota. – Racja.
Ale właściwie dlaczego szepczemy. Iga śpi u koleżanki, a osoby za drzwiami przecież nie obudzimy.
Wyjrzałam przez wizjer. Sąsiadka z dołu. Wywróciłam oczami i z westchnięciem otworzyłam drzwi.
- O co tym razem chodzi? – Zapytałam z przekąsem. Ileż można?
- Przepraszam, że o tej porze, ale widziałam, że pali się u pani światło. – Czyżbym śniła na jawie? Nasza sąsiadka ma ludzkie odruchy.
- Tak, o co chodzi?
- Byłam nakarmić kotki i okazało się, ze jeden zaklinował się w skrzynce od kablówki. Nie mogę go wyjąć. Może pomogłaby mi pani? – Sąsiadka od dawna dokarmiała podwórkowe dzikie koty, ale żeby w nocy?
- Ja? Aha. Musiałabym się ubrać. – Byłam w wyraźnym szoku. Sąsiadka prosi o pomoc, a ja nie odmawiam.
- Mamo, ja pójdę  – odezwał się Rafał zza moich pleców.
- Ale jest późno. Nie będziesz się bał?
- Nie. Przecież pójdę z panią.
- O tak, Rafałku, chodź ze mną. Tylko weź jakiś śrubokręt, bo musimy otworzyć skrzynkę. – Rafałku? Czy ja się nie przesłyszałam?
- Tak. I latarkę, przyda się. – Moje zaskoczenie już trochę odpuściło. Zaczęłam rozsądnie reagować. Rafcio wciągnął spodnie i buty.
- Dziękuję pani. Chodź, Rafałku.
Zjechali windą na dół. Obserwowałam ich z balkonu. Rafał wczołgał się pod balkon na parterze i coś tam majstrował. Po kilku minutach podał sąsiadce kota. Najwidoczniej udało mu się otworzyć skrzynkę kablówki i uwolnić zwierzaka. Sąsiadka wyściskała go i ruszyli w stronę klatki.
- Mamo, sąsiadka mi podziękowała. I powiedziała, że fajny ze mnie chłopak. Mogę z tobą spać? – Rafcio był naładowany emocjami.
- Jasne, chodź. Tylko weź swoją poduszkę.
Zadziwiające, jak w potrzebie ludzie potrafią porzucić złe emocje i poprosić o pomoc osoby, którym przez długi czas uprzykrzali życie. Ciekawe jak długo potrwa ta zmiana.


19

- No co tam u was? – Zadzwoniłam do Magdy.
- Wszystko ok. Kama dostała się do liceum.
- Wow! To świetnie. Dlaczego nie zadzwoniłaś, żeby mi powiedzieć? Jak potrzebujesz rady, to dzwonisz, ale żeby przekazać dobre wieści koleżance, to już nie.
- Też cię kocham. Nie ma czym się chwalić. - Czyżbym słyszała niezadowolenie w głosie Magdy?
- Przecież twoja córka dostała się do szkoły średniej! Chyba się cieszysz, prawda?
- Taaa.
- Do jakiego liceum będzie chodzić.
- Tam gdzie chciała. Na Skłodowskiej.
- To świetnie! Słyszałam, że to teraz bardzo dobra szkoła.
- Tak. Wszyscy zdają maturę, a 90% dostaje się na studia. – Ciągle nie słyszałam entuzjazmu w głosie Magdy.
- No tak, ale ty, zdaje się, nie cieszysz się.
- Oj cieszę się, cieszę – rzuciła niecierpliwie Magda.
- Ale?
- No Kama nie dostała się do tej klasy, do której chciała.
- Matko, kobieto, a czymże różnią się te klasy? Jest jakiś rozszerzony przedmiot i tyle.
- Ale ona chce iść na medycynę, a klasa jest geograficzna.
- Już wie, co chce robić w życiu? No, to pozazdrościć! A może zmieni zdanie? Z doświadczenia wiem, że dzieciaki w tym wieku często to robią i wtedy może się okazać, że chodzi do odpowiedniej klasy.
- Myślisz? – Magda nie była przekonana.
- Myślę. Poza tym, jeśli faktycznie Kama wytrwa w postanowieniu i będzie chciała zdawać na medycynę, musi brać korepetycje już od pierwszej klasy. Żeby się tam dostać musi zdać maturę na 100%, a bez korków nikt nie da rady. – Opowieści znajomych Igi o maturze i studiach były częste w naszym domu.
- Aha. Czyli korki od września?
- Tak. I wtedy właściwie profil klasy nie ma znaczenia. Uczyć musi się wszędzie, a ambitne studia wymagają dodatkowej pracy.
- Może masz rację. O Boże! To trzeba załatwiać kogoś, żeby Kamę uczył! Znasz może kogoś, kto udziela korepetycji w kierunku medycyny? Albo Iga zna? - Magda już wpadła w trans nadopiekuńczej mamy.
- Magda! Zaczynają się wakacje! Wyluzuj! Poczekaj do września. Zobacz jak Kamie idzie w nowej szkole, czy nadal chce być lekarzem i wtedy podejmiecie decyzję. – Próbowałam odkręcić paranoję, którą sama wywołałam.
- Ale czy wtedy jeszcze będą szanse na dobrego korepetytora?
- Przestań! Będą!
- Ok. Już przestaję. To myślisz, że wystarczy jesienią o tym pomyśleć?
- Tak – ucięłam ten temat. – Mów lepiej, gdzie wyjeżdżacie na wakacje.
Najwyraźniej moja koleżanka w kwestii wychowania i  edukacji swojego dziecka była niereformowalna.

List z sądu leżał na stole, gdy wróciłam ze sklepu. Od czasu, jak administracja sądowa przestała korzystać z poczty, przesyłki sądowe wydawane były nawet dzieciom.
Byłam kiedyś świadkiem rozmowy pomiędzy naszą ulubioną sąsiadką z dołu, a doręczycielem listu sądowego.
- Pod ósemką nikogo nie ma – sąsiadka odezwała się do osoby dzwoniącej domofonem pod numer 8.
- Aha. A  pani jest sąsiadką tej pani? – Zapytała przymilnie kobieta stojąca pod drzwiami klatki.
- Tak. Mieszkam obok.
- To może odbierze pani list dla tej pani?
- Oczywiście. Bardzo chętnie pomogę.
I obca kobieta wyjęła list od komornika, wręczyła go sąsiadce, i podsunęła kartkę do pokwitowania odbioru. Wiem jak wyglądają listy od komornika, zatem rozpoznałam go jednym rzutem oka. Zadowolona doręczycielka cieszyła się, że nie musi po raz kolejny przychodzić pod wskazany na kopercie adres, a pani mieszkająca pod nami była zadowolona z przysługi oddanej swojej sąsiadce. Oby nie niedźwiedziej.

Mój list wzywał na rozprawę w sprawie niezapłaconych wynagrodzeń dla pracownika. Pani Ania, która nadal u mnie pracowała, miała dłużne pensje jeszcze z czasów działalności mojego prawie byłego. Ponieważ, jako małżeństwo, nie mieliśmy rozdzielności majątkowej, ja także ponosiłam konsekwencje długów, które narobił Zenek. On jednak, nawet swojej części nie chciał płacić, a ja nie zamierzałam płacić za niego. Do mnie zawsze zgłaszali się wierzyciele, to ja się kajałam i tłumaczyłam, a jeśli mogłam, zwracałam dług. Mój jeszcze mąż twierdził, że długi to moja sprawa i nie obchodzi go, jak je spłacę. Skoro od niego odeszłam, to mam się o wszystko martwić sama. Okłamywał nadal wierzycieli albo po prostu nie odbierał telefonu. Dorosły facet! Żenada!
Tak więc i ja przestałam płacić. Każdy, kto chce zwrotu długu może iść do sądu. Wtedy ja zapłacę swoją część, a za dziada niech bierze się komornik. Wtedy przynajmniej nie powie, że moje pokwitowania spłat to zwykłe świstki, co jak na razie uparcie podtrzymuje.

Prawie były też dostał wezwanie z sądu.
- Co wy ze mną robicie?! Powiedz pani Ani, że nie przyjdę do sądu! – Mówił podniesionym głosem do słuchawki.
- To twoja sprawa – odparłam obojętnie.
- Nie moja, tylko twoja. Zniszczyłaś nasze małżeństwo, teraz ja zniszczę ciebie.
- Aha. Zapewne właśnie nie pojawiając się w sądzie? Świetny pomysł.
- Nie! Jest taka pani prokurator, Katarzyna Kowalska, jutro jestem z nią umówiony. I zobaczymy jak wtedy będziesz się mądrzyć – ciągnął Zenek, przebywający jak zawsze w swoim świecie.
- Czekam z niecierpliwością. – I rozłączyłam się.
Chora wyobraźnia górą.


20


Wakacje.

Pojechaliśmy na urlop na Mazury. Dzieciaki i ja. To chyba pierwszy prawdziwy wypoczynek od czasu ich narodzin. Jedziemy, dokąd chcemy, robimy, na co mamy ochotę, śpimy, gdzie nam się spodoba. Żyć nie umierać, jak mówił Kargul.

Iga i Rafał są zgodnym rodzeństwem i nawet nie kłócą się za często. Wspólnie kąpią się w basenie i wiosłują na spływie kajakowym. Wieczorem nawet w tę samą grę planszową chcą grać. Umarłam i jestem w niebie? Nie, to moje dzieciaki, w nowych warunkach, oderwane od komputera i kolegów, nagle znalazły przyjemność w byciu razem.

                                                                                                                       

Urlopy, gdy dzieciaki były małe, nie były odpoczynkiem w sensie fizycznym. W zasadzie w aspekcie psychicznym też zawsze były męczące. Dla mnie, nie dla mojego męża, oczywiście. On zawsze się dobrze bawił.  Jeździliśmy zazwyczaj nad jezioro do domków lub pod namioty, często z grupą znajomych. W ciągu dnia najważniejsza była opieka nad dzieckiem. Trzeba było mieć oczy wkoło głowy. Bliskość wody, las, obcy ludzie wymuszały stałą kontrolę. Drzemka poobiednia stanowiła jedyny moment  wytchnienia. Potem znowu chodzenie godzinami po schodach, bo Idze bardzo się podobało to zdobywanie szczytu. Śpiewanie kilkadziesiąt razy pod rząd tej samej piosenki, bo Rafcio ją uwielbiał i stojąc na pniu pośrodku placu zabaw wykrzykiwał znane mu słowa, grając na gitarze – zabawce. Robienie babek z piasku, które były notorycznie, z radością niszczone i prośba o stawianie kolejnych, to normalne zachowanie obojga moich dzieci. Tatuś tymczasem zawsze znalazł sobie kompanów do pływania, grania w karty czy bilard i dzieci zazwyczaj przeszkadzały mu w jego rozrywkach. Nawet jeśli zajmował się nimi, to zwykle trwało to króciutko. Wieczorem, gdy dzieci zasnęły, ze słodkim uśmiechem wychodził, jak twierdził, na godzinkę na piwko do kolegów i… wracał rano. Czasem wtedy, gdy już trzeba było wstawać. Zatem wstawałam ja oraz dzieci, a mężuś odsypiał nocną imprezę i tak codziennie. Zenek, nawet, gdy zdarzyło się, że wyjechaliśmy na urlop sami, zawsze znalazł sobie jakiegoś kompana do piwka. Miał zadziwiającą łatwość nawiązywania kontaktów. Na samo wspomnienie tych wspólnych wakacji mdli mnie i czuję niepokój w żołądku. Powrót nerwicy. Na szczęście staram się nie rozmyślać zbyt często o moim poprzednim życiu.



