w otchłani absurdu
Dalsze perypetie bohaterów "Całego życia z wariatami".
Baśka ma nadal tak barwne życie, że mogłaby nim obdzielić jeszcze kilka osób. Iga i Rafał są starsi, ale nadal kłócą się jak dzieci. Fioletowa, wreszcie były Zenek, starzy przyjaciele i nowi sąsiedzi.
1
- Rafał! Pobudka! – Stałam nad głową mojego syna i krzycząc próbowałam go dobudzić.
Niestety z marnym skutkiem.
Jak to jest, że dzieciaki zawsze śpią kamiennym snem? Zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba wstawać do szkoły. Ja budzę się na długo przed czasem. Wkurzam się, bo powinnam jeszcze spać i próbuję zasnąć na siłę, co jest nierealne. I tak w każdy dzień roboczy. Dobrze, że chociaż w weekend śpię dłużej. A dzieci?! Mogą spać chyba nawet na stojąco. Tylko wstać im zawsze ciężko. I to matka musi się nastarać, żeby do szkoły zdążyły.
- Synu! Wstawaj wreszcie! – Musiałam już wychodzić do pracy, a on spał. Trzeba go obudzić sposobem!
Nakręciłam budzik ustawiając go na alarm za pięć minut. Rafał powinien zareagować. Wtedy do niego zadzwonię.
- Oj, po co dzwonisz? Wstałem przecież – Rafał mówił zaspanym głosem. – Przeszkadzasz mi.
- Przeszkadzam? – Tupet to mój syn ma niewątpliwie.
- No tak, bo muszę się umyć, a ty dzwonisz.
- Też cię kocham, synu. Miłego dnia. Pa.
- Pa. – Pretensja w głosie trochę ustąpiła.
Cóż, dzień jak co dzień.
W pracy obłęd. Jak nie ma roboty, to nie ma. Ale jak zwali ci się na głowę z siłą huraganu, to nic nie poradzisz.
Zalało halę dokładnie nad moim stosikiem! Nigdzie indziej! Tylko tutaj! Woda dostała się przez jakąś szczelinę pomiędzy murem a dachem. Nie dało się tego przewidzieć. Jedno wielkie G.
Zalane półki, mokre gacie, posklejane worki. Woda kapie i kapie. Czarna rozpacz. Nie wiem za co się złapać. Rozkładać skarpetę po skarpecie i suszyć? Prasować wilgotne stringi, żeby szybciej schły? Spakować wszystko, wywieźć do domu i tam rozłożyć w całym mieszkaniu?
Ręce opadają! Chyba dopada mnie totalny dół. Wiadomo – jesień - szaro, buro i ponuro. Nie ma energii.
Kopa dała mi Fioletowa. Wpadła jak burza, bo zadzwoniła do niej pani Marysia z obuwia i doniosła, co się stało.
- Baśka, dawaj, pomogę Ci! – Huknęła. – Masz tu torby. Pakuj wszystko. Zabieramy to do mnie. Szybko, szkoda czasu!
- Ale po co do Ciebie? – Spytałam niepewnie.
- Misiek już rozwiesza sznurki między krzesłami. Będziemy suszyć. No, pospiesz się!
- Ale ja… - nie dokończyłam, bo Fioletowa weszła mi w słowo.
- Pakuj. To włóż tutaj. Tak. Dawaj następną torbę. Teraz gatki. Tu staniki. No już. – Dyrygowała, że hej.
- Dobra, ja to zabieram, a ty wycieraj półki. Wodę zbieraj do wiadra. Jak skończysz, dzwoń. To pa! – Krzyknęła na pożegnanie i tyle ją widziałam.
Wzięłam się ostro do pracy i w dwie godziny wszystko było suche. No, prawie wszystko. Jeden z regałów tak namókł wodą, że aż rozwarstwiły się półki. Trzeba było go wystawić. Pomógł mi pan Kazik z ochrony i wynieśliśmy go na śmietnik.
Zadzwoniłam do Fioletowej.
- Skończyłam. Jak tam rzeczy? Podeschły trochę?
- Och, Misiu prasuje. Została mu jeszcze jedna torba męskich slipów do suszenia – stwierdziła i dodała – ja składam to, co wyprasował. Podjadę zaraz do Ciebie.
I zanim zdążyłam coś powiedzieć, rozłączyła się. Domowe prace nie były ulubionymi zajęciami Fioletowej. Nudziły ją. Wolała bardziej kreatywne zadania niż prasowanie czy sprzątanie. Roznosiła ja energia.
- Dobra, dawaj, przestawiamy! – Zarządziła po przybyciu na halę.
I nim się obejrzałam, półki zmieniły układ. Nie rzucało się już w oczy puste miejsce po zniszczonym regale. Wszystko czyściutkie, pachnące, świeże. Do wieczora półki były pełne towaru, który dowiózł Misiek.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!
