Nie ufaj nikomu. ;) Rozdział 24.
Oto ciąg dalszy perypetii bohaterów Całego życia z wariatami.
Całość w zakładce pod tym samym tytułem:
https://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html
Całość w zakładce pod tym samym tytułem:
https://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html
Po wakacjach
pojawiła się Fioletowa, czyli Andżelika. Opalona i uśmiechnięta wpadła jak
burza do hali. Już z daleka było widać jak przeciska się miedzy tłumem
klientów. Kiedy dotarła do mnie, była zgrzana.
- Dzień dobry,
Basiu!
- No, witam
panią! - Odpowiedziałam radośnie.
Andżelika
zazwyczaj przynosiła ze sobą dobry nastrój. Emanowała zawsze jakąś taką
prostotą życia. Wcisnęła się za ladę i opadła na krzesło.
- Wody! Umieram
z pragnienia – wysapała.
Podałam jej
butelkę wody, którą zawsze miałam pod ręką.
- Mam zdjęcia z
wesela i podróży poślubnej – odparła, gdy ugasiła pragnienie. – Może wyskoczymy
na kawę?
- Teraz nie
mogę. Ale za dwie godziny przyjdzie pani Ania i wtedy będę wolna.
- Dobrze. To ja
sobie pochodzę po sklepach, może coś wypatrzę, a o trzeciej wrócę po ciebie.
Może być? – plan już był gotowy.
- Ok. To do
trzeciej.
Andżelika
zniknęła ponownie w tłumie.
Zamknęłam na
chwilę kratę na stoisku i poszłam po coś na śniadanie. Mój żołądek zawiązał się
już w supełek. Po zakupach skręciłam w alejkę, gdzie buty sprzedawała mamusia z
synusiem. I tam spostrzegłam, jak mój jeszcze mąż prowadzi z kobietą ożywioną
dyskusję. Opowiadał coś, a mamusia od butów chętnie mu przytakiwała i co chwila
wtrącała coś od siebie. Do mnie, po mojej wieczornej akcji, nie zaglądała.
A kiedyś tak wieszała
psy na moim jeszcze mężu, gdy opowiadała o jego wyczynach na hali! Jak to
potrafił przyjść do jej synusia, wsunąć mu w dłoń banknot podczas powitania i
cicho szepnąć, żeby zakupił ćwiarteczkę. Wszystko po to, abym nie miała podstaw
do oskarżania go o kupowanie gorzały. Jakby co, to kolega wpadł z flaszeczką.
Albo jak ukrywał się na stoisku z butami, gdy pojawiał się poborca podatkowy.
A teraz taka
komitywa? No tak! Bingo! Już wiem skąd mamusia synusia wiedziała, gdzie
mieszkam. Zenek na pewno opowiadał jej wiele o nas. Wyobrażenie o mnie też
pewnie miała dzięki jego mitomańskim opowieściom.
Odwróciłam się w
drugą stronę i wróciłam szybko do siebie. Miałam nadzieję, że prawie były nie
zawita do mnie. Oczywiście moje nadzieje były płonne. Zenek przyszedł, gdy
kończyłam jeść kanapkę.
- Cześć,
kochanie – powiedział.
- Nie jestem
twoje kochanie – warknęłam.
- Przyszedłem,
bo mam ci coś ważnego do powiedzenia. A nie chciałem rozmawiać przez telefon.
Oho! Znowu jakaś
tajemnica państwowa?!
- Możemy
porozmawiać na osobności?
- Jesteśmy sami.
Klienci nas nie podsłuchują.
- Dobra. Jak
chcesz. Ale żebyś nie miała pretensji, jak się coś stanie. – Zenek znowu był
jak w transie.
Mówił cicho,
jakby rzeczywiście bał się, że ktoś go podsłucha.
- Uważaj na
siebie i na dzieci.
- Uważam. –
Chciałam uciąć tę rozmowę.