A teraz nie jestem od nikogo zależna. Zwłaszcza od braku odpowiedzialności. I nie muszę uważać na złe skutki picia wódki. O rety, poetka ze mnie!



Na wakacjach objadamy się smakołykami. Ryba smażona na śmierdzącym oleju z frytkami i surówką z białej kapusty podana na tekturowej tacce smakuje bosko. Gofry z bitą śmietaną, ociekające sosem o smaku toffi, który oblepia nasze palce podczas jedzenia są najsmaczniejszym deserem świata. Zaś lody na patykach , źle przechowywane przez oszczędnych sklepikarzy i właściwie rozmrożone już w momencie wyjmowania ich z lodówki, są rarytasem w upalne dni. Do tego chamskie hamburgery czyli papierowe kotlety w gumowatych bułkach lub wyschnięte na wiór gorące oscypki z dżemem to wyśmienite wakacyjne przekąski. I, o dziwo, w czasie urlopu, wszyscy znawcy dobrej kuchni, pobierający nauki u Magdy Gessler czy Modesta Amaro, pochłaniają tony tych świństw. A na dodatek, smakują im one. I mnie też.



Urlop zbliżał się ku końcowi. Byłam bardzo zadowolona, że spędziliśmy wspólnie razem te 10 dni. Mam naprawdę fajne dzieciaki. I w zasadzie mogę stwierdzić, że obyło się bez spięć, poza dwoma tematami, które powracały jak bumerang niemal codziennie rano.
- Mamo, Rafał znowu chrapał! – Iga rozpoczynała tak każdy dzień.
- Nie chrapałem! – Bronił się Rafał.
- Chrapałeś!
- Nie! A ty zgrzytasz zębami! – Teraz Rafcio atakował.
- Ja?!
- Tak, ty!
- Przecież ja nie zgrzytam! Mamo, on kłamie!
- Zgrzytasz!
- A ty chrapiesz!
Wiadomo, że Rafcio często chrapie. A jak jest przeziębiony i ma katar, to nie pomagają zamknięte drzwi. I tak słychać. Iga zgrzyta zębami od małego. Tak ma, po prostu. Co prawda, różne osoby mają na to różne zabobonne teorie, ale w XXI wieku nie maja one racji bytu. A ja przyzwyczaiłam się do tych odgłosów i, jeśli się na nich nie skupiam, nie słyszę ich.

 
21



Na rozprawę rozwodową pojechałam wcześniej. Bałam się, że nie znajdę miejsca do zaparkowania i będę musiała daleko iść do budynku sądu. Byłam podekscytowana, ale nie zdenerwowana. Od czasu rozstania z Zenkiem byłam kilka razy w sądzie. Gmach i panująca w nim atmosfera nie robiła już na mnie wrażenia. Ludzie w togach przemykający cicho korytarzami, rozmowy prowadzone szeptem, przygnębieni oczekujący na wyroki. To wszystko było mi już znane.

- Cześć – jeszcze mąż przywitał się ze mną.

- Cześć – odpowiedziałam chłodno.

- Nie dam ci rozwodu – ciągnął.

- O tym zadecyduje sąd – odparłam i odeszłam w drugi koniec korytarza.

Złożył pozew o rozwód, a teraz nie da mi rozwodu. Najwyraźniej mój prawie były cierpiał na rozdwojenie jaźni.

Przyszedł mój mecenas. Za chwilę pojawił się także jego „parszywy przeciwnik”, jak ktoś go kiedyś nazwał, czyli adwokat Zenka. Wywołano nas.

Rozwód to specyficzna sprawa sądowa, w czasie której musisz mówić o niezwykle intymnych szczegółach pożycia małżeńskiego. Sędzia chce wiedzieć, gdzie i kiedy dokładnie odbyłaś stosunek seksualny ze swoim jeszcze aktualnym małżonkiem. Chce znać daty oraz godziny waszych kłótni i słowa jakich wtedy używaliście. Musicie podać wydarzenie lub moment, w którym wasz związek wygasł. A czy zestresowana przesłuchiwana osoba, która nie pragnie niczego tak bardzo, jak wreszcie uwolnić się od tej drugiej osoby, pamięta te wszystkie szczegóły? Nie. A przecież powinna! Wobec tego, zdaje się, każdy powinien od pierwszego dnia  trwania małżeństwa prowadzić pamiętnik i skrupulatnie notować wszystkie nieprzyjemne rozmowy, kłótnie oraz liczyć odbyte stosunki – zarówno te satysfakcjonujące jak i nie. Zgromadzone informacje to  materiał na ewentualny pozew sądowy i dowody na to, iż za rozpad pożycia odpowiada partner. W każdym razie, w moim odczuciu, od początku trzeba kalkulować i przewidywać smutny koniec. Na miłość i zaufanie nie ma miejsca. Przeraża mnie pragmatyzm sądu.
- Czy wyraża pan zgodę na rozwód? – Zapytał sędzia po uzyskaniu od nas wszystkich potrzebnych mu informacji na temat naszego związku.
- Nie – odparł mój jeszcze mąż.
- Wobec tego, dlaczego złożył pan pozew?
- Bo chcę rozwodu, ale z winy żony.
- Zatem – sąd cierpliwie pytał dalej. – Czy wyraża pan zgodę na rozwód?
- Tak, ale z winy pozwanej. – Najwidoczniej adwokat szeptem przemówił mu do rozumu i Zenek zmienił zdanie.
- Dziękuję. A czy pani wyraża zgodę na rozwód? – Teraz sędzia zwrócił się do mnie.
- Tak.
- Domaga się pani rozwodu bez orzekania o winie?
- Tak, Wysoki Sądzie - potwierdziłam z zapałem.
- A może widzi pani możliwość pogodzenia się z mężem? Może potrzebujecie Państwo czasu, rozmowy?
- Nie, panie sędzio. Nie widzę takiej możliwości – odparłam i zaczęłam się trochę obawiać ciągu dalszego tej rozprawy.
- A czy pan widzi możliwość powrotu do żony? – Sędzia zapytał Zenka.
- Tak. – Oczywiście mój prawie były zmieniał zdanie jak rękawiczki.
- Zatem, czy kocha pan żonę?
- Tak.
Dość! Kiedy to się wreszcie skończy? Nawet sąd dał się nabrać na tę jego miłość? Oczywiście! Rozprawę odroczono, a ja, ze łzami w oczach wybiegłam jak najszybciej z sądu, żeby tylko na tego wrednego gnoja nie patrzeć.

Moja przyjaciółka z liceum rozwiodła się kulturalnie i spokojnie. Książkowy przykład niezgodności charakterów. Gdy doszli z mężem do wniosku, że nie chcą już być razem, uzgodnili szczegóły opieki nad dzieckiem i alimentów, podzielili majątek i zatrudnili jednego adwokata, żeby zaoszczędzić trochę kasy. W sądzie zgodnie potwierdzili rozpad związku i na pierwszej rozprawie uzyskali rozwód. Ale mojemu jeszcze mężowi najwyraźniej gnębienie mnie sprawia przyjemność? Przecież wiadomo, że kiedyś wreszcie ten rozwód dostaniemy. Po co to tracić czas i pieniądze, o zdrowiu nie wspominając?

Wieczorem pojechałam do Magdy, żeby zalać smutki. Poszłyśmy na lampkę wina do kafejki za rogiem, gdzie wyrzuciłam z siebie wszystko, co leżało mi na duszy w sprawie rozwodu.
- Cześć, dziewczyny. Możemy się przysiąść? – Tadek z Krzyśkiem podeszli do stolika.
- Cześć – odpowiedziałam, choć na towarzystwo to ja ochoty nie miałam. Zwłaszcza Krzyśka, który, umówmy się, zrobił na mnie piorunujące wrażenie przy pierwszym spotkaniu, ale niekoniecznie pozytywne.
- Oj, Tadek, mieliście nie przychodzić. – Magda miała wyraźne pretensje do męża. – Chcemy pogadać same z Basią.
- Daj spokój. Basia musi poprawić sobie humor, a nie zadręczać się. – Tadek miał swój pomysł na moje problemy. – Prawda, Basiu?
- Może i racja – odparłam.
- No! Siadaj, Krzychu. Zamówię po piwku. Co dla was, dziewczyny?
Po jakimś czasie do kafejki zaczęli zaglądać kolejni znajomi, wracający ze spaceru z psem albo z przejażdżki rowerowej. I tak zebrało się nas całkiem spore grono. Siedząc w kawiarnianym ogródku, połączyliśmy stoliki i dobrze się bawiliśmy.
- Już późno – zerknęłam na zegarek. Była prawie północ. – Muszę jechać do domu.
- Jedziemy razem? – Zapytała Beata, która przyjechała do rodziców, mieszkających niedaleko mnie. Odwiedza ich co kilka tygodni, mieszkając w Warszawie.
- Jasne.
- To wzywam taksówkę.
Pożegnałyśmy się ze wszystkimi bardzo wylewnie. Usłyszałam wiele ciepłych słów wsparcia i deklaracje pomocy, w razie potrzeby. Ponieważ nie było widać taksówki, wyszłyśmy z parkingu przed knajpką na ulicę. Nic.
- Dzwoniłaś? – zapytałam po raz nie wiem który Beatę.
- Tak. Powiedzieli, że wysyłają.
- Ile już czekamy?
- Chyba ze dwadzieścia minut.
- Zadzwoń jeszcze raz. Może pomylili adresy.
- Halo – Beata już rozmawiała z korporacją. – Zamawiałam taksówkę, ale czekamy już długo i żadna nie przyjechała. Tak, proszę pani – odpowiadała na pytania dyspozytorki. – Stoję przy ulicy, naprzeciwko budynku Compensy. Czy ten pan mnie widzi? Macham ręką. Jak to nie widzi nikogo? Proszę pani, wyszłam na ulicę i macham ręką. Magda, chodź i machaj ze mną. – Beata włączyła mnie do działań dających znaki taksówkarzowi. – Proszę pani, stoimy na ulicy z koleżanką i machamy. Pan taksówkarz teraz nas na pewno widzi. Nie?
Okazało się, że Beata zadzwoniła na numer taksówki, ale do korporacji warszawskiej.
 