W domu zadziwiająca cisza. Dzieciaki oglądają jakiś film. Opadam na fotel.
- Cicho, mamo, oglądamy – Iga uprzedza mój głos.
- Przecież nic nie powiedziałam.
- Właśnie powiedziałaś.
Boże! Daj mi cierpliwość!
Znajduję w lodówce kawałek pizzy – resztka z szybko zorganizowanego obiadu. Nie, żeby dzieci protestowały!
Wracam na fotel. Zasypiam na siedząco.
- Mamo, mamo – budzi mnie Rafał. – Kładź się do łóżka. Pościeliliśmy Ci. Ale najpierw musisz to podpisać.
Z trudem otwieram oczy. Jestem masakrycznie zmęczona.
- Co podpisać?
- No… Uwagę – dodaje Rafał..
- Matko, znowu? Rafał – wydaję z siebie jęk. – Za co tym razem?
- Zapomniałem stroju na w-f.
- Synu – zaczynam biadolić, ale Rafał mi przerywa.
- Oj, mamo, wszystko przez ciebie! Nie wziąłem stroju, bo mnie zagadałaś jak się pakowałem.
Ps. Rafcio został Rafałem. Szkoła średnia zobowiązuje. J
2
Nastolatki
są niemożliwe. Oglądam Rodzinkę.pl i jakbym u siebie w domu była. Identyczne
zachowania. Kombinowanie, jakby tu oszukać matkę albo zwalić winę na
brata/siostrę. Winni są zawsze inni, a ja jestem kryształowy.
Pies
się zesikał w domu – siostra z nim nie wyszła.
Naczynia
nie pozmywane – brat robił sobie kanapki.
Ja
zawsze jestem w porządku. Odrabiam lekcje, nie spóźniam się, sprzątam po sobie.
Litości! ;)
-
Będziemy dzielić majątek – oznajmił Zenek przez telefon. – Zostawię Ci pół
mieszkania. A może i całe. – Łaskawca. - Boks na hali jest mój.
-
Słucham? – Osłupiałam.
-
No tak. Dosyć już sprzedawania gaci. Mam lepszy pomysł na biznes. Teraz moja
kolej. Trzeba zabezpieczyć dzieci.
-
A jakiż to świetny pomysł przyszedł Ci do głowy, jeśli można wiedzieć? –
Zapytałam z rozpędu, ale wcale nie byłam pewna, czy chcę poznać odpowiedź.
-
Nieruchomości, kobieto!
Kobieto?!
A to męski szowinista!
-
Nieruchomości na stoisku na hali targowej! Dobry Boże! No, rzeczywiście, boski
plan! Zadzwoń jak wytrzeźwiejesz.
Rozłączyłam
się ekspresowo nie czekając na reakcję byłego. „Byłego” – jak to pięknie brzmi.
Tylko, że zanosi się chyba niestety na to, że tak całkiem nie zniknie z mojego
życia. Wielka szkoda.
Ledwie
pochyliłam się nad talerzem, ktoś zadzwonił do drzwi.
Za
drzwiami stała sąsiadka z dołu. Ostatnio nasze kontakty nieco osłabły. Po
śmierci męża - niech mu ziemia lekką będzie - sąsiadka jakby się wyciszyła. Nie
wychodziła do ludzi, nie zaczepiała dzieci robiących jej psikusy, nie umoralniała
niczego nieświadomych rodziców tychże pociech. Aż trudno uwierzyć, że nikt już
jej nie uprzykrza życia bez powodu. Tak niespotykanie życzliwej i miłej
sąsiadce, która w ludziach widzi jedynie dobro.
Ha,
ha, ha, …………. Trochę się zapędziłam. Wiem, ale czasem lubię pofantazjować.
A
tymczasem sąsiadka stoi za drzwiami.
-
Dobry wieczór – powiedziała uprzejmie. ?!
-
Dobry wieczór – czekam, o co chodzi po długiej przerwie.
-
Leje mi się woda z sufitu w łazience. Coś u państwa przecieka.
-
O matko. Zaraz sprawdzę.
Lecę
do łazienki. Podłoga sucha. Wężyk od pralki suchy. Zaglądam pod umywalkę –
sucho.
-
Nic tam nie widzę. Jest sucho – informuję sąsiadkę, która cierpliwie czeka na
klatce schodowej.
-
Ja już zgłosiłam to w spółdzielni. Jutro przyjdzie hydraulik.
-
Super. Proszę mu powiedzieć, żeby zajrzał do nas. Może coś stwierdzi. – Sama
chciałabym wiedzieć, skąd ta woda się leje. – O której ma przyjść?
-
Umówiłam się na 10.
