Dziadzia
Każdy ma dziadków. Nawet, jeśli ich nie zna. Ja miałam szczęście mieszkać z rodzicami mamy, którzy byli najwspanialszymi dziadkami pod słońcem. A ja ich kochaną wnusią.
Dziadzia był niezwykle spokojny. Nigdy nie krzyczał. Uśmiechał się zaciskając usta, nie pokazując zębów. Opowiadał mi na dobranoc bajkę o organiście Dominiku tak często, że po jakimś czasie zawsze go poprawiałam, gdy tylko przekręcił jakieś słowo. Wojna w jego przekazie była zbiorem ciekawostek z ciepłych krajów na przykład o tym, jak żołnierze gotowali jajka w piasku na pustyni albo unosili się na wodzie ciepłego słonego morza. Ciężko przechodzi mi przez gardło przedstawianie go z imienia i nazwiska. Dla mnie to po prostu mój Dziadzia.
Gdy chodziłam do szkoły, zawsze się nim chwaliłam. Najbardziej dumna byłam z tego, że urodził się w 1899 roku, czyli w XIX wieku. To było coś!
- A mój dziadek urodził się w poprzednim wieku – mówiłam.
- Naprawdę? O rety! – Zazdrościły mi koleżanki.
- Naprawdę. I walczył na trzech wojnach. – Nie bardzo wiedziałam, która była trzecia, ale tak zawsze mówił Dziadzia. – I brał udział w bitwie pod Monte Cassino.
Monte Cassino przebijało nawet datę urodzenia. Mega wrażenie robiło zwłaszcza na chłopakach, z którymi bawiliśmy się w przedszkolu lub na podwórku w „Czterech Pancernych”.
W Pancernych bawiłam się też z Dziadzią, choć częściej bawił się w to z nim mój brat. Wtedy on był Jankiem, Dziadzia Gustlikiem, a pluszowy pies z NRD Szarikiem. W moim przypadku najważniejsze było to, że mogłam być Marusią, bo podczas zabaw w przedszkolu byłam tylko Lidką. Marusią zawsze była Grażyna, która miała długie warkocze.
Dziadzia bawił się ze mną w co tylko chciałam. Miał niespożyte pokłady cierpliwości. Pamiętam, jak pewnego razu bardzo chciałam zostać zakonnicą. Zrobiłam sobie sukienkę z koca, którym owinęłam się jak kokonem. Na głowę założyłam czerwony szalik zrobiony na drutach i zakończony frędzelkami. Był dość wąski i nie wyglądał na welon, ale zapewne nic lepszego nie znalazłam. W trakcie zabawy zmieniłam zdanie - zapragnęłam pobawić się w ślub i zostać panną młodą. Potrzebowałam tylko pana młodego. Został nim oczywiście Dziadzia, z którym maszerowaliśmy pod rękę przez cały długi korytarz naszego mieszkania. Pod drzwiami wejściowymi był jakiś wyimaginowany ołtarz i ksiądz. Tam się zatrzymywaliśmy i braliśmy ślub, a potem z powrotem szliśmy długim korytarzem, a ja uśmiechałam się do wymyślonych gości i pozdrawiałam ich uśmiechem. I tak kilka razy, dopóki mi się nie znudziło.
Chleb był traktowany w sposób szczególny. Jeśli spadł na podłogę, podnosząc go, Dziadzia zawsze go całował. Chleba nie wyrzucało się do śmieci. Ten, który nie został zjedzony, trzeba było spożytkować. Karmiliśmy nim ptaki na plaży. Co kilka dni Dziadzia kroił suchy chleb na drobne kawałki i chodziliśmy nad morze, aby dać go łabędziom i mewom.
Kiedy miałam jakąś okazję, na przykład urodziny czy dzień dziecka, Dziadzia zabierał mnie na zakupy do Pewexu, gdzie kupował mi czekoladę Cadbury z rodzynkami, zawiniętą w fioletowy papierek. Wtedy to było spełnienie marzeń!
IKu



Komentarze
Prześlij komentarz