 

22

Nareszcie weekend. Padałam na twarz. Praca od rana do wieczora i masakryczny upał dawały mi się we znaki. Pani Ania była na urlopie i nie miałam nikogo do pomocy.
Rafał był  u ojca, ale zamiast tygodniowego wyjazdu tatuś zafundował mu trzy dni ze swoją siostrą. Ciotka była już, delikatnie mówiąc, dojrzała, gdy wreszcie ktoś zainteresował się nudną  starą panną, z którą porozmawiać można było jedynie o gotowaniu,  sprzętach domowych oraz lakierze do włosów. Niedługo po śmierci rodziców Zenka jego siostra wyszła za mąż za flegmatyczne indywiduum. Szwagier nie podobał się prawie byłemu, jednak ostatnio najwyraźniej musiał czymś zasłużyć sobie na jego uwagę. W każdym razie ani Rafcio, ani Iga nie lubili spędzać czasu z ciotką ani jej mężem. Na Igę prawie były nie naciskał, bo jakimś cudem pojął, że niemal dorosła córka woli wolne dni przeznaczyć na inne przyjemności, niż siedzenie z obrażalską ciotką. Rafcia było nam szkoda, bo bał się tych humorów zarówno ojca jak i jego siostry, ale nie chciał słuchać ciągłych pretensji o brak spotkań, więc jeździł do nich w odwiedziny, jak to mówił, dla świętego spokoju.
- Mamo, jak ciocia każe mi jeść coś, czego nie lubię, to już nawet nie mówię, że nie chcę – opowiadał mój synuś.
- To powiedz, że tego nie lubisz – próbowałam poradzić Rafałowi.
- To wtedy ciocia się obraża.
- Jak to się obraża? – Dla mnie to było niewyobrażalne.
- Zwyczajnie. Robi focha i wychodzi z kuchni. Albo woła tatę i skarży mu się.
- I co mówi?
- Że ugotowała obiad, a ja nie chcę go jeść. Że w dupie mi się przewraca.
- Nie mów „w dupie” – upomniałam syna.
- Ale ona tak mówi, nie ja.
- I co wtedy robi tata?
- Wkurza się i każe mi jeść.
- Porozmawiam z ojcem. A ty się nie martw i jak czegoś nie lubisz, albo nie masz ochoty, to nie jedz. W razie czego zadzwoń do mnie, to ja im powiem, żeby cię nie zmuszali. Ok? – Rafcio przytulił się do mnie.
Moje rozmowy z jeszcze mężem w kwestii zmuszania Rafała do jedzenia i obrażania się ciotki nie odnosiły nigdy skutku. Zawsze wtedy słyszałam, że wymyślam coś i buntuję dziecko przeciwko niemu i jego rodzinie.
Na szczęście Rafał zachował resztki zdrowego rozsądku i dziecięcego sprytu w chwilach zagrożenia.
- Mamo, jak ciocia nie widzi, to wypluwam to co mi nie smakuje do śmieci.
- Zuch chłopak. Jak nie można się dogadać, to trzeba sposobem.
 Czasem to, co jest powszechnie naganne, staje się godne uznania. Przynajmniej w oczach matki gnębionego dziecka.

Iga miała gości. Koleżanka ze szkoły z nowym chłopakiem.
Wcześniej wszyscy byli na pizzy, więc skorzystałam z okazji, że nie musiałam gotować obiadu i ucięłam sobie drzemkę.
- Mamo – Iga zajrzała do pokoju. – Idę odprowadzić Kasię i Maćka. Niedługo będę.
- Ok. Która godzina? – Jeszcze się nie rozbudziłam na dobre.
- Ósma.
- O matko, muszę wstać. Pranie trzeba nastawić, bo jutro Rafał będzie miał znowu pełną torbę ciuchów.
Postękałam trochę na mój bolący kręgosłup i wstałam.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a Iga wpadła do domu.
- Gdzie mój telefon?! – Krzyknęła.
- Stało się coś?
- Stało! Muszę zadzwonić na policję! – Iga była bardzo zdenerwowana.
- O co chodzi, dziecko? – Zapytałam zaniepokojona.
- Parkingowy zaczepił Kaśkę. Stanęłam w jej obronie. Groził nam. – Iga nie mogła złapać tchu.
- Jak to zaczepił? Jak to groził?
Parkingowy to sąsiad, mieszkający w naszej klatce. Nigdy nie mówi „dzień dobry”, nie otwiera drzwi, gdy idę z siatkami. Generalnie niesympatyczny typ. A Parkingowy dlatego, że codziennie pije z kolegami piwo na parkingu pod blokiem. Butelki stoją w samochodzie, a panowie stoją obok. Gdy pada deszcz lub jest zimno, chowają się do auta. Parkingowy ma przesympatyczną żonę i grzeczne dzieci, ale on sam taki niewydarzony. Typowy cham.
- Iga, opowiedz spokojnie, co się stało – poprosiłam.
- Maciek poszedł na parking do samochodu, a ja z Kasią do sklepu. Przed drzwiami stał Parkingowy z tym zarośniętym kumplem. I on się odezwał do Kasi, zaczepił ją. To ja na to, że to nieładnie, jak taki dorosły facet zaczepia taką młodą dziewczynę. – Moja Iga nigdy na buzię nie chorowała. – I wtedy wtrącił się Parkingowy, zaczął na mnie krzyczeć, że jestem gówniarą i mam się zamknąć. Bo jak nie to on zrobi ze mną porządek. Ja powiedziałam, że dla niego jestem pani, a o wydzierał się, że mi jeszcze pokaże.
- Dobra. - Teraz nadeszła moja kolej. - Są oni tam jeszcze? Pod blokiem?
- Nie. Poszli gdzieś.
- A Kasia?
- Czeka z Maćkiem w samochodzie.
- Ok. Jedziemy na policję – zarządziłam.
Iga była naładowana emocjami. We mnie też się gotowało. Stare dziady zaczepiają młódki. Rozejrzałam się po wyjściu z klatki, rzeczywiście nigdzie nie dostrzegłam Parkingowego. Pojechaliśmy wszyscy na posterunek Policji.
Dziewczyny, po moim wstępie zdały relację policjantowi w dyżurce o tym, co się stało. On łaskawie ich wysłuchał,  najwyraźniej znudzony tym, co słyszał, popatrzył błędnym wzrokiem i poinformował nas, że nie widzi podstaw do przyjęcia zgłoszenia. Gdyby panowie zrobili coś dziewczynom, szarpali lub pobili je, albo kierowali pod ich adresem groźby karalne, wtedy musiałby przyjąć doniesienie. Ale w tej sytuacji? Nic takiego nie miało miejsca. Zaś słowa o załatwieniu kogoś czy zrobieniu z kimś porządku nic nie znaczą. Nie kwalifikuje się to nawet na pouczenie dzielnicowego. I zupełnie nieistotne jest, że nastolatka będzie teraz bała się wsiąść do windy czy iść ulicą, bo obawia się spotkania z oszołomem mieszkającym obok.



23



W ostatni weekend wakacji dzieciaki pojechały z moimi rodzicami do cioci Zdzisławy. A ja wybrałam się na babski wieczór. Imprezkę organizowała Daria, która zaprosiła i stare znajome, i koleżanki z pracy, i siostry. Słowem, impreza na sto fajerek. Zamierzałam nocować u Magdy, więc pojechałam samochodem. Do Darii poszłyśmy na piechotę.

Było chyba ze trzydzieści dziewczyn. Pojawiła się nawet Mirella, która na takich spędach nie bywa. Zawsze przedkłada kameralność i elegancję nad spontaniczność i radość. Cóż, ten typ tak ma. Ucieszyłam się ze spotkania z Teresą, której dawno nie widziałam, a z którą wiele lat temu wydzierałyśmy się przy ognisku w rytm jej przygrywania na gitarze. Teraz miała męża, dwoje dzieci i była bardzo zapracowaną osobą. Na gitarę i ognisko raczej nie miałaby czasu. No i Bożenka, która usadowiona w rogu pokoju bacznie obserwowała każdą nowoprzybyłą.

- O! Cześć Baśka! – Zmierzyła mnie z góry na dół. – Dobrze wyglądasz.

- Cześć, dzięki. – I buziak na powitanie.

- Siadaj. Masz co pić?
- Tak. Daria rozdaje drinki na wejściu.
- A ja musiałam czekać – powiedziała obrażonym głosem Bożena, choć w ręku też trzymała szklankę bynajmniej nie z herbatą. – Widziałaś tę Monikę. Jaka tufta! – Bożena miała swoje określenia na wszelkie stany ducha i ciała. – Cyce wiszą jej do kolan.
- Niedawno urodziła. Karmi pewnie piersią – powiedziałam zniesmaczona słowami Bożeny.
- Phi! – Prychnęła po swojemu. – Ja też karmiłam każde dziecko piersią. Po półtora roku! – Podkreśliła. – I co? Jakoś piersi mi nie opadły.
Bożena zawsze bardzo krytycznie oceniała innych. Ona sama była, w swoim  przekonaniu,  chodzącym ideałem – najpiękniejsza, najszczuplejsza, najmądrzejsza itd. Obgadywała na lewo i prawo, nie przebierając w słowach. Znałam ją od lat i zawsze postrzegałam ją jako sympatyczną dziewczynę. Jednak gdy wpadała w trans obrabiania komuś tyłka, wychodził z niej demon.
- Hello, dziewczyny. – Podeszła do nas Magda. – Cześć, Bożenka.
- Cześć. No Ty to jak zwykle w mini.
- Lubię mini. A co, nie powinnam nosić krótkich spódniczek? – Zapytała Magda zadziornie.
- Oj tam. Magda lubi mini, a Bożenka lubi sobie pokomentować – powiedziałam niby żartem, żeby atmosfera nie zgęstniała za bardzo, bo dziewczyny za sobą nie przepadały i wiedziałam jak może skończyć się ich pogawędka.
- Taaa. Bożenka lubi komentować. – Bożena zamyśliła się. – Co właściwie miałaś na myśli? Ja jestem po prostu szczera. Jak ktoś mnie wkurza, albo nie podoba mi się jakiś ciuch, głośno to mówię. Jak na przykład nasza koleżanka Marysia. – Bożena kiwnęła głową w stronę wejścia. – Jak ona wygląda? Gruba rozwora. Jak można tak się zaniedbać?
- Ona jest chora. Ma cukrzycę.
- Ale jeść mogłaby mniej, co nie?
Magda przewróciła oczami i kręcąc głową odeszła od nas.
- Powiedz lepiej, co u was. Jak dzieciaki?
- Oooo, świetnie. Wiesz? Byliśmy w Disneylandzie pod Paryżem. Dużo ludzi i innego barachła, i w ogóle przereklamowane miejsce. – Bożena dalej krytykowała. – Ale dzieci dobrze się bawiły. Te wszystkie zamki, księżniczki i rycerze to nie dla mnie. Dobrze, że potem pojechaliśmy na kilka dni do Paryża.
- Paryż jest pewnie piękny. – Rozmarzyłam się.
- E tam, piękny. Na zdjęciach lepiej wygląda. Tłumy ludzi, gorąco. Jedyna korzyść to porządne zakupy. U Lafayete`a spędziłam cały dzień.
- A co to jest? Ta lafajeta?                           
- Sklep, kobieto! Sklep! – Zagrzmiała Bożena.
Jak mogłam nie wiedzieć co to takiego?
- Spędziłaś cały dzień w sklepie zamiast zwiedzać Paryż?! – Nie mieściło mi się to w głowie.
- Jasne! I, nie chwaląc się, teraz moja Helenka ma dwie linie zapachowe. – Bożena była najwyraźniej dumna ze swoich zakupów. - Z każdego zapachu pełen zestaw kosmetyków, rozumiesz?
- Aha. – Tylko na tyle było mnie stać.
W końcu nie każdy w wieku 8 lat ma dwie linie zapachowe. A cóż tam Paryż?