-
Ok. Córka będzie w domu, to go wpuści. A na razie zakręcimy wodę. Postaramy się
nie korzystać z niej zbytnio.
-
Dobranoc.
-
Dobranoc.
I
tyle? Żadnej awantury na całą klatkę? Żadnych wrzasków i wyzwisk? Normalne to
nie jest. Jakieś irracjonalne.
Następnego
dnia około 10-tej, wg relacji Igi, pojawił się hydraulik ze spółdzielni.
-
Sąsiadce z dołu cieknie woda w łazience. W rogu.
-
Proszę zobaczyć u nas. Nie wiemy skąd ta woda, bo jest sucho.
Pan
wszedł do łazienki, rozejrzał się wprawnym okiem, pomyślał.
-
Pewnie spod wanny leci.
-
A skąd takie przypuszczenie? – Spytała Iga, bo na słowo raczej nie uwierzyła.
-
Tak myślę, ale trzeba się upewnić. Musicie wezwać hydraulika.
-
Przecież pan jest hydraulikiem. Nie może pan sprawdzić?
-
No nie. Ja jestem ze spółdzielni – powiedział z namaszczeniem. - Musicie sobie
kogoś zawołać.
I
poszedł.
Iga
została w osłupieniu, nie rozumiejąc, co takiego oznacza magiczne słowo
„spółdzielnia” i czym różni się hydraulik z tejże spółdzielni od hydraulika
spoza niej.
-
Kasą, dziecko, kasą się różni – wykrzyczałam do telefonu, kiedy moja córka
zdała mi relację z wizyty. Bo pan hydraulik nie będzie się przecież zniżał do
zdjęcia kafla z wanny i grzebania pod nią, aby ułatwić życie lokatorom, dzięki
którym, bądź co bądź, ma wypłacaną pensję. Gdyby otrzymał propozycję tak zwanej
fuchy za konkretną kwotę do kieszeni – kto wie jaka byłaby reakcja? Ale, że
propozycja nie padła, nici z pomocy. Jak widać w kwestii kontaktów z tworami
poprzedniego ustroju i ich przedstawicielami nic się nie zmieniło przez lata.
-
Iga, idź do sąsiadki i zobacz, gdzie to leci. I jaka duża jest plama.
Po
kilku minutach córka zadzwoniła ponownie.
-
Mamo, ona mnie nie poznała.
-
Jak to nie poznała?
-
Zwyczajnie – opowiadała zdumiona Iga. - Zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła
sąsiadka. Pytam o łazienkę i zalanie, a ona pyta, czy jestem nową lokatorką. To
ja na to, ze nie, że mieszkam tu od zawsze i że przecież policje na nas tyle
razy nasyłała. A ona na to: „To pani jest pani Iga?” Odpowiadam, że tak. A ona,
że mnie nie poznała. Że się zmieniłam.
-
No cóż? Bogata będziesz. A co z zalaniem?
-
Jest plama w łazience w rogu. Tam gdzie nasza pralka.
-
Ale u nas pod pralką jest sucho. I wąż też nie cieknie - zaczęłam się
zastanawiać nad problemem. Trzeba szukać hydraulika.
I
tak zaczęła się przeprawa z fachowcami.
Pierwszy,
do którego zadzwoniłam, pan Tadek, miał grypę i był na zwolnieniu. Mamy szukać
dalej, bo on mógłby przyjść dopiero za tydzień. Dał numer do kolegi.
Kolega,
owszem, jest zdrowy, ale to wygląda na coś pod wanną. Wanna zabudowana? On nie
kuje kafli. Może naprawić, przykręcić, uszczelnić, ale nie kuć.
To
może pogotowie hydrauliczne? Na tablicy ogłoszeń na parterze wisi do niego numer.
Rafał go szybko zorganizował.
-
Woda zalewa sąsiadów? Aha. Nie, nie. Teraz to niemożliwe. Możemy przyjechać we
wtorek.
-
Ale dziś jest wtorek – jest nadzieja, myślę sobie.
-
W następny, proszę pani. Za tydzień. Mamy bardzo dużo pracy, wiele zgłoszeń.
Pogotowie
hydrauliczne? 24h? Żart jakiś?
Wreszcie,
po intensywnych poszukiwaniach w Internecie i wśród znajomych, nie wiem nawet
ilu wykonanych telefonach, umówiłam brygadę na jutro. Mam nadzieję, że
zadziałają, bo funkcjonowanie bez wody to koszmar. Musimy po każdym jej użyciu
zakręcać zawór. O praniu czy włączeniu zmywarki nie ma mowy. Prysznic? No myć
się trzeba.
Oby
do jutra.
Hydraulicy
na szczęście pojawili się, tak jak obiecali. Popatrzyli, postukali, pokiwali
głowami i stwierdzili, ze przyjdą jutro. Ale nie przyszli.
