Stoję na ulicy i macham ręką... Całe życie z wariatami - rozdział 21.
Kolejny rozdział Całego życia z wariatami.Całość w zakładce o tym samym tytule:
https://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html
21
Na rozprawę
rozwodową pojechałam wcześniej. Bałam się, że nie znajdę miejsca do
zaparkowania i będę musiała daleko iść do budynku sądu. Byłam podekscytowana,
ale nie zdenerwowana. Od czasu rozstania z Zenkiem byłam kilka razy w sądzie.
Gmach i panująca w nim atmosfera nie robiła już na mnie wrażenia. Ludzie w
togach przemykający cicho korytarzami, rozmowy prowadzone szeptem, przygnębieni
oczekujący na wyroki. To wszystko było mi już znane.
- Cześć –
jeszcze mąż przywitał się ze mną.
- Cześć – odpowiedziałam
chłodno.
- Nie dam ci
rozwodu – ciągnął.
- O tym
zadecyduje sąd – odparłam i odeszłam w drugi koniec korytarza.
Złożył pozew o
rozwód, a teraz nie da mi rozwodu. Najwyraźniej mój prawie były cierpiał na
rozdwojenie jaźni.
Przyszedł mój
mecenas. Za chwilę pojawił się także jego „parszywy przeciwnik”, jak ktoś go kiedyś
nazwał, czyli adwokat Zenka. Wywołano nas.
Rozwód to
specyficzna sprawa sądowa, w czasie której musisz mówić o niezwykle intymnych
szczegółach pożycia małżeńskiego. Sędzia chce wiedzieć, gdzie i kiedy dokładnie
odbyłaś stosunek seksualny ze swoim jeszcze aktualnym małżonkiem. Chce znać
daty oraz godziny waszych kłótni i słowa jakich wtedy używaliście. Musicie
podać wydarzenie lub moment, w którym wasz związek wygasł. A czy zestresowana przesłuchiwana
osoba, która nie pragnie niczego tak bardzo, jak wreszcie uwolnić się od tej
drugiej osoby, pamięta te wszystkie szczegóły? Nie. A przecież powinna! Wobec
tego, zdaje się, każdy powinien od pierwszego dnia trwania małżeństwa prowadzić pamiętnik i
skrupulatnie notować wszystkie nieprzyjemne rozmowy, kłótnie oraz liczyć odbyte
stosunki – zarówno te satysfakcjonujące jak i nie. Zgromadzone informacje to materiał na ewentualny pozew sądowy i dowody na
to, iż za rozpad pożycia odpowiada partner. W każdym razie, w moim odczuciu, od
początku trzeba kalkulować i przewidywać smutny koniec. Na miłość i zaufanie
nie ma miejsca. Przeraża mnie pragmatyzm sądu.
- Czy wyraża pan
zgodę na rozwód? – Zapytał sędzia po uzyskaniu od nas wszystkich potrzebnych mu
informacji na temat naszego związku.
- Nie – odparł
mój jeszcze mąż.
- Wobec tego,
dlaczego złożył pan pozew?
- Bo chcę
rozwodu, ale z winy żony.
- Zatem – sąd cierpliwie
pytał dalej. – Czy wyraża pan zgodę na rozwód?
- Tak, ale z
winy pozwanej. – Najwidoczniej adwokat szeptem przemówił mu do rozumu i Zenek
zmienił zdanie.
- Dziękuję. A
czy pani wyraża zgodę na rozwód? – Teraz sędzia zwrócił się do mnie.
- Tak.
- Domaga się
pani rozwodu bez orzekania o winie?
- Tak, Wysoki
Sądzie - potwierdziłam z zapałem.
- A może widzi
pani możliwość pogodzenia się z mężem? Może potrzebujecie Państwo czasu,
rozmowy?
- Nie, panie
sędzio. Nie widzę takiej możliwości – odparłam i zaczęłam się trochę obawiać
ciągu dalszego tej rozprawy.
- A czy pan
widzi możliwość powrotu do żony? – Sędzia zapytał Zenka.
- Tak. –
Oczywiście mój prawie były zmieniał zdanie jak rękawiczki.
- Zatem, czy
kocha pan żonę?
- Tak.