- Mamuś, jesteś w domu? – Iga zadzwoniła około 11.
- Jestem u cioci Magdy. Będę po południu.
- Bo my wyjechaliśmy od cioci.
- Już? Myślałam, że wrócicie wieczorem – odparłam nieco zaskoczona.
- Wracamy, bo dziadek chciał już jechać.
- To o której mam być w domu, żeby was odebrać.
- Spoko, siedź sobie u cioci. Babcia mówi, że skoro jedziemy tak wcześnie, to zatrzymamy się na obiad po drodze. Więc na pewno nie będziemy szybko. – Iga miała chyba rozpisany grafik podróży.
- Oki. Zjemy obiad i przyjadę. Jakby co, czekajcie grzecznie na mnie.
- Dobrze, mamusiu. – Iga zaczęła się ze mną droczyć. – Będziemy czekać na naszą kochaną mamusię.
- To pa.
- Pa.
Na obiad zamówiliśmy pizzę. Nie miałyśmy z Magdą ochoty na pichcenie. Zresztą Kama i Tadek też chętnie zjedli chamskie żarcie. Dwa kartony pizzy wylądowały na stole. Zajadaliśmy się trójkątami ciasta z serem, gdy przyszedł do nie sms. Niemal nie udławiłam się, patrząc na jego zawartość. Z ekranu telefonu patrzyła na mnie słodka mordka burego kotka. Mordka wychylała się zza mojej kanapy, znajdującej się w moim pokoju mojego mieszkania. Ale ja nie mam kota!
- Muszę jechać! – Krzyknęłam przełykając kęs pizzy.
- Ale dlaczego? Przecież jeszcze nie zjadłaś. Co się stało? – Magda nie wiedziała o co chodzi.
- Muszę! Patrz! – Cała w emocjach podałam jej mój telefon.
- Śliczny, choć ja nie lubię kotów. Czyj to?
- Mój! Rozumiesz, mój!
- Jak to twój? Ty nie masz kota tylko psa. – Magda nie rozumiała.
 Ale ja rozumiałam dokładnie. Iga przysłała mi zdjęcie kota, którego wreszcie przytargała do domu. Jęczała od dawna, że chce kociaka, ale ja nie zgadzałam się. Mamy przecież psa. Poza tym nie lubię kotów. A teraz nadarzyła się okazja. Tylko dlaczego dziadkowie na to pozwolili? Przecież wiedzieli, że nie chciałam kolejnego zwierzaka.
Pognałam do domu kilka razy przekraczając dozwoloną szybkość. Wpadłam do mieszkania wkurzona, bo po drodze jeszcze się nakręciłam na awanturę. I co zobaczyłam? Naszego Wicka merdającego ogonem z radości i liżącego uszko śpiącego kotka, który leżąc na kolanach Igi mruczał jak wiertarka udarowa. Zamurowało mnie. Taki słodziak? A potem wzięłam go na ręce, przytuliłam i zakochałam się we wszystkich kociakach świata, które mruczą tuląc się do szyi człowieka.
Iga do spółki z Rafałem postanowili wziąć jedno z kociąt znalezionych w ogródku sąsiadów cioci Zdzisławy, którzy chętnie przystali na taki pomysł  i nie wnikali specjalnie w to, czy dzieciaki mogą się nim zaopiekować. Jeden kłopot mieli z głowy. Dali im jeszcze kawałek kocyka i pomogli ułożyć zwierzaka w plecaku Igi. Dziadkowie zauważyli kota, gdy ten zamiauczał podczas drogi powrotnej, ale wtedy byli już z 50 km od domu cioci, bo wcześniej kociak spał. Iga oczywiście przekonała ich do tego, aby zwierzak jechał z nimi dalej i tak trafił do naszego domu. Gdy zadzwoniłam do nich, to choć byli przygotowani na pretensje za niedopilnowanie wnuków, ja mogłam już tylko śmiać się z tej sytuacji.
I tak oto pojawił się u nas nowy lokator, Udar. 

 
24



Po wakacjach pojawiła się Fioletowa, czyli Andżelika. Opalona i uśmiechnięta wpadła jak burza do hali. Już z daleka było widać jak przeciska się miedzy tłumem klientów. Kiedy dotarła do mnie, była zgrzana.

- Dzień dobry, Basiu!

- No, witam panią! - Odpowiedziałam radośnie.

Andżelika zazwyczaj przynosiła ze sobą dobry nastrój. Emanowała zawsze jakąś taką prostotą życia. Wcisnęła się za ladę i opadła na krzesło.
- Wody! Umieram z pragnienia – wysapała.
Podałam jej butelkę wody, którą zawsze miałam pod ręką.
- Mam zdjęcia z wesela i podróży poślubnej – odparła, gdy ugasiła pragnienie. – Może wyskoczymy na kawę?
- Teraz nie mogę. Ale za dwie godziny przyjdzie pani Ania i wtedy będę wolna.
- Dobrze. To ja sobie pochodzę po sklepach, może coś wypatrzę, a o trzeciej wrócę po ciebie. Może być? – plan już był gotowy.
- Ok. To do trzeciej.
Andżelika zniknęła ponownie w tłumie.

Zamknęłam na chwilę kratę na stoisku i poszłam po coś na śniadanie. Mój żołądek zawiązał się już w supełek. Po zakupach skręciłam w alejkę, gdzie buty sprzedawała mamusia z synusiem. I tam spostrzegłam, jak mój jeszcze mąż prowadzi z kobietą ożywioną dyskusję. Opowiadał coś, a mamusia od butów chętnie mu przytakiwała i co chwila wtrącała coś od siebie. Do mnie, po mojej wieczornej akcji, nie zaglądała.
A kiedyś tak wieszała psy na moim jeszcze mężu, gdy opowiadała o jego wyczynach na hali! Jak to potrafił przyjść do jej synusia, wsunąć mu w dłoń banknot podczas powitania i cicho szepnąć, żeby zakupił ćwiarteczkę. Wszystko po to, abym nie miała podstaw do oskarżania go o kupowanie gorzały. Jakby co, to kolega wpadł z flaszeczką. Albo jak ukrywał się na stoisku z butami, gdy pojawiał się poborca podatkowy.
A teraz taka komitywa? No tak! Bingo! Już wiem skąd mamusia synusia wiedziała, gdzie mieszkam. Zenek na pewno opowiadał jej wiele o nas. Wyobrażenie o mnie też pewnie miała dzięki jego mitomańskim opowieściom.
Odwróciłam się w drugą stronę i wróciłam szybko do siebie. Miałam nadzieję, że prawie były nie zawita do mnie. Oczywiście moje nadzieje były płonne. Zenek przyszedł, gdy kończyłam jeść kanapkę.
- Cześć, kochanie – powiedział.
- Nie jestem twoje kochanie – warknęłam.
- Przyszedłem, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia. A nie chciałem rozmawiać przez telefon.
Oho! Znowu jakaś tajemnica państwowa?!
- Możemy porozmawiać na osobności?
- Jesteśmy sami. Klienci nas nie podsłuchują.
- Dobra. Jak chcesz. Ale żebyś nie miała pretensji, jak się coś stanie. – Zenek znowu był jak w transie.
Mówił cicho, jakby rzeczywiście bał się, że ktoś go podsłucha.
- Uważaj na siebie i na dzieci.
- Uważam. – Chciałam uciąć tę rozmowę.
- Ja mówię poważnie. – Znowu ściszył głos. – Nie ufaj nikomu. Ja też nie ufam. Nawet numer telefonu zmieniłem.
- Zenek, proszę cię, daruj sobie te chore gadki. I idź już stąd, bo mi klientów odstraszasz.
- Posłuchaj mnie wreszcie! – Powiedział cicho, ale podniesionym głosem. – Ktoś chce ci zrobić świństwo. Miesza w urzędzie skarbowym. W piątek będę znał jego nazwisko i numer telefonu.
O matko!  Niech żyją omamy! Gdyby zadzwonił, rozłączyłabym się po prostu. A tak musiałam wysłuchać tych bzdur do końca.
- Dam ci jego dane, ale tylko ksero – zastrzegł jeszcze mąż w amoku. – Oryginał zostawię sobie jako zabezpieczenie. Wiesz, bo świństwo ten ktoś chce zrobić tylko tobie. Ja się martwię o ciebie i przepraszam cię za wszystko, ale ty musisz bardzo uważać.
- Dobra, dzięki za ostrzeżenie. Możesz już iść. – Próbowałam się go pozbyć po raz kolejny.
- Słuchaj, naprawdę się martwię. To świństwo chce tobie zrobić ktoś z rodziny. Więc uważaj.
- Dobrze, będę uważać.
I wtedy jak zbawienie pojawiła się pani Ania.
- Coś jeszcze, bo zaraz jadę do domu? – Wykorzystałam okazję.
Pani Ania zmierzyła ostro Zenka z góry na dół. On najwyraźniej obawiał się rozmowy z nią, bo jak wiadomo, był jej winien kasę, więc nie opierał się. Pożegnał się i zniknął, a jego podejrzenia razem z nim.

Naturalnie nie pojechałam do domu. Przed halą czekała Andżelika. Miała w rękach z pięć toreb. Najwidoczniej zakupy się udały.
- Gdzie idziemy? Może do tego nowego pasażu?
- Idziemy do Starbucksa. Muszę poprawić sobie nastrój.
- Dobrze. A stało się coś?
Opowiedziałam Fioletowej w skrócie o wizycie prawie byłego. Nic nie powiedziała. A potem zapłaciła za moje duże karmelowe macchiato, od którego jestem uzależniona.