-
Mieliście, panowie, być dzisiaj.
-
Nieeeeeeee……… Dziś mieliśmy dać znać, kiedy przyjdziemy. Trzeba skuć kafle.
Będziemy w poniedziałek.
O
Boże! Czy to jakaś równoległa rzeczywistość?
Zaczęliśmy
od początku. Poszukiwania wśród ogłoszeń i znajomych. Telefony i błagania.
Żaden hydraulik nie miał dla nas czasu.
No
cóż. Pan Tadek ma zwolnienie do wtorku, więc pojawi się u nas najpóźniej w
środę. Musimy czekać.
-
Mamo, mamo, są hydraulicy! – Rafał nie mógł złapać tchu. – Przyszli jak
wychodziłem do szkoły.
-
Dobra. Już jadę. – Trudno. Dziecko spóźni się do szkoły, ale co tam?
Woda!!!!!!!!!!!!
Zawróciłam
na najbliższym skrzyżowaniu.
Panowie
mieli już skute kafle, kiedy wpadłam do domu. Nie mogłam okazać zbytniej
radości z ich obecności, więc rzuciłam jedynie „dzień dobry”. Ale moje serce
się radowało! ;)
-
Widzi pani, tu od początku było źle zrobione – zagaił jeden z hydraulików.
-
Tak? – Udałam zainteresowanie, bo tak naprawdę miałam w nosie, co i jak jest
zrobione. Chciałam jedynie, żeby już nic nie ciekło.
-
No tak. Widzi pani ten kawałek? Tu powinno być kolanko, a jest trójnik. Widać,
nie mieli kolanka. – Pan zamyślił się na chwilę. – Założyli co mieli. Ale nie
zaślepili dobrze. Wetknęli tylko w ten ślepy koniec kawał worka.
-
Jak to worka? – A jednak zainteresowałam się.
-
No folii. Zwinęli i zatkali nią wylot. Dopóki siedział, było dobrze, a z czasem
zaczął przeciekać. I tak kapało, kapało, aż przeleciało do sąsiadów.
-
O matko! Folia?! Idioci! – Skąd się biorą ci tak zwani fachowcy?!
-
No. Idioci. Ale wytrzymało chyba długo. Kiedy robiła pani remont łazienki?
Czy
to ważne? Poczułam się jak naciągnięty uczestnik programu „Usterka”. A przecież
budowlańcy cenią się wysoko. Nawet bardzo.
Wieczorem
wszystko wróciło do normy. Każdy mógł wziąć długą kąpiel, a w kuchni przestały
piętrzyć się brudne naczynia. Leżąc w łóżku wdychaliśmy wilgotny zapach
świeżego prania.
-
Wiesz, mamo, jechałem dziś windą z sąsiadką z dołu.
-
Tak? Mówiła coś o zalaniu? – Trzeba chyba do niej pójść i poinformować o
zlikwidowaniu przecieku.
-
Pytała, czy pan, czyli ja, jestem nowym lokatorem z tego mieszkania nad nią.
-
Ciebie też nie poznała?
-
Zdziwiła się, gdy powiedziałem, że ja to Rafał. I stwierdziła, że fajny ze mnie
chłopak.
I
że już jej nie leci woda na głowę.
3
Pan Jerzyk był niziutkim, choć niezwykle silnym chłopem z ogromnymi jak łopaty dłońmi. Nieraz widziałam jak niesie tonę zakupów jedną ręką, drugą podtrzymując rower i jadące na nim dziecko. Żona pana Jerzyka, pani Andżelika, była wysoką, szczupłą, bardzo elegancką kobietą o powściągliwym wyrazie twarzy. Nigdy nie widziałam, aby nosiła jakieś siatki z zakupami.
Jerzyk
i Andżelika wprowadzili się do mieszkania naprzeciwko, kiedy poprzedni
właściciel zmarł. Kupili mieszkanie od jego dzieci.
-
Dzień dobry, pani sąsiadko – zagadnął pan Jerzyk wsiadając za mną do windy. –
Ładny dziś dzień, prawda?
-
Istotnie, ładny – odpowiedziałam uprzejmie.
-
Jedziemy z żoną na grzyby. Muszę jeszcze tylko zabrać kilka rzeczy z domu.
Kluczowy jest nożyk.
-
Nożyk? Aha – nie bardzo wiedziałam, dlaczego akurat nożyk. - Zatem życzę pięknych zbiorów.
Winda
zatrzymała się na naszym piętrze. Moim oczom ukazała się sterta składanych
krzesełek, koszy, toreb i Bóg wie czego jeszcze, przy których czuwała sąsiadka
z miną srającego kota.
-
Co tak długo? – Warknęła na męża.
