Tego chciałaś? - rozdział 29

Tego chciałaś?

Rozdział 29 Całego życia z wariatami.
Całość w zakładce pod tym samym tytułem:




Rozprawa miała odbyć się w piątek trzynastego. Nigdy nie bałam się tej daty, była dla mnie szczęśliwa.
Do sądu pojechałam wcześniej, nie chciałam się spóźnić.
Prawie były też przyszedł szybko, od razu z adwokatem. Mój mecenas pojawił się po kilku minutach.
- Dzień dobry pani.
- Witam, panie mecenasie. – Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Jaki nastrój? Wszystko w porządku? – Zapytał adwokat.
Pan mecenas wiedział, jak bardzo zależy mi na tym, aby sprawa rozwodowa zakończyła się jak najszybciej.
- W porządku – powiedziałam i uśmiechnęłam się blado. – Pan wie, że chciałabym  mieć to już za sobą.
- Wiem – odparł mecenas. – Może spróbuję porozmawiać z pełnomocnikiem męża?
- Bardzo proszę, jeśli uważa pan, że ma to sens.
- Spróbuję.
Mecenas podszedł do Zenka i jego adwokata. Po chwili prawnicy odeszli na bok i rozmawiali kilkanaście minut. Długo. Zastanawiałam się, co z tego wyniknie.
Na Sali rozpraw sędzia, po odczytaniu standardowych regułek, zadał nam te same pytanie, co poprzednio. I tym razem prawie były na pytanie „czy zgadza się pan na rozwód?” odparł „Tak.”
- Na rozwód bez orzekania o winie? – Spytał ponownie sędzia.
- Tak, zgadzam się – odpowiedział Zenek i spojrzał na mnie tęsknym wzrokiem.
A może było to spojrzenie kogoś robiącego łaskę. Właściwie nic mnie to nie obchodziło.
- A pani? Podtrzymuje pani wniosek o rozwód  bez orzekania o winie?
- Tak, Wysoki Sądzie. – Prawie brakowało mi tchu.
- W takim razie ogłaszam piętnaście minut przerwy. Potem poproszę strony na ogłoszenie wyroku.
Wyszliśmy z sali. Cała w nerwach siadłam na ławce. Drżałam na całym ciele. Nie wiedziałam, czy z niepewności, czy też z nadziei, że to może być wreszcie koniec.
Po kilkunastu minutach zostaliśmy ponownie wywołani.
Prawie były patrzył mi prosto w oczy z lekceważącą miną. Nie udało mu się mnie złamać. Wytrzymałam spojrzenie, choć nie było mi łatwo. Wreszcie on uległ. Spuścił wzrok i słuchał wyroku.
- Wobec tego, iż obie strony…
Słyszałam tylko, że sąd rozwiązuje nasze małżeństwo. Dotarła do mnie wiadomość o podtrzymaniu kwoty alimentów, ale co to miało za znaczenie, skoro i tak nikt mi ich nie płacił. Czekałam niecierpliwie, aż będę mogła opuścić salę.
Emocje mnie rozpierały. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Podziękowałam serdecznie mecenasowi. Nie wiem jakich użył argumentów, ale przekonał drugą stronę do podjęcia oczekiwanej przeze mnie decyzji. I byłam mu z tego powodu bardzo wdzięczna.
- Tego chciałaś? – Zenek podszedł do mnie.
- Tak, właśnie tego.
Matko! Nie był już prawie byłym. Był przeszłością.
- Może pójdziemy na kawę? Takie małe pożegnanie.
- Innym razem. Spieszę się.
Wybiegłam z budynku sądu. Słońce świeciło mocniejszym blaskiem niż godzinę wcześniej. Kolory były intensywniejsze niż kilkadziesiąt minut temu.
- Mamo! – Zawołałam do telefonu. – Znowu jestem Bosacka! Znowu nazywam się Bosacka!
I popłakałam się z radości.

Bałam się, ze Zenek w mitomańskim widzie wniesie jakieś odwołanie od wyroku, ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Dzień rozwodu był jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Lata wstydu i upokorzeń z racji faktu, iż byłam żoną tego właśnie człowieka bezpowrotnie minęły.
Po uprawomocnieniu się wyroku wróciłam do panieńskiego nazwiska. W Urzędzie Stanu Cywilnego, po złożeniu wniosku, polecono mi poczekać na korytarzu.
- Pan kierownik musi zatwierdzić wniosek. Za parę minut poprosimy panią – poinformowała mnie pani z okienka.
Siadłam na krześle w holu gmachu. Czekałam prawie godzinę, ale postanowiłam nie interweniować. Miałam przecież uzyskać potwierdzenie zmiany nazwiska, a niczego bardziej teraz nie pragnęłam.
- Proszę panią. – Urzędniczka w garsonce wywołała mnie do pokoju. – Pan kierownik panią przyjmie.
Weszłam do gabinetu kierownika. Za biurkiem stał pan w średnim wieku, ubrany w garnitur. Na szyi miał zawieszony łańcuch zakończony herbem naszego miasta.
- Witam panią.
- Dzień dobry – odparłam zaskoczona oficjalnym wyglądem osoby naprzeciwko.
- Jako przedstawiciel władz naszego miasta i kierownik Urzędu Stanu Cywilnego chciałbym wręczyć pani aktualny odpis aktu małżeństwa, potwierdzający pani obecny stan cywilny i powrót pani do nazwiska panieńskiego.
Co to ma być? Uroczystość rozwodowa? Poczułam się jak podczas ceremonii ślubnej.
- Bardzo proszę, oto akt. – Facet z łańcuchem wyszedł zza biurka i wręczył mi kartkę papieru z wydrukowanym aktem. – Gratuluję.
Czego? Straconych lat? Upokorzeń? Nerwicy?
- Dziękuję – odparłam, bo niby co innego miałam powiedzieć?
Ale czułam się jak w świecie absurdu. Wyszłam z gabinetu oszołomiona dziwnością całej sytuacji.
Byłam wolna.

Wieczorem poszliśmy z Igą i Rafciem na lody. Zamówiliśmy po ogromnej porcji z bitą śmietaną i dodatkami. Dzieci przekomarzały się między sobą, a ja patrząc na nich jadłam mój czekoladowy deser, który dziś był moim szampanem.

IKu

Komentarze

Popularne posty