Andżelika miała dwa albumy zdjęć. Te z wesela były wysmakowane, w dużej części czarno-białe. Od razu widać było, że robił je profesjonalista. Wakacyjne fotki były kolorowe, pełne słońca i głupich min. Przebijał z nich luz. Podróż poślubna, jak widać, należała do udanych.
- Przywiozłam ci pamiątkę z Maroka. – Fioletowa pamiętała o mnie w tym wymarzonym przeze mnie miejscu? – Taki drobiazg.
Wyjęła z torby przepiękny naszyjnik ze srebra i turkusów. Całość była niezwykle misternie wykonana i po prostu piękna.
- Dziękuję bardzo, ale nie trzeba było robić sobie kosztów.
- Basiu, daj spokój. Jakie koszty? Proszę, to dla ciebie. – I podsunęła naszyjnik w moją stronę.
- Dzięki śliczne. Jest naprawdę piękny.
- Podoba ci się? Naprawdę?
- Jasne. Jest cudny – zapewniłam Andżelikę.
- To dobrze, całe szczęście. Wiesz, tylko mam prośbę do ciebie.
- Tak? – zapytałam.
- Dziś idziemy z Miśkiem do znajomych na imprezkę. Mam taką sukienkę z turkusowymi wstawkami i ten naszyjnik bardzo by mi pasował. Pożyczysz?
I w ten oto sposób dostałam prezent, którego już nigdy więcej nie ujrzałam.

 
25



- Po co mam iść na dyskotekę?

- Bo dziewczyny z twojej klasy zaprosiły cię na nią. – Próbowałam przekonać Rafała do imprezy w szkole z okazji Dnia Chłopaka. – Napracowały się, żeby zrobić wam, chłopcom, przyjemność. Więc nie wydziwiaj tylko zastanów się, co ubierzesz.

- Mamo, ale bale przebierańców są dla małych dzieci – jęczał Rafcio.
- Synu, przestać stękać. Powinieneś się cieszyć, że dziewczynki tak zaangażowały się w to spotkanie. Sama bym chętnie poszła na bal przebierańców.
- To idź.
- Ale to jest impreza dla uczniów waszej klasy, a nie dla rodziców.
- Możesz przebrać się za mnie i iść na bal. – Rafał zaczął się już wygłupiać.
- Tak. Marzę o tym! Myśl lepiej jak się przebrać! – Moja cierpliwość była na wykończeniu. – Jaki to temat?
- Temat?
- Temat balu. Za co macie się poprzebierać?
- A, to. Za coś związanego z morzem.
- Czyli temat morski. Tak?
- Tak – odparł Rafcio bez entuzjazmu.
- Synu, to super pomysł. Masz mnóstwo możliwości. – Próbowałam go zmobilizować. – Możesz iść nawet owinięty prześcieradłem i udawać Neptuna.
- Oszalałaś?! W prześcieradle?!
- A dlaczego nie? Liczy się fantazja.
Rafał zamyślił się. Potem spojrzał na mnie szelmowsko.
- Nasz bal jest związany z morzem, tak? – Zapytał.
- Taaak – potwierdziłam niepewnie.
- Morze to woda, tak?
- Taaak.
- To pójdę z mokrą głową. Będzie morski akcent.

- Mamo! Znowu! – Iga krzyczała już od progu.
 - Co znowu?
- Parkingowy mnie zaczepił. – Nie płakała, była zła.
- O Matko. A gdzie? – Zapytałam zaniepokojona.
- Czekałam na parterze na windę. A on schodził po schodach. Jak mnie zobaczył, zaczął wygadywać, że sąsiedzi nie chcą, żebym tu mieszkała, bo mają mnie dość i on to załatwi. Popukałam się w czoło, a on mnie wyzwał od gówniar.
- Idę do niego! – Wkurzona już ubierałam buty.
- Ale on wyszedł. Jak mi nawrzucał, wyszedł z klatki.
- Ok. – Zastanowiłam się przez chwilę. – Pojdę do nich jutro. A ty się córciu nie martw. Zrobimy z tym porządek. Nie będzie mi oszołom dziecka straszył.
Nie chciałam się nakręcać, aby nie stresować Igi. W głębi duszy byłam wściekła i gotowało się we mnie. Jak nie sąsiadka to prostak Parkingowy. Kiedyś Magda, podczas naszych pogaduch przy kawie,  zadała retoryczne pytanie:
- Czy ktokolwiek uwierzyłby, nie znając ciebie, że to wszystko przydarza się jednej osobie?

Następnego ranka, po nieprzespanej nocy, wsiadłam do windy. Byłam naładowana i gotowa do awantury. Miałam zamiar zapukać do jego drzwi. Nieistotne było dla mnie, czy go zastanę. Właściwie podświadomie chciałam, aby go nie było. Wtedy opowiedziałabym o jego podłym zachowaniu jego miłej żonie. Winda zatrzymała się piętro niżej i, ku mojemu zaskoczeniu, drzwi otworzył Parkingowy. Zamarł na chwilę, zaskoczony, nie wiedząc, czy wejść do środka. Ale przytrzymałam drzwi dając mu do zrozumienia, że zmieścimy się oboje. Wsiadł zmieszany, a ja nie dałam mu szansy nawet na jeden gest.
- Dlaczego zaczepia pan moją córkę?
- Ja? To ona jest niegrzeczna?
- Słucham?! – podniosłam głos. – Ona jest niegrzeczna?! Przecież to pan zaczepiał z kolegą jej koleżankę. Ona tylko stanęła w jej obronie.
- Ale to ona pyskuje! Nie mówi dzień dobry! – Parkingowy był wygadany.
- A z jakiej racji ma mówić panu dzień dobry?  To chyba facet powinien pierwszy się ukłonić? – A to jaśnie pan!
- Ale ona jest młodsza!
- To nie ma znaczenia! Jest kobietą! I na pewno nie gówniarą, jak pan ją nazywa!
- Nikt was tu nie chce! Ale ja zrobię z wami porządek! Już powiadomiłem odpowiednie służby! – Czyżby rozmawiał ze mną prawie były przebrany za Parkingowego?
- Proszę pana! – I w ten sposób wyczerpał się zapas mojej cierpliwości. – Nie życzę sobie, żeby  zaczepiał pan moją córkę, ani kogokolwiek z moich bliskich! Zgłosiliśmy już całą sprawę na policji, ale jeśli powtórzą się jakiekolwiek zaczepki, spotkamy się w sądzie! Rozumie pan?! Proszę się trzymać od nas z daleka! – Mój to był zasadniczy i byłam z stego dumna.
Puściłam drzwi windy, które blokowałam na parterze nogą już od dłuższego czasu. Zamknęły się z hukiem, a ja żałowałam, że nie walnęły Parkingowego w durny łeb. Może guz spowodowałby rozmnożenie u niego szarych komórek.
 

Po pracy poleciałam na zakupy do galerii. Chciałam kupić sobie dżinsy. Zaliczyłam kilka sklepów, ale nigdzie nie było takich, które by mi się podobały.
Z zakupami zazwyczaj miałam problem. Na wyprzedażach nie miałam szans, bowiem pod koniec sezonu już nigdy nie było moich rozmiarów ani wśród ciuchów, ani w sklepach z butami. Jeśli więc coś mi się spodobało, musiałam to kupować nie czekając na obniżkę ceny. Jednak, wcale nie łatwo było mi znaleźć coś, co zachwyciłoby mnie od pierwszego wejrzenia. Mam tu na myśli przystępne ceny, a nie ciuchy za tysiące złotych. Zazwyczaj wiedziałam, co bym chciała zakupić, ale jakoś nigdy nie mogłam na nic takiego trafić. Długie poszukiwania wykańczały mnie, a wtedy z zakupów wracałam zmęczona i rozdrażniona. Nigdy nie zrozumiem kobiet, które chodzą po sklepach dla przyjemności, a mierzenie ciuchów je odstresowuje. Dla mnie to koszmar. I strata czasu. Mnóstwo rzeczy kupuję bez przymiarki, za co nieustannie ochrzania mnie Iga, ale mam to po mojej mamie. Ona też tak zawsze robiła. Potem oddawała za duże ciuchy mi, a za małe trzymała dla wnusi.
Tym razem dżinsów nie kupiłam, ale wypatrzyłam na jednej z wystaw piękny płaszcz boucle. Zachwycona weszłam do środka.
- Przepraszam – zaczepiłam jedną z ekspedientek. – Na wystawie wisi na manekinie grafitowy płaszcz. Gdzie taki znajdę?
- Damski płaszcz?
- Tak.
- Damski dział jest piętro wyżej. Proszę tam zapytać.
Wjechałam na piętro sklepu. Poszukałam kolejnej sprzedawczyni i zapytałam o płaszcz.
- Grafitowy? Może pani coś więcej powiedzieć? Jaki fason?
Opisałam, co mogłam. Swoją drogą dziwne, że wystawa damskich ciuchów jest na innym piętrze niż stoisko z nimi.
- To paszcz boucle – powiedziałam pewna, że to naprowadzi panią na wybrany płaszcz.
- Bukle? Przepraszam, a co to takiego?
No nie! Taka sama sytuacja jak kiedyś z sukienką. Ekspedientka w sklepie z ciuchami nie wie, co to jest boucle! Nie zna materiałów z jakich są uszyte oferowane przez nią płaszcze. Kogo oni zatrudniają?

Wieczorkiem miałam iść z dzieciakami do kina. Na jakieś komedie romantyczne zawsze szkoda mi kasy, wolę poczekać, aż będę mogła taki film obejrzeć w telewizji lub w necie. Seria z moim uwielbianym Harusiem dawno się zakończyła, a Hobbit mnie nudzi. Wybraliśmy zatem Grawitację. Fabuła bez szału, ale widoki ziemi z perspektywy kosmosu są w nim niebotyczne. I dla tych zdjęć poszliśmy do kina.
Naturalnie obowiązkowo musieliśmy kupić colę i popcorn. Choć wiele osób uważa objadanie się w kinie za prostactwo, ja nie wyobrażam sobie oglądania filmu bez kukurydzy. Nigdzie nie smakuje mi ona tak pysznie jak właśnie w kinie. Jedynie ceny w barze są porażające. Dlatego na takie rodzinne atrakcje z dziećmi stać mnie średnio raz na pół roku.
I właśnie kiedy odbieraliśmy nasze zamówienie z baru ktoś mnie popukał w ramię.
- Cześć, Basiu! – Powiedział wyniosłym tonem wujek Kazik. – Co ty tu robisz?
A co można robić w kinie? Oglądać filmy?
- Dzień dobry – powiedziały zgodnie moje pociechy i stanęły za mną.
- O, cześć wujek. Przyszliśmy na Grawitację.
- Grawitację? Takie filmy oglądacie? – Wujek był najwyraźniej zdegustowany.
- A gdzie ciocia? – Spytałam, aby uniknąć wykładu na temat wspaniałego kina niszowego, projekcji w kinach studyjnych i tym podobnych upodobań wuja. Po co w takim razie przyszedł do miejsca masowej rozrywki zwanego kinem?