-
Musiałem poprzekładać wszystko w bagażniku, kochanie – wycedził przez zęby
sąsiad, starając się trzymać fason.
-
Do widzenia – rzuciłam i zamknęłam za sobą drzwi mieszkania.
A
zawsze myślałam, że na grzyby wystarczy zabrać koszyk lub wiadro i porządne
buty.
Telefon
zadzwonił, gdy leżałam w wannie. Nici z mojego cudownego wieczoru z książką w
kąpieli. Uwielbiam!
-
Mamo, ciocia Magda dzwoni! – Iga wydarła się za drzwiami.
-
Powiedz jej, że oddzwonię.
-
Ale ciocia chce teraz z Tobą rozmawiać – najwidoczniej Magda dopominała się o
oddanie mi słuchawki.
-
O Boże, zaraz. – Niezadowolona wyszłam z wanny i otworzyłam drzwi.
-
Matko, oddzwoniłabym przecież – stęknęłam do słuchawki.
-
Oj tam. Co robisz w sobotę?
-
Jezu, nie wiem, jeszcze nic – odparłam ziewając.
-
To wpadaj do nas. Na 20, dobra?
-
Pomyślę.
-
Nie pomyślę, tylko wpadasz. Teraz muszę kończyć. Jutro się zdzwonimy. Pa. – I
tyle było naszej rozmowy.
Odechciało
mi się kąpieli. Szkoda, bo piana pięknie pachniała.
Udar
wskoczył na kanapę, wgramolił się na moje kolana i mościł sobie miejsce na
drzemkę głośno mrucząc. Pomyślałam, że mi także przyda się nieco snu w tak
miłym towarzystwie.
Z
drzemki wyrwał mnie telefon.
-
Cześć – usłyszałam głos byłego, zanim zdążyłam się odezwać. – Pożycz 2 koła.
-
Że co???!!!
-
Kupiłem samochód, dałem zadatek, a potrzebuję go do pracy. Jak nie dopłacę, to
właściciel go zabierze.
-
Peszek. – Czy to mi się śni?
-
Posłuchaj, bez samochodu nie będę mógł zrobić biznesu życia, a mam genialny
pomysł. – Prawie błagał. - Nie bądź zołzą.
-
Faceci kochają zołzy. Ale ja za twoje zainteresowanie uprzejmie dziękuję.
Rozłączyłam
się nie czekając na odpowiedź. Najpierw chce w boksie na hali targowej sprzedawać nieruchomości, teraz prosi o
pożyczkę na biznes życia. Taaaak. Znam te jego wspaniałe pomysły aż za dobrze.
A może by tak zapłacił alimenty bez pomocy komornika?
Wieczorem
miałam dosłownie zgon. Kilkakrotne przerywanie odpoczynku doprowadziło do
takiego zmęczenia, że nie mogłam wręcz myśleć. Musiałam położyć się tu i teraz,
i zasnąć. Czasem tak mam. Jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Dzieje się tak
zwłaszcza w upalne dni. A w tym roku wrzesień jest bajeczny, słońce grzeje jak w lipcu.
Wzięłam
chłodny prysznic, rozłożyłam łóżko, wskoczyłam pod kołdrę i głęboko odetchnęłam.
Jeszcze łyk wody i lulu.
-
Mamo!!! – Czy ta dziewczyna musi stale krzyczeć? – Trzeba jechać po Rafała! – Iga
wpadła do pokoju jak błyskawica. – No już, wstawaj!
-
Ale o co chodzi, dziecko? Czy coś się stało? – Spytałam spokojnie.
-
Dzwonił Krzysiek! Rafał miał wypadek!
Teraz
to ja byłam błyskawicą. Wyskoczyłam z łózka jak oblana wiadrem zimnej wody. Już
sięgałam po spodnie, wzrokiem szukałam torebki.
-
Szybko, ubieraj się! Na co czekasz?! – Wrzasnęłam do Igi. – Gdzie on jest?! Co
się stało?! – Wykrzykiwałam nie przestając się ubierać.
-W
skateparku, za szkołą! - Iga też jak w amoku zakładała buty.
-
Jezu! – Chwileczkę. - W skateparku? – Jakiś samochód wjechał do skateparku i
potrącił mojego syna? Przebił płot?
-
No tak. Chodź wreszcie. – Iga stęknęła.
Czekanie
na windę było ponad nasze siły. Zbiagałysmy po schodach, a w mojej głowie
skandowałao hasło „skatepark”. Jak tam mógł wjechać samochód? Przecież tam
nawet nie ma bezpośrednio za płotem ulicy. Jest trawnik, chodnik, znowu trawnik
i dopiero asfalt. Płot jest bardzo wysoki, jak na boisku do kosza.
-Iga
– zapytałam wsiadając do samochodu – co dokładnie powiedział Krzysiu?