Dość! Kiedy to
się wreszcie skończy? Nawet sąd dał się nabrać na tę jego miłość? Oczywiście!
Rozprawę odroczono, a ja, ze łzami w oczach wybiegłam jak najszybciej z sądu,
żeby tylko na tego wrednego gnoja nie patrzeć.
Moja
przyjaciółka z liceum rozwiodła się kulturalnie i spokojnie. Książkowy przykład
niezgodności charakterów. Gdy doszli z mężem do wniosku, że nie chcą już być
razem, uzgodnili szczegóły opieki nad dzieckiem i alimentów, podzielili majątek
i zatrudnili jednego adwokata, żeby zaoszczędzić trochę kasy. W sądzie zgodnie
potwierdzili rozpad związku i na pierwszej rozprawie uzyskali rozwód. Ale
mojemu jeszcze mężowi najwyraźniej gnębienie mnie sprawia przyjemność? Przecież
wiadomo, że kiedyś wreszcie ten rozwód dostaniemy. Po co to tracić czas i
pieniądze, o zdrowiu nie wspominając?
Wieczorem
pojechałam do Magdy, żeby zalać smutki. Poszłyśmy na lampkę wina do kafejki za
rogiem, gdzie wyrzuciłam z siebie wszystko, co leżało mi na duszy w sprawie
rozwodu.
- Cześć,
dziewczyny. Możemy się przysiąść? – Tadek z Krzyśkiem podeszli do stolika.
- Cześć –
odpowiedziałam, choć na towarzystwo to ja ochoty nie miałam. Zwłaszcza Krzyśka,
który, umówmy się, zrobił na mnie piorunujące wrażenie przy pierwszym spotkaniu,
ale niekoniecznie pozytywne.
- Oj, Tadek,
mieliście nie przychodzić. – Magda miała wyraźne pretensje do męża. – Chcemy
pogadać same z Basią.
- Daj spokój.
Basia musi poprawić sobie humor, a nie zadręczać się. – Tadek miał swój pomysł
na moje problemy. – Prawda, Basiu?
- Może i racja –
odparłam.
- No! Siadaj,
Krzychu. Zamówię po piwku. Co dla was, dziewczyny?
Po jakimś czasie
do kafejki zaczęli zaglądać kolejni znajomi, wracający ze spaceru z psem albo z
przejażdżki rowerowej. I tak zebrało się nas całkiem spore grono. Siedząc w
kawiarnianym ogródku, połączyliśmy stoliki i dobrze się bawiliśmy.
- Już późno –
zerknęłam na zegarek. Była prawie północ. – Muszę jechać do domu.
- Jedziemy
razem? – Zapytała Beata, która przyjechała do rodziców, mieszkających niedaleko
mnie. Odwiedza ich co kilka tygodni, mieszkając w Warszawie.
- Jasne.
- To wzywam
taksówkę.
Pożegnałyśmy się
ze wszystkimi bardzo wylewnie. Usłyszałam wiele ciepłych słów wsparcia i
deklaracje pomocy, w razie potrzeby. Ponieważ nie było widać taksówki,
wyszłyśmy z parkingu przed knajpką na ulicę. Nic.
- Dzwoniłaś? –
zapytałam po raz nie wiem który Beatę.
- Tak.
Powiedzieli, że wysyłają.
- Ile już
czekamy?
- Chyba ze
dwadzieścia minut.
- Zadzwoń
jeszcze raz. Może pomylili adresy.
- Halo – Beata
już rozmawiała z korporacją. – Zamawiałam taksówkę, ale czekamy już długo i
żadna nie przyjechała. Tak, proszę pani – odpowiadała na pytania dyspozytorki.
– Stoję przy ulicy, naprzeciwko budynku Compensy. Czy ten pan mnie widzi?
Macham ręką. Jak to nie widzi nikogo? Proszę pani, wyszłam na ulicę i macham
ręką. Magda, chodź i machaj ze mną. – Beata włączyła mnie do działań dających
znaki taksówkarzowi. – Proszę pani, stoimy na ulicy z koleżanką i machamy. Pan
taksówkarz teraz nas na pewno widzi. Nie?
Okazało się, że
Beata zadzwoniła na numer taksówki, ale do korporacji warszawskiej.
IKu


Komentarze
Prześlij komentarz