- Ja mówię
poważnie. – Znowu ściszył głos. – Nie ufaj nikomu. Ja też nie ufam. Nawet numer
telefonu zmieniłem.
- Zenek, proszę
cię, daruj sobie te chore gadki. I idź już stąd, bo mi klientów odstraszasz.
- Posłuchaj mnie
wreszcie! – Powiedział cicho, ale podniesionym głosem. – Ktoś chce ci zrobić
świństwo. Miesza w urzędzie skarbowym. W piątek będę znał jego nazwisko i numer
telefonu.
O matko! Niech żyją omamy! Gdyby zadzwonił,
rozłączyłabym się po prostu. A tak musiałam wysłuchać tych bzdur do końca.
- Dam ci jego
dane, ale tylko ksero – zastrzegł jeszcze mąż w amoku. – Oryginał zostawię
sobie jako zabezpieczenie. Wiesz, bo świństwo ten ktoś chce zrobić tylko tobie.
Ja się martwię o ciebie i przepraszam cię za wszystko, ale ty musisz bardzo
uważać.
- Dobra, dzięki
za ostrzeżenie. Możesz już iść. – Próbowałam się go pozbyć po raz kolejny.
- Słuchaj, naprawdę
się martwię. To świństwo chce tobie zrobić ktoś z rodziny. Więc uważaj.
- Dobrze, będę
uważać.
I wtedy jak
zbawienie pojawiła się pani Ania.
- Coś jeszcze,
bo zaraz jadę do domu? – Wykorzystałam okazję.
Pani Ania
zmierzyła ostro Zenka z góry na dół. On najwyraźniej obawiał się rozmowy z nią,
bo jak wiadomo, był jej winien kasę, więc nie opierał się. Pożegnał się i
zniknął, a jego podejrzenia razem z nim.
Naturalnie nie
pojechałam do domu. Przed halą czekała Andżelika. Miała w rękach z pięć toreb.
Najwidoczniej zakupy się udały.
- Gdzie idziemy?
Może do tego nowego pasażu?
- Idziemy do
Starbucksa. Muszę poprawić sobie nastrój.
- Dobrze. A
stało się coś?
Opowiedziałam
Fioletowej w skrócie o wizycie prawie byłego. Nic nie powiedziała. A potem
zapłaciła za moje duże karmelowe macchiato, od którego jestem uzależniona.
Andżelika miała
dwa albumy zdjęć. Te z wesela były wysmakowane, w dużej części czarno-białe. Od
razu widać było, że robił je profesjonalista. Wakacyjne fotki były kolorowe,
pełne słońca i głupich min. Przebijał z nich luz. Podróż poślubna, jak widać,
należała do udanych.
- Przywiozłam ci
pamiątkę z Maroka. – Fioletowa pamiętała o mnie w tym wymarzonym przeze mnie
miejscu? – Taki drobiazg.
Wyjęła z torby
przepiękny naszyjnik ze srebra i turkusów. Całość była niezwykle misternie
wykonana i po prostu piękna.
- Dziękuję
bardzo, ale nie trzeba było robić sobie kosztów.
- Basiu, daj
spokój. Jakie koszty? Proszę, to dla ciebie. – I podsunęła naszyjnik w moją
stronę.
- Dzięki
śliczne. Jest naprawdę piękny.
- Podoba ci się?
Naprawdę?
- Jasne. Jest
cudny – zapewniłam Andżelikę.
- To dobrze,
całe szczęście. Wiesz, tylko mam prośbę do ciebie.
- Tak? –
zapytałam.
- Dziś idziemy z
Miśkiem do znajomych na imprezkę. Mam taką sukienkę z turkusowymi wstawkami i ten
naszyjnik bardzo by mi pasował. Pożyczysz?
I w ten oto
sposób dostałam prezent, którego już nigdy więcej nie ujrzałam.
IKu



Komentarze
Prześlij komentarz