Całe życie z wariatami
Rozdziały 13-14 niektórym są znane. Rozdział 15 ma dziś premierę. 😌
Cała opowieść w zakładce "Całe życie z wariatami":
http://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html
13
- Kobieto, wsiadaj w auto i
przyjeżdżaj! Idziemy na wieczorny spacer. Czekam na ciebie.
- A właściwie czemu nie? Będę
za pół godziny.
- Dzieciaczki, jadę do cioci
Magdy. Dacie sobie radę beze mnie? – zapytałam, z góry znając odpowiedź.
- Oj mamo, przecież nie
jesteśmy dziećmi! – Iga najwyraźniej ucieszyła się, że chata będzie wolna.
- Tylko nie siedźcie długo.
Rafał, słuchaj siostry.
- Dobrze, mamo. – Taki zgodny
synuś mi się trafił?
- Czy wy czasem czegoś nie
knujecie? Ktoś do was przyjdzie?
- Mamo, zawsze powtarzasz, że
powinniśmy być dla siebie najważniejsi na świecie. A kiedy realizujemy twoje
zalecenia, dziwisz się. Gdzie tu logika? – Iga była bardzo elokwentna.
Racja. Zawsze mówię moim
dzieciom, że gdy mnie zabraknie, będą mieć tylko siebie nawzajem i muszą o tym
zawsze pamiętać. Powinni kochać się i zawsze się o siebie troszczyć. I w
zasadzie tak robią. Kłócą się, naturalnie, jak każde rodzeństwo, ale w trudnych
momentach zawsze mogą na siebie liczyć. Potrafią wspierać podjęte przez siebie
nawzajem decyzje i stają we własnej obronie. Najbardziej widoczne było to zwłaszcza
w czasach, gdy chodzili do jednej szkoły. Iga potrafiła wtedy odstraszyć
każdego, kto chciałby zrobić krzywdę jej młodszemu bratu, rozpowiadając na lewo
i prawo, iż Rafał to jej worek treningowy i tylko jej wolno mu przyłożyć. I
wszyscy respektowali to swoiste prawo krwi.
Tym razem byli jednak zbyt
zgodni. Poza tym czujności nigdy za wiele.
Pojechałam do Magdy. Był dość
ciepły kwietniowy wieczór. Po bulwarze spacerowało sporo ludzi. Po przejściu
alejki w dwie strony usiadłyśmy w kafejce przy kawie. Obgadałyśmy już prawie
wszystkich i wszystko. Dowiedziałam się co słychać u licznych, a dawno niewidzianych
znajomych, kto gdzie wybiera się na wakacje i jaki kupił samochód. Nasze
pogaduchy mogły trwać w nieskończoność, tyle, że Magda miała niespożyte siły, a
ja wczesnym wieczorem marzyłam już o łóżku i poduszce. Tym razem jednak dałam
radę i w kierunku domu ruszyłyśmy dopiero około 22.
- Wejdź na górę. Wypijesz
jeszcze herbatkę.
- Zmęczona jestem. Pojadę już
– odparłam zmęczonym głosem.
- Oj daj spokój. Gadasz jak
staruszka zmęczona życiem.
- Bo jestem zmęczona.
- Ale nie staruszka. Idziemy!
– Zarządziła Magdalena.
Otwierając drzwi usłyszałyśmy
męskie głosy.
- Macie chyba gości?
- To chłopaki z pracy mieli
wpaść do Tadka. Chodź, chodź.
Ochotę na udział w męskiej
imprezie miałam raczej średnią, ale w końcu nie chciałam już robić z siebie
takiej marudy.
- Cześć Tadziu.
- O, cześć Basia. A my tu
sobie imprezujemy. – Tadek czknął. Miał już radosny wyraz twarzy. – Poznaj Marka.
A to Krzychu. Pracujemy razem.
- Miło mi – odparłam i uścisnęliśmy
sobie ręce. Marek podał mi sflaczałą dłoń. Nie znoszę, gdy ktoś, zwłaszcza
facet, wita się w ten sposób. Dla mnie to totalny brak szacunku dla drugiej
osoby, jakby powitanie na odczepkę. Co innego Krzychu. Ten miał uścisk kowala.
Magda przyniosła herbatę i
paluszki. Panowie rozpijali kolejną flaszkę i byli coraz głośniejsi oraz bardzo
gadatliwi. Przechwalali się nawzajem sukcesami w różnych dziedzinach.
