Zębatka.
Baśka i zębatka. Całość w zakładce "............".
Pan Jerzyk był niziutkim, choć niezwykle silnym chłopem z ogromnymi jak łopaty dłońmi. Nieraz widziałam jak niesie tonę zakupów jedną ręką, drugą podtrzymując rower i jadące na nim dziecko. Żona pana Jerzyka, pani Andżelika, była wysoką, szczupłą, bardzo elegancką kobietą o powściągliwym wyrazie twarzy. Nigdy nie widziałam, aby nosiła jakieś siatki z zakupami. Jerzyk i Andżelika wprowadzili się do mieszkania naprzeciwko, kiedy poprzedni właściciel zmarł. Kupili mieszkanie od jego dzieci.
-
Dzień dobry, pani sąsiadko – zagadnął pan Jerzyk wsiadając za mną do windy. –
Ładny dziś dzień, prawda?
-
Istotnie, ładny – odpowiedziałam uprzejmie.
-
Jedziemy z żoną na grzyby. Muszę jeszcze tylko zabrać kilka rzeczy z domu.
Kluczowy jest nożyk.
-
Nożyk? Aha – nie bardzo wiedziałam, dlaczego akurat nożyk. - Zatem życzę pięknych zbiorów.
Winda
zatrzymała się na naszym piętrze. Moim oczom ukazała się sterta składanych
krzesełek, koszy, toreb i Bóg wie czego jeszcze, przy których czuwała sąsiadka
z miną srającego kota.
-
Co tak długo? – Warknęła na męża.
-
Musiałem poprzekładać wszystko w bagażniku, kochanie – wycedził przez zęby
sąsiad, starając się trzymać fason.
-
Do widzenia – rzuciłam i zamknęłam za sobą drzwi mieszkania.
A
zawsze myślałam, że na grzyby wystarczy zabrać koszyk lub wiadro i porządne
buty.
Telefon
zadzwonił, gdy leżałam w wannie. Nici z mojego cudownego wieczoru z książką w
kąpieli. Uwielbiam!
-
Mamo, ciocia Magda dzwoni! – Iga wydarła się za drzwiami.
-
Powiedz jej, że oddzwonię.
-
Ale ciocia chce teraz z Tobą rozmawiać – najwidoczniej Magda dopominała się o
oddanie mi słuchawki.
-
O Boże, zaraz. – Niezadowolona wyszłam z wanny i otworzyłam drzwi.
-
Matko, oddzwoniłabym przecież – stęknęłam do słuchawki.
-
Oj tam. Co robisz w sobotę?
-
Jezu, nie wiem, jeszcze nic – odparłam ziewając.
-
To wpadaj do nas. Na 20, dobra?
-
Pomyślę.
-
Nie pomyślę, tylko wpadasz. Teraz muszę kończyć. Jutro się zdzwonimy. Pa. – I
tyle było naszej rozmowy.
Odechciało
mi się kąpieli. Szkoda, bo piana pięknie pachniała.
Udar
wskoczył na kanapę, wgramolił się na moje kolana i mościł sobie miejsce na
drzemkę głośno mrucząc. Pomyślałam, że mi także przyda się nieco snu w tak
miłym towarzystwie.
Z
drzemki wyrwał mnie telefon.
-
Cześć – usłyszałam głos byłego, zanim zdążyłam się odezwać. – Pożycz 2 koła.
-
Że co???!!!
-
Kupiłem samochód, dałem zadatek, a potrzebuję go do pracy. Jak nie dopłacę, to
właściciel go zabierze.
-
Peszek. – Czy to mi się śni?
-
Posłuchaj, bez samochodu nie będę mógł zrobić biznesu życia, a mam genialny
pomysł. – Prawie błagał. - Nie bądź zołzą.
-
Faceci kochają zołzy. Ale ja za twoje zainteresowanie uprzejmie dziękuję.
Rozłączyłam się nie czekając na odpowiedź. Najpierw chce w boksie na hali targowej sprzedawać nieruchomości, teraz prosi o pożyczkę na biznes życia. Taaaak. Znam te jego wspaniałe pomysły aż za dobrze. A może by tak zapłacił alimenty bez pomocy komornika?
Wieczorem
miałam dosłownie zgon. Kilkakrotne przerywanie odpoczynku doprowadziło do
takiego zmęczenia, że nie mogłam wręcz myśleć. Musiałam położyć się tu i teraz,
i zasnąć. Czasem tak mam. Jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Dzieje się tak
zwłaszcza w upalne dni. A w tym roku wrzesień jest bajeczny, słońce grzeje jak w lipcu.
Wzięłam
chłodny prysznic, rozłożyłam łóżko, wskoczyłam pod kołdrę i głęboko odetchnęłam.
Jeszcze łyk wody i lulu.