-
No, że Rafał miał wypadek. I, że ma rozwaloną nogę.
-
Nogę?
-
Tak, nogę! – Iga najwyraźniej nie rozumiała, dlaczego w ogóle dopytuję o jej brata.
– Przecież mówiłam! Trzeba go zawieźć do lekarza!
-
Matko! A ja… Nieważne. – emocje mi opadły. Chyba nie było tak źle jak przypuszczałam.
– Można tam jakoś podjechać?
-
Tak, jedź na szkolny parking.
Zaparkowałam
przy furtce na boisko. Ścieżką wokół niego doszłyśmy do skateparku. Rafał
siedział na rampie. Miał skaleczoną łydkę.
-
Mama?! – Był najwyraźniej przestraszony. – Co ty tu robisz?
-
Jak to co? Przecież miałeś wypadek. – Byłam zdziwiona jego reakcją.
-
No tak, ale to nic… - Głos się mu załamał. Za chwilę się popłacze.
-
Spoko, pokaż nogę. – Nie wyglądało to najgorzej. – Co się stało?
-
Straciłem równowagę i spadłem. Skaleczyłem się. Zębatka wbiła mi się w nogę.
-
Taaaaak. Obejdzie się chyba na szczęście bez lekarza – powiedziałam patrząc na
Krzysia. – Iga, przyprowadź rower do domu, Ja z Rafałem wrócimy autem.
-
Okej, mamo. – Iga już nie krzyczała, właściwie to miała srogą minę. Była
wkurzona. – Krzysiek, dlaczego powiedziałeś, że Rafał miał wypadek?
-
No, bo spadł z roweru. I miał taką wykręcona nogę.
-
Ale to przecież nic poważnego, a ty nas nastraszyłeś. Oszalałeś?
-
Rafał nie chciał dzwonić, bo bał się , że jego mama będzie dziamgać, wiec ja
zadzwoniłem – Krzysiu się tłumaczył. – Ale do ciebie.
-
Dziamgać? – spojrzałam na Rafała.
-
Oj mamo, zawsze dziamgasz.
Tak,
zawsze dziamgam, ale wtedy, gdy nie robi tego, o co go proszę lub, gdy spóźnia
się do szkoły albo, gdy siedzi zbyt długo na kompie. No tak, jestem dziamgającą
mamą. Mam nadzieję, że nie jest to odosobniony przypadek wśród rodziców.
Zębatka
nie wbiła się w łydkę głęboko. Na boisku z rany leciała jeszcze krew, ale w
domu zdezynfekowałam ją i zrobiłam opatrunek. Plastry i bandaż to obowiązkowe
wyposażenie apteczki, gdy mamy wśród domowników nastolatka. Rower też nie
ucierpiał. Po prostu Rafał pechowo upadł, zahaczając o łańcuch. Panika
dopełniła obrazu i chłopcy myśleli, że konieczna będzie wizyta na pogotowiu.
Jednak, gdy krew przestała lecieć okazało się, że nie jest źle. Może wyciągną z
tego zdarzenia jakieś wnioski, na przykład, żeby nie wpadać zbyt szybko w panikę.
A
ja? Ja muszę przestać dziamgać. Tylko jak to zrobić?
4
Magda przypomniała o sobocie sms-em. Mam być na 19. Nie wiem, co ona
wymyśliła, ale ok.
- Pamiętacie nasze ustalenia? – Zapytałam dzieci wkładając buty. –
Macie być cicho i nie prowokować sąsiadki. Nie siedźcie zbyt długo.
- Mamo, jesteśmy dorośli. – Iga wyjrzała z pokoju. - Nie musisz nas
tak pilnować.
- Muszę. I prawie dorośli. Do tego tylko niektórzy. – Musiałam być
mamą. – Córciu, po prostu uważaj na brata i nie zapraszajcie tu tabunu
znajomych.
- Jasne. Przyjdzie tylko Sandra.
„Oby” – pomyślałam tylko i zamknęłam za sobą drzwi.
Pod klatką czekał na mnie Uber. Młody chłopak za kierownicą spytał o
moje imię i ruszył.
Jedziemy główną ulicą miasta, ruch jak w Paryżu, a on stale zerka na
telefon.
Zaczęłam się instynktownie denerwować, ze za chwilę w cos przywali,
spowoduje wypadek.
Ale siedzę cicho w nadziei, ze przestanie stwarzać
niebezpieczeństwo.
Jednak po zatrzymaniu się na światłach zaczął przeglądać telefon. A
ruszywszy z miejsca pisać wiadomość. Nie wytrzymałam.
- Przepraszam, czy mógłby pan przestać pisać podczas jazdy? Proszę
skupić się na drodze – powiedziałąm z oburzeniem w głosie.