Wujek Kazik był kuzynem mojego ojca. Jako pierwszy członek rodziny z wykształceniem wyższym w powojennych czasach czuł się wybrańcem i zadzierał nosa. Wszystkich traktował z góry i nie z każdym rozmawiał. Widywałam go przy okazji ślubów i pogrzebów oraz podczas takich przypadkowych spotkań jak to w kinie.
Pamiętam jak kiedyś Zenek puszył się, gdy wujek Kazik okazał mu radosne zainteresowanie podczas jakiejś stypy. Przywitał się z nim pierwszy podając rękę po czym uciął sobie z nim uprzejmą pogawędkę. Była to prawdziwa rodzinna nobilitacja. Niestety, jak się z czasem okazało, jednorazowa. Nigdy potem wujek nie zbliżył się do mojego prawie byłego i zaszczycał go jedynie łaskawym skinięciem głowy na powitanie. Co powodowało wujkiem w tym wyjątkowym dniu – nigdy się nie dowiedzieliśmy. Może po prostu miał dzień dobroci dla zwierząt?

- Ciocia kupuje bilety – odparł łaskawie wujek na moje pytanie.
- A na co się wybieracie? – Zapytałam.
- Na Idę. To bardzo wartościowy film. – I znowu wyniośle podkreślił wujek, dając do zrozumienia, że nasz wybór nie jest trafny.
- O tak. Widziałam w necie. – Ale do kina bym w życiu na niego nie poszła, chociaż bardzo mi się podobał, ma świetne zdjęcia, a Kulesza jest w nim genialna, jak zawsze zresztą.
- W necie? – Wujek był zdruzgotany moim językiem. – A co to takiego?
- Internet, Kaziu, Internet – między nas wkroczyła ciocia Joanna. – Dzień dobry, Basiu. Cześć dzieciaki.

Ciocia Joanna, w żadnym razie Aśka, zmierzyła Igę i Rafała stojących za mną. Dzieciaki odsunęły się o kolejny krok do tyłu. Nie przepadały, delikatnie mówiąc, ani za wujkiem, ani za ciocią. Było to związane z ich sposobem postępowania wobec innych. Ciocia Joanna, podobnie jak jej mąż, traktowała innych z dystansem i dawała do zrozumienia, że na jej zainteresowanie nie każdy zasługuje. Zachowanie wujostwa było często lekceważące i, dla niektórych, dołujące.
Wujostwo odwiedziło nas kiedyś, gdy dzieci były mniejsze. Przyjechali z rodzicami zobaczyć jak mieszkamy. Spotkanie pełne było wymuszonych uprzejmości i krytyki na temat urządzenia naszego lokum. W pewnym momencie ciocia, nauczycielka z zawodu, poprosiła Igę, która była w pierwszej klasie, o pokazanie zeszytów. Igusia, dumna z zainteresowania, jakie okazała jej ciocia, pobiegła po zeszyty pełne szlaczków, rysunków i pierwszych koślawych liter. Stanęła obok fotela, na którym siedział gość z wypiekami na policzkach.
Ciocia Joanna przewertowała niedbale zeszyty i spojrzała na Igę znad opuszczonych na nos okularów.
- U mnie na pewno nie miałabyś piątki. Bardzo niedbale prowadzisz zeszyty – wypaliła ciocia.
Iga wybuchnęła płaczem i uciekła do swojego pokoju. Poszłam za nią i już nie wróciłam do gości, bo cały wieczór musiałam zapewniać moje dziecko, że prowadzi zeszyty bardzo starannie, zasługuje na piątki i w ogóle jest bardzo wartościowym człowiekiem. Ciocia zaś strzeliła focha i szybko zakończyła wizytę.
Wujek też miał niezłe osiągnięcia odnośnie lekceważenia ludzi. Jako dziecko często bywałam z rodzicami u wujostwa w domu. Pamiętam, że na jednej z imprez wujek, gdy  znudziła go rozmowa z gośćmi, odszedł od stołu, włączył telewizor, usiadł na fotelu tyłem do zgromadzonych znajomych i rodziny, i oglądał jakiś program sącząc drinka. To się nazywa kultura osobista!

- Która godzina? – Spytałam Rafcia, który pokazał mi zegarek. – O, musimy już iść na seans. – Chciałam jak najszybciej pozostawić wujostwo samym sobie.
- Zatem do widzenia. – Ciocia była równie wyniosła co wujek.
- Do widzenia – odparłam, a dzieci powtórzyły za mną i już nas nie było.
- Mamo? – Zapytał Rafcio, gdy już siedzieliśmy w sali kinowej. – Czy oni zawsze byli tacy? Znaczy wujek i ciocia?
- Jacy, synu?
- Tacy drętwi?
- Tak, synusiu, niestety zawsze.
Najwyraźniej bowiem wykształcenie nie zawsze idzie w parze z dobrym wychowaniem.



27

Jesień była piękna. Ciepła i kolorowa. W niedzielę postanowiliśmy wybrać się z dzieciakami do zoo. Anetka, która urodziła wiosną trzeciego syna postanowiła pojechać z nami. Oczywiście z otoczeniu swojej imponującej gromadki dzieci. Zatem podzieliłyśmy dzieci na dwa samochody. Ze mną, Igą i Rafciem pojechali Paweł oraz Gaweł – taki żarcik męża Anetki po narodzinach ich drugiego syna. Nieważne, że skrzywdził dziecko, nadając mu imię bohatera wierszyka i zapewne w szkole śmieją się z jego imienia. Grunt, że tatuś miał radochę. Anetka zabrała Marzenkę i najmłodszego Filipa.
Pomimo, że zoo nie jest moim ulubionym miejscem relaksu, z uwagi na zamknięcie zwierząt, to jeździmy tam czasem, bo jest ono pięknie położone. Las, mnóstwo zieleni, zadbane alejki. Tym razem zwierzaki korzystały z jesiennego słońca i wygrzewały się na wybiegach. Najmłodsze dzieciaki Anetki co chwilę piszczały z radości, a starsze, na czele z Igą, opowiadały im o zwierzętach. Po drodze kupowaliśmy frytki i lody, i zajadaliśmy się nimi. Dzieci oblepiły sobie buzie słodką watą cukrową, która zawsze będzie mi się kojarzyć z odpustami na wsi oraz saturatorami z wodą podczas upałów w czasach mojego dzieciństwa. Było przyjemnie.
Zatrzymaliśmy się przy wybiegu dla fok. Marzenka wspięła się na balustradę i obserwowała fokę nurkującą i wypływającą co chwilę z basenu. Klaskała z radości.
Kilka metrów dalej stał starszy pan z około pięcioletnim malcem.
- Zobacz, wnusiu, to są foki.
- Foki? Fajne.
- Pewnie, że fajne. Widzisz jak nurkują? – Pytał dziadek.
- Taaak! – Chłopiec cieszył się jak każde dziecko.
- O, o, patrz. Teraz tam wypłynie. – Dziadek wskazywał kierunek, gdzie powinna pojawić się foczka.
- Dziadku, a foki to zwierzęta? – Zapytał malec.
- Tak, zwierzęta, wnusiu. – Odparł dziadek dumny z tego, że może wnukowi przedstawiać otaczający go świat. – To ryby.
Zatkało nas. Nagle zapadła cisza. Iga przestała opowiadać Marzence o foczce.
- Mamo – szepnęła do mnie. – Przecież foka to nie ryba.
- Wiem, dziecko, ale może nie każdy ma taką wiedzę?
- Proszę pana! – Zawołała Iga do starszego pana obok zanim zdążyłam ją powstrzymać.
Pan chwycił wnuka za rękę i odwrócił się w naszą stronę.
- Pani mówi do mnie? – Zapytał zdezorientowany.
- Tak, proszę pana – odparła moja córcia.
- O co chodzi?
- Foki to nie ryby. To ssaki – Iga próbowała grzecznie uzmysłowić panu pomyłkę.
- Jak to nie ryby? – Pan jednak się obruszył.
- No nie. Wprowadza pan w błąd chłopca. To ssaki.
- Jak to ssaki? Przecież pływają. Jak pływają to ryby. – Pan wzruszył ramionami, pociągnął wnuka za sobą i szybkim krokiem oddalił się w kierunku słoni.
- Musiałaś się powymądrzać, tak? – Spytałam z uśmiechem Igę.
- Musiałam. Zawsze trzeba próbować walczyć z niewiedzą. I ignorancją. – Powiedziała Iga. – Żeby potem nie gadać takich głupot jak wychowawczyni Rafcia z przedszkola, która twierdziła, że foka znosi jajka. Pamiętasz?

Po południu pojechaliśmy na zakupy. Rafałowi potrzebne były spodnie. W sklepie dla dzieci, o ile jeszcze gdzieś udało się znaleźć dobry na niego rozmiar, fasony były bardzo dziecięce. Zaś w sklepach dla dorosłych wszystko było za duże. Prawdziwy problem garderobiany nastoletnich dzieci, to brak sklepów z przejściowymi rozmiarami. A do tego dzieciaki bajerują rodziców jak mogą, żeby uwierzyli, iż te dorosłe ciuchy idealnie na nich leżą.
Zatem chodziliśmy chyba ze dwie godziny od sklepu do sklepu w nadziei na znalezienie wreszcie czegoś pasującego na Rafcia.
- Czy mogę w czymś państwu pomóc? – Pytały naduprzejme ekspedientki w każdym ze sklepów.
- Niestety, nie znajdę nic w tym rozmiarze. – Odpowiadały zawsze tak samo i dziwiły się, gdy Rafciowi nie podobał się fason, jeśli jakimś cudem znalazły coś prawie na niego pasującego.
Rafał już od dziecka wiedział czego chce, jeśli chodzi o garderobę. Kiedy upatrzył sobie jakiś ciuch, tak długo szukał, aż go znalazł. Gdy miał około siedmiu lat pojechaliśmy na halę targową po spodnie. Na jednym ze stoisk pani oferowała nam przeróżne wzory. A mały Rafał dokładnie wybierał, mówił, czego oczekuje, aż kobieta była zaskoczona, że taki młody, a taki przekonany do swojej wizji. Tak, to prawda, że zakupy z Rafałem to przynajmniej pewność, że nie będzie mierzenia bez sensu, na próbę. Albo jest to czego chce, albo nie ma. I wtedy nie tracimy czasu.
Tym razem niestety nie udało się. Na pocieszenie poszliśmy na lody do Grycana. Rozsiedliśmy się przy stoliku i zajadaliśmy te pyszności. Naprzeciwko był sklep kosmetyczny.
- Posiedźcie chwilkę. Skoczę tylko po puder do tego sklepu. – Wskazałam sklep po drugiej stronie holu.
- Oki, mamo. Idź - powiedziała Iga. – Będziemy tu siedzieć.
Weszłam do sklepu. Kolorem przewodnim był w nim róż. Różowe półki, wzory na ścianach i mundurki pań sprzedających.
- W czym mogę pani pomóc ? - Usłyszałam nieśmiertelną formułkę.
- Chciałabym puder – powiedziałam i uniosłam wzrok do góry.
Zobaczyłam kobietę z plastikową maską na twarzy, oczami mocno podkreślonymi kredką i odblaskowymi ustami w kolorze różowym. Rozejrzałam się po sklepie. Kilka innych kobiet, równie sztucznych jak ich koleżanka przechadzało się po sklepie, gotowych do pomocy każdemu klientowi jak jakieś roboty. I u wszystkich te agresywne, różowe usta. Poczułam się jak w horrorze. Za chwilę te porcelanowe lale rozpadną się na kawałki, a z ich wnętrza wypełzną obrzydliwi przybysze z kosmosu.
Poczułam ciarki na plecach. Podziękowałam za pomoc i szybko opuściłam sklep. Dziwne podejście marketingowe. Bo chyba odstraszanie klientów nie powinno być celem nadrzędnym?