Chciałam zmyć się szybko, ale
przy tak aktywnych kolegach było to dość trudne. Dopijałam herbetę, gdy
Krzysztof usiadł przy mnie i rozpoczął kolejną opowieść, tym razem o swojej
pasji, czyli nurkowaniu. Byłoby to naprawdę fascynujące, gdyby nie stan
upojenia mojego rozmówcy. Trudna wymowa, spowolnione myślenie i niezrozumiałe
dla mnie skojarzenia. Jednak Krzychu uparcie tkwił w przekonaniu, że jego
opowieść jest nadzwyczaj interesująca.
- I wiesz? Tam było tak pięknie.
– Czknął – Byłaś tam kiedyś? – Znowu czknął, po czym odwrócił się w stronę
oparcia kanapy, odchylił poduchę, zwymiotował, odłożył ją na miejsce i
odwróciwszy się z powrotem w moją stronę powiedział – Przepraszam. To co,
napijesz się może jednak z nami?
O matko! Obrzydlistwo! Jadąc do domu dostałam czkawki na samo
wspomnienie. Przed oczami miałam wyraz twarzy zapowietrzonej Magdy, która nade
wszystko uwielbia czystość w domu.
Dzieciaki już spały. Pies też.
Moje łóżko było pościelone. Czy ja znowu śnię? Tym razem pozytywnie.
- Najwidoczniej dzieci chciały
zrobić mi przyjemność. Kochane są. – Rozczuliłam się.
Rano do pokoju wparował
Rafcio.
- Mamo, śpisz? – Wślizgnął się
pod kołdrę.
Gdy koledzy nie widzą, najwidoczniej
można przytulić się do mamy.
- Już nie. Co tam? Która
godzina?
- Ósma.
- Tak wcześnie wstałeś? – Moje
pociechy znane są z tego, iż moje rano to dla nich środek nocy.
- Wyspałem się – przytulił
się. – Zrobisz mi śniadanie? Jestem głodny.
- A na co masz ochotę. Może
jajecznica?
- Super!
- Tylko najpierw trzeba wyjść
z Wickiem. Może ty pójdziesz? A ja zrobię w tym czasie śniadanie.
- Ja? – Skrzywił się Rafcio. -
Chce mi się jeszcze spać.
- Przecież mówiłeś, że się
wyspałeś.
- Jednak nie. Śpię.
- O Boże, widzisz i nie
grzmisz. – Wstałam, choć mój kręgosłup domagał się jeszcze poprzeciągania w
łóżku.
Idąc do łazienki miałam
uczucie, jakbym weszła w jakieś okruchy. Ale zanim zaczęłam dociekać musiałam
opróżnić pęcherz. Spuściłam wodę i nagle na moje nogi chlusnęła woda. Matko! Co
to?! Nie wiedziałam czy biec po ścierki, czy zakręcać kranik.
- Rafał! Iga! Szybko! – Krzyknęłam.
Rafał pojawił się natychmiast.
- Ja mówiłem Idze, żeby ci
powiedziała wczoraj – łkał i mówił – to nie ja.
- Przecież nic takiego nie
powiedziałam. Iga!
Iga wyszła z pokoju, ale, gdy
zobaczyła, że wody w przedpokoju jest po kostki, natychmiast rzuciła się do
pomocy.
Kiedy już zebrałyśmy to, co
wypłynęło z rur, a mop i ścierki były wykręcone, uważnie przyjrzałam się
sedesowi. Trzymał się tylko dzięki śrubom, którymi był przykręcony do podłogi.
Tylnej spodniej części nie było w ogóle. W jej miejscu była wielka dziura,
zatem spuszczana woda właśnie tamtędy chlustała pod nogi.
- Jak to się stało? Kto to
zrobił? – Nie miałam nawet siły się wkurzać.
- Nie wiem – odparła cicho
Iga.
- Jak to nie wiesz? Byłaś
przecież w domu.
- Ja mówiłem, żeby nie
biegali, mamo. – Rafcio znowu zaczynał płakać.
- Nie becz już! – Iga uciszała
brata
- No, gadać mi tu! – Powiedziałam
może ostrzej niż chciałam, ale zrobiło to wrażenie.