Koleś nic nie odpowiedział, ale zostawił telefon w spokoju. Był
najwyraźniej wkurzony na pasażerkę, jednak dowiózł mnie na miejsce, ale kiedy
wysiadłam nie odpowiedział na moje do widzenia. Ruszył z piskiem opon. A ja
napisałam mu odpowiednią opinię na stronie Ubera. Tacy nieodpowiedzialni idioci
nie powinni wozić ludzi!
Magda stała wystrojona na maxa. Mini, szpilki, fryzura.
- Jezu! Co to ma być?! – Krzyknęłam z przerażeniem. – Nie mówiłaś,
że trzeba wyglądać specjalnie! O co chodzi?! Przecież ja nie jestem
przygotowana na jakąś galę! – Wpadłam w panikę, ze za chwilę trafię w jakieś
ekskluzywne miejsce, a mam na sobie dżinsy i t-shirt.
- Spokojnie. Bez spiny. – Magda była nad wyraz opanowana. – Przymierzam
ciuchy na imprezę firmową. Musisz mi poradzić, co mam włożyć. – Uśmiechnęła się
i puściła do mnie oko.
- Wariatka – skwitowałam i opadłam na kanapę.
Magda przyniosła całe naręcze kiecek i rzuciła je na krzesło.
- No to zaczynamy. Która najlepsza?
Jej ciuchy były z wyższej półki. I pachniały dobrymi perfumami.
Tylko właścicielka wybrzydzała.
- Załóż tę! Jest cudna!
- Taką długą? Będzie mi się plątać między nogami w tańcu – marudziła.
No tak, kiedy Magda wpada w trans taneczny, to wszystkie stoły
jej!!! Może być niewygodnie podczas wskakiwania na stoliki.
- To tę z dekoltem na plecach. Jest seksowna – próbowałam pomóc.
- Eeee, nieeee… Zmarznę w niej.
- Przecież jest ciepło. Poza tym chyba nie będziesz imprezować pod
gołym niebem?
- No nie, ale gdybyśmy mieli iść później na plażę to jak mam w
takiej kiecce?
- Magda, kurczę, zdecyduj się! Chcesz mieć boskie wejście i wyglądać
wystrzałowo w knajpie czy pójdziesz w dresie, bo może po imprezie pójdziecie dobić
się na plaży?
- O Boże! Dlaczego od razu dobić?! Po prostu byłoby fajne
zakończenie wieczoru!
- Taaaa….. Mokry piasek, zimna woda i spijanie resztek prosto z
gwinta wśród podszczypujących Cię za tyłek naprutych facetów! Rzeczywiście!
Fajne zakończenie wieczoru!!! – Parsknęłam.
- O matko!!! Dlaczego Ty musisz zawsze być taka porządna?! – Magda najwyraźniej
chciała zaliczyć jakby dwie imprezy.
- Nie porządna tylko trzeźwo myśląca. Madziu, idziesz na integrację,
gdzie zerwani ze smyczy kolesie będą się ślinić na Twój widok i myślisz, ze
potem pójdą grzecznie na plażę, usiądą w kręgu i będą recytować wiersze? Nie!
Będą sypać sprośnymi kawałami i zataczać się. Albo gala, albo fala! Co wolisz?!
- O hoho! Poetka! – Magda nie odpuszczała.
- Jezu! Zrobisz jak zechcesz – ja za to odpuściłam. – Ale wtedy
musisz ubrać coś, co sprawdzi się i tu, i tu.
Magda usiadła z impetem na podłodze. Zaczęła płakać.
- Matko! Magda! Daj spokój – nie wiedziałam o co chodzi. – Przecież ja
tylko tak gadam. Jak chcesz to idź na tę plażę.
- Ale ja nie chcę! – Zawodziła już głośno.
- Czego nie chcesz? Iść na imprezę czy na plażę? – Sama zgłupiałam.
- Nigdzieeeeeeeee……! - Jeszcze głośniej.
Okej. Oddychaj głęboko. Zachowaj spokój. Albo zareaguj ostro.
- Magda! Do jasnej cholery! Co się z Tobą dzieje?! Przestań płakać!
Magda powoli zaczęła się uspokajać. Przeniosła się na kanapę,
wyciągnęła na całą jej długość i zamknęła oczy.
- Madziu, co się dzieje? – Zapytałam cicho i z troską w głosie.
Cisza.
Dobra, dam jej trochę czasu. Usiadłam tak, aby głaskać ja po głowie.
Ściszyłam muzykę. Nic nie mówiłam. Aż Magda zasnęła.
Ocknęła się po jakiejś godzinie. Ja już dawno zostawiłam ją w pokoju
samą. Zrobiłam sobie w kuchni herbatę i siedziałam tam przeglądając babskie czasopisma.
Przyszła do mnie ze skruszoną miną i podpuchniętymi oczami.