28


- Proszę pana, nie macie z czego ściągać alimentów od mojego męża, bo on nie pracuje,  a jak pracuje, to na czarno – tłumaczyłam cierpliwie komornikowi.
- Wiem, proszę pani.
- I teraz, skoro ja wystąpiłam do Funduszu Alimentacyjnego o świadczenie, a fundusz nie ma z czego ściągnąć tych kwot od dłużnika, chce pan zająć moje mieszkanie?
- Mieszkanie dłużnika – odparł komornik.
- I moje. To nasza wspólna własność. – Byłam wkurzona, ale komornik starał się być uprzejmy.
- Proszę pani, skoro jest to także własność dłużnika, możemy zająć mieszkanie na wniosek wierzyciela.
- Ale tam mieszkam ja i moje dzieci. A są to też dzieci dłużnika.
- Wiem, ale takie są przepisy.
- To co ja mam zrobić w tej sytuacji?! Facet nie płaci alimentów. Płaci fundusz, ale nie ma skąd mu potrącić, to będzie karał mnie?
Jakiś absurd! Zaraz się obudzę z tego koszmaru. Gdzie jest prawo chroniące pokrzywdzonych, kobiety i dzieci? Gnój może nie łożyć na swoje pociechy, a ja muszę ponosić tego konsekwencje, chociaż to właśnie mi nikt nie płaci.
- Może spróbuje się pani dogadać z funduszem, żeby wycofali zajęcie mieszkania? – Komornik nadal próbował coś zaproponować.
- Ale jak to zrobić?
- Proszę spłacić dług męża w funduszu i wystąpić do nich z wnioskiem o cofnięcie zajęcia. My tu nic nie możemy zrobić.
Super propozycja, nie ma co.
- A jak duży jest ten dług? – Chciałam już znać wszystkie szczegóły.
- Aktualnie to dziewięć tysięcy plus odsetki. Razem około trzynastu tysięcy.
- Matko, skąd ja miałabym wziąć niby taką kwotę? – Z nerwów zaczął boleć mnie żołądek.
- To już pani sprawa. Ja tylko podpowiadam, co może pani zrobić. – Pan komornik kończył obsługę mojej osoby. – Jeśli nic pani nie zrobi w ciągu czternastu dni, rozpoczniemy procedurę zajęcia lokalu mieszkalnego.
Wyszłam zdruzgotana. Co jeszcze muszę znieść przez tego nieodpowiedzialnego obiboka?
Kredyt wzięli rodzice, bo ja nie miałam zdolności kredytowej. Będę go spłacać przez pięć lat. Uregulowałam dług prawie byłego w Funduszu Alimentacyjnym, w zamian za co  wycofano zajęcie. Mogę dochodzić zwrotu długu od Zenka na drodze sądowej w procesie cywilnym, na rozpoczęcie którego potrzebuję kasy na kaucję sądową i adwokata. Nie mam żadnych alimentów na dzieci, a szanowny jeszcze mąż robi co chce.

W pracy siedziałam zupełnie bez energii. Nie miałam ochoty obsługiwać klientów i jak na zbawienie czekałam na przyjście pani Ani. Około południa przy ladzie pojawiła się ciocia Janka. Była kuzynką mojej mamy, najbardziej ciekawską i wścibską osobą spośród rodziny.
- Cześć Basia – zaszczebiotała.
- Cześć ciociu – odpowiedziałam powoli.
- Co ty taka smutna? Głowa do góry!
- Tak ciociu. Co tam, potrzebujesz coś? – Zapytałam, bo ciocia czasem robiła u mnie zakupy.
Wpadała wtedy jak burza na halę. Biegiem przeciskała się do mojego stoiska. Wybierając majtki zadawała setki pytań, a gdy była już usatysfakcjonowana tym, co usłyszała znikała w tłumie nie dając możliwości zadania choćby jednego pytania jej. Czasem widywałam ją z daleka w pasażu, ale ona jakimś dziwnym trafem zauważała mnie tylko wtedy, gdy chciała się czegoś dowiedzieć.
- Może ze dwie pary tych rajstop. Trójkę. – Odparła ciocia i zniżyła głos. – Basiu, kiedy rozprawa?
- Jaka rozprawa? – Spytałam, choć dobrze wiedziałam o co pyta.
- Rozwodowa, oczywiście – odparła obruszona.
- Za tydzień czy dwa. – Musiałam się z nią trochę podroczyć.
- Jak to, nie wiesz kiedy masz rozprawę? – Ciocia nie kryła zdziwienia.
- Nie no, wiem. W przyszłym miesiącu. Muszę tylko upewnić się co do daty.
- Basiu – ciocia ponownie pytała szeptem. – A Zenek cię bił?
I tu nastąpiła cisza. Nie, nie bił mnie, ale psychiczne znęcanie się nad rodziną jest zdaje się czasem gorsze niż przemoc fizyczna, prawda? Cóż, skoro niektórzy sądzą, że jeśli taki facet nie bił, to w zasadzie był dobrym mężem?

Do domu wróciłam wykończona. Dzień obfitował w nieprzyjemne sytuacje. Najpierw komornik, potem ciocia Janina. Dzieciaków nie było, więc musiałam wyjść z psem, który na mój widok posikał się z radości. Chodziłam z nim z pół godziny po osiedlu, właściwie bez celu. Gdy wróciłam, pod drzwiami mieszkania stał jakiś facet.
- Dzień dobry – powiedział, gdy tylko wysiadłam z windy i skierowałam się do drzwi.
- Dzień dobry. Pan do mnie? – Spytałam.
- Tak. Z Energii. – Pokazał identyfikator.
- Proszę. – Otworzyłam drzwi. – Niech pan wejdzie. O co chodzi?
- Mam zlecenie na odcięcie licznika. Nie zapłaciła pani rachunku.
Zimny pot oblał moje plecy. Oczywiście, że nie zapłaciłam, ale mam dopiero tydzień poślizgu. I już nasyłają na mnie faceta, żeby wyłączył mi prąd?
- Proszę pani, ja jestem tylko technikiem. Ale z tego, co wiem, to dług w wysokości trzydziestu złotych upoważnia już do odcięcia energii.
- O Matko. Proszę tego nie robić. Jutro zapłacę. – Nie miałam nawet siły ani ochoty, żeby go przekonywać.
- Ja tak nie mogę. Proszę dzwonić do biura obsługi.
- Proszę pana – powiedziałam może zbyt błagalnie, bo facet zawahał się.
Najwidoczniej dostrzegł, iż nie mam najlepszego dnia.
- Dobrze. – Chwila namysłu. - Ja napiszę, że nie było nikogo pod tym adresem, a pani jutro zapłaci i prześle pokwitowanie do windykacji. – A jednak można jakoś zaradzić. – Ale jak pani tego nie zrobi, to mnie tu znowu przyślą i wtedy będę musiał odciąć.
- Jasne. Dziękuję – wydukałam cicho.
Pan technik zaczął zmierzać ku drzwiom, jednak robił to jakoś ospale. Tak jakby trzymetrowa droga przez korytarz była pod górę.
- Coś jeszcze? Mam coś podpisać? – Spytałam.
- Nie, tylko wie pani, koszty przyjazdu do pani zostały poniesione.
No tak. Nie ma nic na piękne oczy. Poszłam do pokoju po portfel. Wyjęłam dychę. Pan technik spojrzał na mnie niechętnie.
- Niestety, nie mam więcej. Dzieciaki zawsze oskubią mnie rano z kasy – powiedziałam tym razem zdecydowanie pewniejszym głosem.

Po tak koszmarnym dniu nie miałam ochoty na gotowanie. Dzieciaki ucieszyły się, gdy usłyszały, że mogą wybrać miejsce, gdzie zamawiamy obiad. Oczywiście padło na chamskie żarcie, tym razem w postaci KFC.
Po godzinie objadaliśmy się pikantnymi skrzydełkami, frytkami i kukurydzą. Iga opowiadała o kolegach, którzy robią sobie żarty z młodych nauczycielek, udając, że je  podrywają na lekcjach, przez co kobiety skupiały się bardziej na ich bajerowaniu niż na lekcjach. Rafcio zachwycał się siłownią, która jest zorganizowana u Sebastiana w piwnicy bloku i już nie mógł się doczekać jutra, bo mieli tam iść poćwiczyć. A po obiedzie leżąc na rozłożonej kanapie oglądaliśmy wspólnie Harusia. Cały koszmar dnia został zapomniany, gdy moje dzieciaki leżały przytulone do mnie. To jest właśnie sens życia.
  

29

Rozprawa miała odbyć się w piątek trzynastego. Nigdy nie bałam się tej daty, była dla mnie szczęśliwa.
Do sądu pojechałam wcześniej, nie chciałam się spóźnić.
Prawie były też przyszedł szybko, od razu z adwokatem. Mój mecenas pojawił się po kilku minutach.
- Dzień dobry pani.
- Witam, panie mecenasie. – Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Jaki nastrój? Wszystko w porządku? – Zapytał adwokat.
Pan mecenas wiedział, jak bardzo zależy mi na tym, aby sprawa rozwodowa zakończyła się jak najszybciej.
- W porządku – powiedziałam i uśmiechnęłam się blado. – Pan wie, że chciałabym  mieć to już za sobą.
- Wiem – odparł mecenas. – Może spróbuję porozmawiać z pełnomocnikiem męża?
- Bardzo proszę, jeśli uważa pan, że ma to sens.
- Spróbuję.
Mecenas podszedł do Zenka i jego adwokata. Po chwili prawnicy odeszli na bok i rozmawiali kilkanaście minut. Długo. Zastanawiałam się, co z tego wyniknie.
Na Sali rozpraw sędzia, po odczytaniu standardowych regułek, zadał nam te same pytanie, co poprzednio. I tym razem prawie były na pytanie „czy zgadza się pan na rozwód?” odparł „Tak.”
- Na rozwód bez orzekania o winie? – Spytał ponownie sędzia.
- Tak, zgadzam się – odpowiedział Zenek i spojrzał na mnie tęsknym wzrokiem.
A może było to spojrzenie kogoś robiącego łaskę. Właściwie nic mnie to nie obchodziło.
- A pani? Podtrzymuje pani wniosek o rozwód  bez orzekania o winie?
- Tak, Wysoki Sądzie. – Prawie brakowało mi tchu.
- W takim razie ogłaszam piętnaście minut przerwy. Potem poproszę strony na ogłoszenie wyroku.
Wyszliśmy z sali. Cała w nerwach siadłam na ławce. Drżałam na całym ciele. Nie wiedziałam, czy z niepewności, czy też z nadziei, że to może być wreszcie koniec.
Po kilkunastu minutach zostaliśmy ponownie wywołani.
Prawie były patrzył mi prosto w oczy z lekceważącą miną. Nie udało mu się mnie złamać. Wytrzymałam spojrzenie, choć nie było mi łatwo. Wreszcie on uległ. Spuścił wzrok i słuchał wyroku.
- Wobec tego, iż obie strony…
Słyszałam tylko, że sąd rozwiązuje nasze małżeństwo. Dotarła do mnie wiadomość o podtrzymaniu kwoty alimentów, ale co to miało za znaczenie, skoro i tak nikt mi ich nie płacił. Czekałam niecierpliwie, aż będę mogła opuścić salę.
Emocje mnie rozpierały. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Podziękowałam serdecznie mecenasowi. Nie wiem jakich użył argumentów, ale przekonał drugą stronę do podjęcia oczekiwanej przeze mnie decyzji. I byłam mu z tego powodu bardzo wdzięczna.
- Tego chciałaś? – Zenek podszedł do mnie.
- Tak, właśnie tego.
Matko! Nie był już prawie byłym. Był przeszłością.
- Może pójdziemy na kawę? Takie małe pożegnanie.
- Innym razem. Spieszę się.
Wybiegłam z budynku sądu. Słońce świeciło mocniejszym blaskiem niż godzinę wcześniej. Kolory były intensywniejsze niż kilkadziesiąt minut temu.
- Mamo! – Zawołałam do telefonu. – Znowu jestem Bosacka! Znowu nazywam się Bosacka!
I popłakałam się z radości.

