Całe życie z wariatami - rozdział 27

Foki to ryby. 😕
27 rozdział Całego życia z wariatami. Całość w zakładce pod tym samym tytułem:
https://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html



Jesień była piękna. Ciepła i kolorowa. W niedzielę postanowiliśmy wybrać się z dzieciakami do zoo. Anetka, która urodziła wiosną trzeciego syna postanowiła pojechać z nami. Oczywiście z otoczeniu swojej imponującej gromadki dzieci. Zatem podzieliłyśmy dzieci na dwa samochody. Ze mną, Igą i Rafciem pojechali Paweł oraz Gaweł – taki żarcik męża Anetki po narodzinach ich drugiego syna. Nieważne, że skrzywdził dziecko, nadając mu imię bohatera wierszyka i zapewne w szkole śmieją się z jego imienia. Grunt, że tatuś miał radochę. Anetka zabrała Marzenkę i najmłodszego Filipa.
Pomimo, że zoo nie jest moim ulubionym miejscem relaksu, z uwagi na zamknięcie zwierząt, to jeździmy tam czasem, bo jest ono pięknie położone. Las, mnóstwo zieleni, zadbane alejki. Tym razem zwierzaki korzystały z jesiennego słońca i wygrzewały się na wybiegach. Najmłodsze dzieciaki Anetki co chwilę piszczały z radości, a starsze, na czele z Igą, opowiadały im o zwierzętach. Po drodze kupowaliśmy frytki i lody, i zajadaliśmy się nimi. Dzieci oblepiły sobie buzie słodką watą cukrową, która zawsze będzie mi się kojarzyć z odpustami na wsi oraz saturatorami z wodą podczas upałów w czasach mojego dzieciństwa. Było przyjemnie.
Zatrzymaliśmy się przy wybiegu dla fok. Marzenka wspięła się na balustradę i obserwowała fokę nurkującą i wypływającą co chwilę z basenu. Klaskała z radości.
Kilka metrów dalej stał starszy pan z około pięcioletnim malcem.
- Zobacz, wnusiu, to są foki.
- Foki? Fajne.
- Pewnie, że fajne. Widzisz jak nurkują? – Pytał dziadek.
- Taaak! – Chłopiec cieszył się jak każde dziecko.
- O, o, patrz. Teraz tam wypłynie. – Dziadek wskazywał kierunek, gdzie powinna pojawić się foczka.
- Dziadku, a foki to zwierzęta? – Zapytał malec.
- Tak, zwierzęta, wnusiu. – Odparł dziadek dumny z tego, że może wnukowi przedstawiać otaczający go świat. – To ryby.
Zatkało nas. Nagle zapadła cisza. Iga przestała opowiadać Marzence o foczce.
- Mamo – szepnęła do mnie. – Przecież foka to nie ryba.
- Wiem, dziecko, ale może nie każdy ma taką wiedzę?
- Proszę pana! – Zawołała Iga do starszego pana obok zanim zdążyłam ją powstrzymać.
Pan chwycił wnuka za rękę i odwrócił się w naszą stronę.
- Pani mówi do mnie? – Zapytał zdezorientowany.
- Tak, proszę pana – odparła moja córcia.
- O co chodzi?
- Foki to nie ryby. To ssaki – Iga próbowała grzecznie uzmysłowić panu pomyłkę.
- Jak to nie ryby? – Pan jednak się obruszył.
- No nie. Wprowadza pan w błąd chłopca. To ssaki.
- Jak to ssaki? Przecież pływają. Jak pływają to ryby. – Pan wzruszył ramionami, pociągnął wnuka za sobą i szybkim krokiem oddalił się w kierunku słoni.
- Musiałaś się powymądrzać, tak? – Spytałam z uśmiechem Igę.
- Musiałam. Zawsze trzeba próbować walczyć z niewiedzą. I ignorancją. – Powiedziała Iga. – Żeby potem nie gadać takich głupot jak wychowawczyni Rafcia z przedszkola, która twierdziła, że foka znosi jajka. Pamiętasz?

Po południu pojechaliśmy na zakupy. Rafałowi potrzebne były spodnie. W sklepie dla dzieci, o ile jeszcze gdzieś udało się znaleźć dobry na niego rozmiar, fasony były bardzo dziecięce. Zaś w sklepach dla dorosłych wszystko było za duże. Prawdziwy problem garderobiany nastoletnich dzieci, to brak sklepów z przejściowymi rozmiarami. A do tego dzieciaki bajerują rodziców jak mogą, żeby uwierzyli, iż te dorosłe ciuchy idealnie na nich leżą.
Zatem chodziliśmy chyba ze dwie godziny od sklepu do sklepu w nadziei na znalezienie wreszcie czegoś pasującego na Rafcia.
- Czy mogę w czymś państwu pomóc? – Pytały naduprzejme ekspedientki w każdym ze sklepów.
- Niestety, nie znajdę nic w tym rozmiarze. – Odpowiadały zawsze tak samo i dziwiły się, gdy Rafciowi nie podobał się fason, jeśli jakimś cudem znalazły coś prawie na niego pasującego.
Rafał już od dziecka wiedział czego chce, jeśli chodzi o garderobę. Kiedy upatrzył sobie jakiś ciuch, tak długo szukał, aż go znalazł. Gdy miał około siedmiu lat pojechaliśmy na halę targową po spodnie. Na jednym ze stoisk pani oferowała nam przeróżne wzory. A mały Rafał dokładnie wybierał, mówił, czego oczekuje, aż kobieta była zaskoczona, że taki młody, a taki przekonany do swojej wizji. Tak, to prawda, że zakupy z Rafałem to przynajmniej pewność, że nie będzie mierzenia bez sensu, na próbę. Albo jest to czego chce, albo nie ma. I wtedy nie tracimy czasu.
Tym razem niestety nie udało się. Na pocieszenie poszliśmy na lody do Grycana. Rozsiedliśmy się przy stoliku i zajadaliśmy te pyszności. Naprzeciwko był sklep kosmetyczny.
- Posiedźcie chwilkę. Skoczę tylko po puder do tego sklepu. – Wskazałam sklep po drugiej stronie holu.
- Oki, mamo. Idź - powiedziała Iga. – Będziemy tu siedzieć.
Weszłam do sklepu. Kolorem przewodnim był w nim róż. Różowe półki, wzory na ścianach i mundurki pań sprzedających.
- W czym mogę pani pomóc ? - Usłyszałam nieśmiertelną formułkę.
- Chciałabym puder – powiedziałam i uniosłam wzrok do góry.
Zobaczyłam kobietę z plastikową maską na twarzy, oczami mocno podkreślonymi kredką i odblaskowymi ustami w kolorze różowym. Rozejrzałam się po sklepie. Kilka innych kobiet, równie sztucznych jak ich koleżanka przechadzało się po sklepie, gotowych do pomocy każdemu klientowi jak jakieś roboty. I u wszystkich te agresywne, różowe usta. Poczułam się jak w horrorze. Za chwilę te porcelanowe lale rozpadną się na kawałki, a z ich wnętrza wypełzną obrzydliwi przybysze z kosmosu.
Poczułam ciarki na plecach. Podziękowałam za pomoc i szybko opuściłam sklep. Dziwne podejście marketingowe. Bo chyba odstraszanie klientów nie powinno być celem nadrzędnym?

IKu

Komentarze

Popularne posty