teoria chaosu
Jeśli wolicie słuchać niż czytać, zapraszam na kanał notatki subiektywne na Youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=obDMEOsUfE8
Dochodzę do wniosku, że
żyję w chaosie.
W jakimś cholernym
świecie chaosu.
Rzeczywistość mnie przerasta.
Kiedyś wszystko było
prostsze. Kiedy dzieci były małe świat kręcił się wokół nich. Pieluszki i
zupki, potem przedszkole, szkoła, praca, dom. Nudne życie, ale pełne radości z
pociech. Po czasie była też walka o przetrwanie, ale jakoś wolniej to wszystko
się toczyło.
Były lody na Starym Mieście
i cyrk. Było kino albo seanse filmowe z kaset z wypożyczalni. Było wspólne
budowanie z klocków Lego albo gra w Twistera. Wieczorem odcinek ulubionego
serialu i książka przed snem. Był telefon stacjonarny i krótkie rozmowy.
Nawet, gdy pojawiły się pierwsze komórki, można było przez nie tylko rozmawiać.
Teraz w telefonie jest
cały świat. Statystycznie połowa ludzkości spędza z telefonem 13 godzin
dziennie! Dzieci spotykając się ze sobą, co prawda siedzą obok siebie, ale każde
z nosem w ekranie telefonu. To jest spotkanie z kumplem? Jakaś paranoja!
Telewizja to 150 kanałów
i nic do obejrzenia. Klikasz pilotem i szukasz czegoś interesującego, a czas
płynie. I nic nie znajdujesz. Momentami czuję się jak Pawlak, który w Ameryce
doznał szoku.
Internet oferuje mnóstwo platform filmowych. Tu jest wiele ciekawych pozycji, ale… Właśnie, ale. Jest tego za dużo. W chuj za dużo! I znowu tracisz czas. Najpierw przegląd platform, potem filmów – zwiastuny, opisy. Mijają minuty. Zanim zaczniesz coś oglądać minie znowu w cholerę czasu. Jednak, jeśli już zaczniesz, to trudno skończyć. Dlatego nie lubię seriali ciągnącymi się w nieskończoność. Nie lubię tych, które mają wiele sezonów. Wyjątkiem jest Teoria Wielkiego Podrywu. No i Ranczo, do którego lubię wracać, choć na szczęście nie tak często jak mój ojciec, który od lat ogląda go codziennie. Ja traktuję te serie jak odmóżdżacze – wieczorem dla odprężenia.
Teraz jestem u moich
dzieci, które wyjechały na urlop, a w domu zostały koty, w tym jeden
geriatryczny kot z cukrzycą. Tak powiedziała pani weterynarz – zwierzęta
geriatryczne.
I tak po pierwsze jestem
w mieście – cały czas słychać za ścianą sąsiadów, za oknem jeżdżące samochody.
Nocą jest jasno od lamp, a na niebie nie widać gwiazd.
Po drugie nie mogę skupić
się na pracy, bo nie jestem u siebie. Chociaż zabrałam robotę w postaci laptopa
i segregatorów, to nie to samo.
Po trzecie mam tyle spraw
do ogarnięcia, że od ich nadmiaru robię tylko to, co naprawdę musze na cito
i tyle. Potem jest pustka i gapienie się
w sufit. Zbiera mi się na wymioty i chciałabym zasnąć i obudzić się za kilka
lat. Wiadomo, deprecha nie odpuszcza.
Po czwarte upał w piątek
i sobotę tak mnie zmógł, że miałam zgon totalny. Nie pamiętam, żebym
kiedykolwiek tak dotkliwie odczuła skutki wysokiej temperatury. Przecież mamy
lato, jest ciepło, czasem gorąco. Jak co roku. Ale tym razem nie dałam rady –
przeleżałam 2 dni i wstawałam jedynie po to, aby wyprowadzić na spacer psa.
Po piąte dzieciaki mają
szeroki wybór wspomnianych już platform filmowych, a więc podczas tej upalnej
niemocy zamulałam przed telewizorem. Nie powiem, obejrzałam świetne mini
seriale i filmy – Solos z Helen Mirren i Morganem Freemanem oraz Night sky z
cudowna Sissy Spacek, która zawsze będzie mi się kojarzyć z hipisami i
klimatami dzieci kwiatów. Obejrzałam też serial na podstawie Cobena – Safe.