Bałam się, że Zenek w mitomańskim widzie wniesie jakieś odwołanie od wyroku, ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Dzień rozwodu był jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Lata wstydu i upokorzeń z racji faktu, iż byłam żoną tego właśnie człowieka bezpowrotnie minęły.
Po uprawomocnieniu się wyroku wróciłam do panieńskiego nazwiska. W Urzędzie Stanu Cywilnego, po złożeniu wniosku, polecono mi poczekać na korytarzu.
- Pan kierownik musi zatwierdzić wniosek. Za parę minut poprosimy panią – poinformowała mnie pani z okienka.
Siadłam na krześle w holu gmachu. Czekałam prawie godzinę, ale postanowiłam nie interweniować. Miałam przecież uzyskać potwierdzenie zmiany nazwiska, a niczego bardziej teraz nie pragnęłam.
- Proszę panią. – Urzędniczka w garsonce wywołała mnie do pokoju. – Pan kierownik panią przyjmie.
Weszłam do gabinetu kierownika. Za biurkiem stał pan w średnim wieku, ubrany w garnitur. Na szyi miał zawieszony łańcuch zakończony herbem naszego miasta.
- Witam panią.
- Dzień dobry – odparłam zaskoczona oficjalnym wyglądem osoby naprzeciwko.
- Jako przedstawiciel władz naszego miasta i kierownik Urzędu Stanu Cywilnego chciałbym wręczyć pani aktualny odpis aktu małżeństwa, potwierdzający pani obecny stan cywilny i powrót pani do nazwiska panieńskiego.
Co to ma być? Uroczystość rozwodowa? Poczułam się jak podczas ceremonii ślubnej.
- Bardzo proszę, oto akt. – Facet z łańcuchem wyszedł zza biurka i wręczył mi kartkę papieru z wydrukowanym aktem. – Gratuluję.
Czego? Straconych lat? Upokorzeń? Nerwicy?
- Dziękuję – odparłam, bo niby co innego miałam powiedzieć?
Ale czułam się jak w świecie absurdu. Wyszłam z gabinetu oszołomiona dziwnością całej sytuacji.
Byłam wolna.

Wieczorem poszliśmy z Igą i Rafciem na lody. Zamówiliśmy po ogromnej porcji z bitą śmietaną i dodatkami. Dzieci przekomarzały się między sobą, a ja patrząc na nich jadłam mój czekoladowy deser, który dziś był moim szampanem.

 
30

Obierałam ziemniaki, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Igi nie było w domu, a Rafcio z Sebastianem siedzieli przy komputerze. Poszłam otworzyć drzwi.
- Cześć, Baśka! – Krzyknął Adam, kiedy otworzyłam.– Niespodzianka!
Kuzyn wpadł do mieszkania, wyściskał mnie, nie zważając na moje brudne ręce. Rzucił kurtkę na podłogę, ściągnął buty, które wylądowały w kącie pod drzwiami i pobiegł do toalety. Pozbierałam jego porozrzucane rzeczy i odłożyłam je w taki sposób, aby nikt się o nie nie potknął.
 Adam zazwyczaj wpadał jak burza, bez zapowiedzi, choć niekoniecznie mi się to podobało. Jednak sugestie, aby uprzedzał o swoich wizytach pozostawały niezauważone.
Stwierdził, że zje z nami obiad, ale na noc nie zostanie, po czym obszedł całe mieszkanie, obejrzał zmiany jakie zaszły od jego ostatniej wizyty, pomacał krzesła i poduszki. Myszkując po domu cały czas komentował lub wykrzykiwał w moim kierunku pytania, na które nie nadążałam odpowiadać.
- Rafał gra w szkolnej drużynie internetowej – powiedziałam, bo chciałam szybko przygotować posiłek, a Adam skutecznie mi to utrudniał.  – Dziś rozgrywają  jakąś bitwę online. Może idź, pokibicuj im trochę. Ja w tym czasie zrobię obiad.
- Pewnie, już idę.
Adam przesiedział kilkadziesiąt minut za plecami Rafała, obserwując jak chłopcy grają. Co chwilę słyszałam jego pytania o szczegóły gry. Rafcio odpowiadał uprzejmie, ale wujek, którego wiedza o grach komputerowych była na poziomie zerowym, tak naprawdę tylko mu przeszkadzał. 
Obiad chłopcy zjedli u Rafała w pokoju, bo Adam wymęczył ich już dostatecznie podczas turnieju, po czym poszli do Sebastiana, bo, jak to ujął mój syn, tam była atmosfera grania.
Przed wyjściem Rafał zajrzał do pokoju, aby pożegnać się z wujkiem. Adam uścisnął mu dłoń i zapytał:
- Chłopie, a nie wiesz przypadkiem kto tu wywozi śmieci? Albo gdzie macie oczyszczalnię ścieków? To by mnie bardzo interesowało. Może jednak zostanę do jutra, to pogadamy sobie wieczorem na te tematy.
Mina Rafcia była bezcenna, gdy wybiegał z mieszkania. Zupełnie, jakby chciał krzyknąć: „Ratunku!.” Zaś Adam po przemyśleniu swojej sytuacji, postanowił jednak wrócić do domu i po obiedzie pożegnał się. Wówczas nastała cisza.

Rafcio wrócił od Sebastiana dość szybko. W ogóle nie zwrócił uwagi na nieobecność wujka Adama.
- Mamo, jechaliśmy z Sebą windą z Parkingowym – powiedział szybko.
- No i? – Zaniepokoiłam się.
- I ubawiliśmy się!
- Jak to ubawiliśmy? Co wy zrobiliście?
- Oj nic, mamo – powiedział Rafał zbolałym głosem. – Było śmiesznie.
- Czyli?
- My jechaliśmy na dół. On wsiadł na swoim piętrze. No i my się śmialiśmy, a on myślał, że z niego. Więc odwrócił się do nas i pyta: „Co, co? O co chodzi?”
- A wy co na to?
- A my, że nic. To on, że ma nas na widelcu i naśle na nas służby. Wtedy wysiedliśmy z windy i zaczęliśmy się jeszcze głośniej śmiać.
I ja też parsknęłam głośno śmiechem.

Iga przyszła chwilę potem.
- Jak było w szkole?
- Spoko.
- A co tam u Beaty?
- Też spoko. Gadałam z ukochaną sąsiadką.
- Ty też? – Zapytałam.
- A co, była u nas? – Iga już węszyła jakąś nową aferę.
- Nie. Rafcio spotkał Parkingowego – wyjaśniłam.
- To Parkingowy przerzucił się ze mnie na mojego brata? Super!
- Oj, mów, co tam wymyśliła sąsiadka? – Niecierpliwiłam się.
- Znowu miała pretensje, że ktoś jej obrzucił drzwi jajkami i to na pewno koledzy Rafała. To ja grzecznie zapytałam, czy białe myszki też widzi.
- Iga! Oszalałaś. Znowu będzie przyłazić, albo stukać w rury od kaloryferów. Wiesz, że to jej metoda na hałas – robić hałas innym.
Ale gdy się odwróciłam, nie mogłam ukryć uśmiechu. Zuch dziewczyna! Na paranoję odpowiadaj ignorancją!

Położyłam się wreszcie, ale nie zdążyłam zasnąć. Do pokoju zajrzała Iga.
- Mamo, śpisz?
- Nie. – Odpowiedziałam zła, że znowu ktoś coś ode mnie chce.
- Musisz coś zobaczyć.
Iga położyła laptopa na moich nogach.
- To profil Rafała na Fejsie. Zobacz, co on wstawił.
Moim oczom ukazało się zdjęcie nagiej kobiety z niewybrednym opisem. Rafcio udostępnił jakiś profil, gdzie prezentowane były uroki damskiego ciała.
- Rafał! – Ryknęłam.
- Rafał! – Poprawiła po mnie Iga.
- Co chcecie? Idę spać. – Rafcio odezwał się marudnie.
- Chodź do nas na chwilę – powiedziała Iga otwierając drzwi do jego pokoju.
Rafcio powłóczył noga za nogą, udając, że jest bardzo śpiący.
- Co to jest? – Zapytałam, pokazując otwarty komputer i jego profil na Facebooku.
- Fajna, nie? – Rafał był najwyraźniej z siebie dumny.
- Dziecko, nie możesz wrzucać takich rzeczy na profil. Za młody jesteś.
- Mamo, to jest tylko taka stronka.
- Synu, ale chyba dla dorosłych.
- Mamo, ale to jest piękne – powiedział mój syn rozmarzonym tonem.
I miał rację. Zdjęcie prezentowało piękną kobietę, a Rafał to dostrzegł. Witajcie hormony!

Ułożyłam się ponownie do snu, gdy nadszedł sms.
- Tęsknię. – Były mąż znowu dał o sobie znać.
Ściszyłam telefon, tak, aby dotarł do mnie jedynie dźwięk budzika.
„- Jak ja bym chciała mieć zaczarowany koralik. Jak Karolcia z książki. – Pomyślałam. – Wtedy mogłabym zażyczyć sobie, aby wszyscy szurnięci ludzie zniknęli z mojego życia.”
A tu nic. Wariaci nadal są wśród nas.
 

Komentarze

Popularne posty