-
Mamo!!! – Czy ta dziewczyna musi stale krzyczeć? – Trzeba jechać po Rafała! – Iga
wpadła do pokoju jak błyskawica. – No już, wstawaj!
-
Ale o co chodzi, dziecko? Czy coś się stało? – Spytałam spokojnie.
-
Dzwonił Krzysiek! Rafał miał wypadek!
Teraz
to ja byłam błyskawicą. Wyskoczyłam z łózka jak oblana wiadrem zimnej wody. Już
sięgałam po spodnie, wzrokiem szukałam torebki.
-
Szybko, ubieraj się! Na co czekasz?! – Wrzasnęłam do Igi. – Gdzie on jest?! Co
się stało?! – Wykrzykiwałam nie przestając się ubierać.
-W
skateparku, za szkołą! - Iga też jak w amoku zakładała buty.
-
Jezu! – Chwileczkę. - W skateparku? – Jakiś samochód wjechał do skateparku i
potrącił mojego syna? Przebił płot?
-
No tak. Chodź wreszcie. – Iga stęknęła.
Czekanie
na windę było ponad nasze siły. Zbiegałysmy po schodach, a w mojej głowie
skandowało hasło „skatepark”. Jak tam mógł wjechać samochód? Przecież tam
nawet nie ma bezpośrednio za płotem ulicy. Jest trawnik, chodnik, znowu trawnik
i dopiero asfalt. Płot jest bardzo wysoki, jak na boisku do kosza.
-Iga
– zapytałam wsiadając do samochodu – co dokładnie powiedział Krzysiu?
-
No, że Rafał miał wypadek. I, że ma rozwaloną nogę.
-
Nogę?
-
Tak, nogę! – Iga najwyraźniej nie rozumiała, dlaczego w ogóle dopytuję o jej brata.
– Przecież mówiłam! Trzeba go zawieźć do lekarza!
-
Matko! A ja… Nieważne. – Emocje mi opadły. Chyba nie było tak źle jak przypuszczałam.
– Można tam jakoś podjechać?
-
Tak, jedź na szkolny parking.
Zaparkowałam
przy furtce na boisko. Ścieżką wokół niego doszłyśmy do skateparku. Rafał
siedział na rampie. Miał skaleczoną łydkę.
-
Mama?! – Był najwyraźniej przestraszony. – Co ty tu robisz?
-
Jak to co? Przecież miałeś wypadek. – Byłam zdziwiona jego reakcją.
-
No tak, ale to nic… - Głos się mu załamał. Za chwilę się popłacze.
-
Spoko, pokaż nogę. – Nie wyglądało to najgorzej. – Co się stało?
-
Straciłem równowagę i spadłem. Skaleczyłem się. Zębatka wbiła mi się w nogę.
-
Taaaaak. Obejdzie się chyba na szczęście bez lekarza – powiedziałam patrząc na
Krzysia. – Iga, przyprowadź rower do domu, ja z Rafałem wrócimy autem.
-
Okej, mamo. – Iga już nie krzyczała, właściwie to miała srogą minę. Była
wkurzona. – Krzysiek, dlaczego powiedziałeś, że Rafał miał wypadek?
-
No, bo spadł z roweru. I miał taką wykręcona nogę.
-
Ale to przecież nic poważnego, a ty nas nastraszyłeś. Oszalałeś?
-
Rafał nie chciał dzwonić, bo bał się , że jego mama będzie dziamgać, wiec ja
zadzwoniłem – Krzysiu się tłumaczył. – Ale do ciebie.
-
Dziamgać? – spojrzałam na Rafała.
-
Oj mamo, zawsze dziamgasz.
Tak,
zawsze dziamgam, ale wtedy, gdy nie robi tego, o co go proszę lub, gdy spóźnia
się do szkoły albo, gdy siedzi zbyt długo na kompie. No tak, jestem dziamgającą
mamą. Mam nadzieję, że nie jest to odosobniony przypadek wśród rodziców.
Zębatka
nie wbiła się w łydkę głęboko. Na boisku z rany leciała jeszcze krew, ale w
domu zdezynfekowałam ją i zrobiłam opatrunek. Plastry i bandaż to obowiązkowe
wyposażenie apteczki, gdy mamy wśród domowników nastolatka. Rower też nie
ucierpiał. Po prostu Rafał pechowo upadł, zahaczając o łańcuch. Panika
dopełniła obrazu i chłopcy myśleli, że konieczna będzie wizyta na pogotowiu.
Jednak, gdy krew przestała lecieć okazało się, że nie jest źle. Może wyciągną z
tego zdarzenia jakieś wnioski, na przykład, żeby nie wpadać zbyt szybko w panikę.
A
ja? Ja muszę przestać dziamgać. Tylko jak to zrobić?
IKu



Komentarze
Prześlij komentarz