Dzisiaj, za namową dzieciaków, podjęłam próbę podejścia do Stranger things, ale
to nie mój klimat – poległam po pierwszym odcinku. No tak, ale po co to oglądałam?
Mogłabym robić coś bardziej rozwijającego.
Po szóste i straszne jest
to, że właściwie przestałam czytać książki. Przed snem przeglądam neta w
telefonie – no tak, narzekałam na dzieci, a sama to robię! Książka leży przy
poduszce, ale zazwyczaj jestem zbyt padnięta, aby jeszcze po nią sięgnąć.
Zasypiam więc przejrzawszy te nikomu niepotrzebne wiadomości, na pocieszenie słuchając ulubionego podcastu.
Po siódme – media
społecznościowe. Znam osoby, które nie mają takich kont, ale to znikomy
procent. Pozostałym zabierają one baaaaardzo dużo czasu. Ja na szczęście
jeszcze rozmawiam z ludźmi, dzwonimy do siebie, spotykamy się. Ale ileż czasu
marnuję przeglądając FB czy Instagram?!!! Sama nie wiem po co, ale wiadomo, coś
cię zainteresuje, potem coś kolejnego i tak klikasz bez sensu i klikasz. A czas
leci!
Dodatkowo, jeśli masz profil firmowy, rzemieślniczy, artystyczny – musisz tam być. A portali jest kilka. Tworzenie postów i relacji jakoś ogarniam. Ale pojawiają się rolki, tik-tok itd., itd.
Niestety, te nowe technologie są bardzo interesujące, dają tak wiele możliwości. Poza tym ciekawią mnie. Tak jak wszystko, co mnie otacza. Rozumiecie, mając dostęp do wiedzy z całego globu, zdjęć i filmów, reportaży i wywiadów, chciałoby się zobaczyć, posłuchać wszystkiego. To wspaniałe, że mamy taką okazję. Ale jak wybrać to, co nas interesuje z natłoku mediów? To prawie niemożliwe. Trzeba być bardzo rygorystycznym wobec siebie, aby tego dokonać. Stale coś nas rozprasza. Już otworzyliśmy stronę, którą chcemy przejrzeć, a tu wskakuje reklama, która też nas pociąga. Już zaczęliśmy słuchać wywiadu, a tu koleżanka podsyła zdjęcia z drugiego końca świata. I już brniemy dalej w reklamę i komentarze do zdjęć. Wybijasz się z rytmu. Wpadasz w ten chaos i robiąc wiele, nie robisz nic. I chociaż ciągle cierpisz na brak czasu, tak naprawdę tracisz cenny czas.
Ja w każdym razie już nie nadążam. Poza tym stale mam z tyłu głowy info, ze zostało mi już tak mało czasu.
Jestem panią w średnim
wieku, przedemerytalnym. W moim życiu panuje właśnie taki chaos, spowodowany
właśnie nadmiarem bodźców, mediów, możliwości, że trudno to czasem znieść. Na
mojej wsi jest tak jakby spokojniej, żyje się wolniej. Ale tak jest tylko
wtedy, gdy nic nie robię. Siedzę na ławce, słucham śpiewu ptaków i wdycham
powietrze pachnące lasem. Praca w ogrodzie też jest raczej spokojna i na pewno
wycisza. Przynajmniej dla mnie. Ale, gdy tylko wkraczam w świat pracy, mediów i
internetu, natychmiast zaczyna się szaleństwo.
Dlatego tęsknię do
spokoju i życia w swoim rytmie. Robić to, co chcę, a nie, co muszę albo
powinnam. Czasem zdarzają mi się takie dni, gdy robię wszystko w zgodzie z samą
sobą, ale to rzadkość. A nadmiar możliwości wyboru, bodźców i konieczności mnie
wykańcza.
Bowiem świat zwariował! A
gdy wpadniemy w tę machinę chaosu nie dostrzegamy piękna wokół siebie i nie
możemy się nim po prostu cieszyć. Bo tak naprawdę niewiele nam do szczęścia
potrzeba.
IKu


Komentarze
Prześlij komentarz