- Przepraszam – powiedziała cicho.
- Nie przepraszaj tylko mów co się dzieje.
- To chyba menopauza.
Obie ryknęłyśmy śmiechem i nie mogłyśmy się uspokoić.
- Oszalałaś?! To za wcześnie?! – Śmiałam się nadal.
- Tak? – Magda przestała się śmiać i była wyraźnie zdezorientowana.
- Tak sądzę. Masz jakieś objawy poza tym, co zaprezentowałaś
wcześniej? – Zapytałam z przekąsem, ale Magdzie już nie było do śmiechu.
- Nie wiem.
- No dobra. Zacznijmy od najprostszego pytania. Masz miesiączki?
- Nie zawsze.
Ups. Czyżby jednak menopauza i moja przyjaciółka przekwita?
- Oki. Musisz iść z tym do lekarza. Rodzinny, ginekolog? Który jest
ogarnięty i przyjazny?
- Żaden – powiedziała Magda z rezygnacja w głosie.
- Spoko, coś wymyślimy, żebyś trafiła do normalnej osoby, która Ci
pomoże. Bo chyba nie zamierzasz być męczennicą i dać się ponieść temu
szaleństwu bez wsparcia medycznego? – zapytałam.
- Nie! – Magda się obruszyła. – Chcę normalnie żyć! Na pewno bez
takich histerii! I uderzeń!
- Czego?!
- No uderzeń! Pot, gorąco, duszności! Coś Ty, z choinki się urwałaś,
nie wiesz co to uderzenia?! – Magda była poirytowana.
- Oj tam! Od razu nie wiesz?! – Znowu zaczęłam się śmiać.
- Przestań się nabijać! Pogadamy jak Ciebie dopadnie! – Magda też odpuściła
i znowu się zaśmiewałyśmy.
- Obyś tylko z gołym tyłkiem nie ganiała po osiedlu, bo takie
przypadki też się zdarzają!
Przerażenie w oczach Magdy uspokoiło mnie natychmiast.
- Dobra – powiedziałam. – Wybieraj sukienkę, bo będziemy tu siedzieć
do jutra.
- Założę najdroższą.
- Dlaczego najdroższą? – spytałam zaskoczona.
- Żeby ten fiut, Sęp, dostał czkawki. Jak zobaczy, ze ja mam na
sobie coś, co kosztowało więcej niż jego różowe polo ze sterczącym kołnierzykiem
i markowe gacie, posika się z niemocy. I o to chodzi.
Sęp, kierownik Magdy, który faktycznie miał jakąś obsesje na punkcie
kasy i pozycji, potrafił zapytać o cenę wszystkiego, co zainteresowało go u
podwładnych. Przy tym nieustająco przechwalał się stanem swojego majątku. Obsesyjnie
musiał być najlepszy – czytaj najdroższy. Do tego to mobbingujący narcyz. Nie
wiem dlaczego Magda jeszcze tego nigdzie nie zgłosiła. Ale może przyjdzie pora.
Tyle, ze raczej po ogarnięciu menopauzy.
Do domu wróciłam w środku nocy.
Dzieciaki już spały.
Weszłam do kuchni. Zlew był pełen brudnych naczyń. Sterta kartonów po
pizzy zalegała na podłodze.
- Matko, ileż tu ich musiało być, skoro tyle zjedli? – Pomyślałam. –
A miała byś podobno tylko Sandra.
Zajrzałam odruchowo do lodówki. Moja mina była tak zdziwiona, że
sama byłam zaskoczona. Lodówka była wymieciona. Dosłownie. Przecież była tam
jeszcze kilka godzin wcześniej sałatka z brokułów ze słonecznikiem i pasta z jaj. Był pojemnik pełen
świeżej wędliny i o pół kilo żółtego sera.
- Gdzie to wszystko jest? – Zadawałam sobie to pytanie w kółko. –
Karmili bezdomnych czy co? Przecież to niemożliwe, żeby zjedli to we trójkę. Na
pewno był tu tłum znajomych. Normalka. Nie ma kota - myszy harcują. Jutro sobie
pogadamy.
Doszłam do wniosku, ze nie ma co robić awantury w środku nocy. Rozkładając
łóżko zobaczyłam stojącą na stole miseczkę z ciasteczkami. Były na pewno
domowe. Pewnie przyniósł je ktoś ze znajomych dzieciaków. Zjadłam dwa popijając
ciepłą herbatą, wzięłam prysznic i poszłam spać. Chociaż spać to za dużo
powiedziane. Bo zasnąć nie mogłam, a na samo wspomnienie Magdy i jej menopauzy
zaśmiewałam się jak szalona prawie do świtu. Nie wiem tylko dlaczego.


Komentarze
Prześlij komentarz