Całe życie z wariatami - rozdział 20


Dziś rozdział 20. 😉
Całość w zakładce Całe życie z wariatami:
http://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html


Wakacje.
Pojechaliśmy na urlop na Mazury. Dzieciaki i ja. To chyba pierwszy prawdziwy wypoczynek od czasu ich narodzin. Jedziemy, dokąd chcemy, robimy, na co mamy ochotę, śpimy, gdzie nam się spodoba. Żyć nie umierać, jak mówił Kargul.
Iga i Rafał są zgodnym rodzeństwem i nawet nie kłócą się za często. Wspólnie kąpią się w basenie i wiosłują na spływie kajakowym. Wieczorem nawet w tę samą grę planszową chcą grać. Umarłam i jestem w niebie? Nie, to moje dzieciaki, w nowych warunkach, oderwane od komputera i kolegów, nagle znalazły przyjemność w byciu razem.
                                                                                                                       
Urlopy, gdy dzieciaki były małe, nie były odpoczynkiem w sensie fizycznym. W zasadzie w aspekcie psychicznym też zawsze były męczące. Dla mnie, nie dla mojego męża, oczywiście. On zawsze się dobrze bawił.  Jeździliśmy zazwyczaj nad jezioro do domków lub pod namioty, często z grupą znajomych. W ciągu dnia najważniejsza była opieka nad dzieckiem. Trzeba było mieć oczy wkoło głowy. Bliskość wody, las, obcy ludzie wymuszały stałą kontrolę. Drzemka poobiednia stanowiła jedyny moment  wytchnienia. Potem znowu chodzenie godzinami po schodach, bo Idze bardzo się podobało to zdobywanie szczytu. Śpiewanie kilkadziesiąt razy pod rząd tej samej piosenki, bo Rafcio ją uwielbiał i stojąc na pniu pośrodku placu zabaw wykrzykiwał znane mu słowa, grając na gitarze – zabawce. Robienie babek z piasku, które były notorycznie, z radością niszczone i prośba o stawianie kolejnych, to normalne zachowanie obojga moich dzieci. Tatuś tymczasem zawsze znalazł sobie kompanów do pływania, grania w karty czy bilard i dzieci zazwyczaj przeszkadzały mu w jego rozrywkach. Nawet jeśli zajmował się nimi, to zwykle trwało to króciutko. Wieczorem, gdy dzieci zasnęły, ze słodkim uśmiechem wychodził, jak twierdził, na godzinkę na piwko do kolegów i… wracał rano. Czasem wtedy, gdy już trzeba było wstawać. Zatem wstawałam ja oraz dzieci, a mężuś odsypiał nocną imprezę i tak codziennie. Zenek, nawet, gdy zdarzyło się, że wyjechaliśmy na urlop sami, zawsze znalazł sobie jakiegoś kompana do piwka. Miał zadziwiającą łatwość nawiązywania kontaktów. Na samo wspomnienie tych wspólnych wakacji mdli mnie i czuję niepokój w żołądku. Powrót nerwicy. Na szczęście staram się nie rozmyślać zbyt często o moim poprzednim życiu.

A teraz nie jestem od nikogo zależna. Zwłaszcza od braku odpowiedzialności. I nie muszę uważać na złe skutki picia wódki. O rety, poetka ze mnie!

Na wakacjach objadamy się smakołykami. Ryba smażona na śmierdzącym oleju z frytkami i surówką z białej kapusty podana na tekturowej tacce smakuje bosko. Gofry z bitą śmietaną, ociekające sosem o smaku toffi, który oblepia nasze palce podczas jedzenia są najsmaczniejszym deserem świata. Zaś lody na patykach , źle przechowywane przez oszczędnych sklepikarzy i właściwie rozmrożone już w momencie wyjmowania ich z lodówki, są rarytasem w upalne dni. Do tego chamskie hamburgery czyli papierowe kotlety w gumowatych bułkach lub wyschnięte na wiór gorące oscypki z dżemem to wyśmienite wakacyjne przekąski. I, o dziwo, w czasie urlopu, wszyscy znawcy dobrej kuchni, pobierający nauki u Magdy Gessler czy Modesta Amaro, pochłaniają tony tych świństw. A na dodatek, smakują im one. I mnie też.

Urlop zbliżał się ku końcowi. Byłam bardzo zadowolona, że spędziliśmy wspólnie razem te 10 dni. Mam naprawdę fajne dzieciaki. I w zasadzie mogę stwierdzić, że obyło się bez spięć, poza dwoma tematami, które powracały jak bumerang niemal codziennie rano.
- Mamo, Rafał znowu chrapał! – Iga rozpoczynała tak każdy dzień.
- Nie chrapałem! – Bronił się Rafał.
- Chrapałeś!
- Nie! A ty zgrzytasz zębami! – Teraz Rafcio atakował.
- Ja?!
- Tak, ty!
- Przecież ja nie zgrzytam! Mamo, on kłamie!
- Zgrzytasz!
- A ty chrapiesz!
Wiadomo, że Rafcio często chrapie. A jak jest przeziębiony i ma katar, to nie pomagają zamknięte drzwi. I tak słychać. Iga zgrzyta zębami od małego. Tak ma, po prostu. Co prawda, różne osoby mają na to różne zabobonne teorie, ale w XXI wieku nie maja one racji bytu. A ja przyzwyczaiłam się do tych odgłosów i, jeśli się na nich nie skupiam, nie słyszę ich.

IKu
 

Komentarze

Popularne posty