I dowiedziałam się, że do Igi,
jak tylko wyszłam, przyszło kilkoro znajomych. Najpierw siedzieli cicho w
pokoju, ale po jakimś czasie dostali głupawki i zaczęli biegać po mieszkaniu.
Rafał bał się, że przyjdzie sąsiadka i próbował ich uciszać, jednak nikt go nie
słuchał. W pewnym momencie jeden z chłopaków popchnął drugiego, a ten wpadł
przez otwarte drzwi do toalety i oparł się całym ciałem o muszlę klozetową, która
po kilku sekundach pękła. Przestraszone dzieciaki pozbierały kawałki pokruszonej
ceramiki i pożegnały gości. Nie korzystały już w tym dniu z toalety. Pościeliły
moje łóżko i same też poszły spać. Wolały zasnąć niż czekać na mamę, która
przecież i tak się dowie.
Brak toalety był bardzo
uciążliwy. W niedzielę nie było możliwości naprawy sedesu, bo żaden hydraulik
nie był tym zainteresowany. Pogotowie osiedlowe mnie olało. Musieliśmy czekać do poniedziałku. Nawet nie
chciałam myśleć, ile muszę przygotować kasy.
W południe ktoś zadzwonił do
drzwi.
- Woda leje mi się na głowę! –
Wrzasnęła nasza subtelna sąsiadka, do której szczelinami pomiędzy płytami
żelbetonu najwidoczniej dotarła wreszcie
woda z naszego kibelka.
14
-
Faktura czy paragon? – Zapytała pani na stacji paliw, po zatankowaniu przeze
mnie auta.
-
Faktura.
- Jaki
numer rejestracyjny?
Podałam
zdziwiona numer. Pani wydrukowała
fakturę.
-
Numer dobry, ale nie ta firma – odparłam czytając dane na dokumencie.
- Jak
to? Przecież ten numer połączył się z tą firmą. – Zdziwiona pani jakby się z
choinki urwała.
- No i
co z tego? Widocznie kiedyś samochód był jej własnością. Kto identyfikuje dane
do faktury po numerze rejestracyjnym? Zawsze powinna pani poprosić o NIP. – Wkurzyłam
się, bo chyba to jasne jak słońce. Osoba za ladą nie miała na plakietce napisu „Uczę się”.
Powinna być bardziej rozgarnięta
I tak
oto stałam na stacji benzynowej, zamiast otwierać już moje stoisko i czekałam,
aż obrażona pani wystawi mi poprawną fakturę.
Klienci
też tego dnia byli jacyś marudzący. A to nie ten fason, a to kolor nie taki.
Zabić to mało. Sami malkontenci robią zakupy czy co? Pod koniec dnia odwiedziła
mnie na szczęście moja ulubiona klientka, pani Fioletowa, która zawsze poprawia
mi humor. Nazwałam ją tak od koloru włosów, które barwi najprawdziwszą kalią,
czyli nadmanganianem potasu kupionym w aptece. Normalnie głęboka komuna! Tak to
się farbowało włosy na początku lat 80-tych. Co znaczy siła przyzwyczajenia?
Pani
Fioletowa potrzebowała błyszczące brokatowe rajstopy na wieczorne wyjście ze
swoim partnerem. Opowiadała o nim zawsze chętnie i dużo. Wiedziałam o gościu
niemal wszystko, od numeru kołnierzyka przy koszuli po kolor oczu. Zresztą o
sobie Pani Fioletowa też mówiła. Skąd pochodzi, co w życiu robiła, ile ma
dzieci i kto był jej mężem. Niestety, mąż zmarł kilka lat temu, pozostawiając
młodą wdowę. A zatem moja klientka układała sobie życie od nowa z mniej lub
bardziej przypadkowymi partnerami. Z aktualnym panem spotykała się już od
blisko dwóch lat, co bardzo ją cieszyło. Po dzisiejszym wieczorze wiele
oczekiwała, a mianowicie miała nadzieję na pierścionek zaręczynowy.
Następnego
dnia Fioletowa dosłownie przybiegła do mnie z samego rana. Była zasapana, ale i
rozpromieniona.
- A
cóż to, nie może pani spać? Ja tu będę do wieczora – powiedziałam zdziwiona na
widok klientki.
- Pani
Basiu! – Piała. – Co ja mam pani do opowiedzenia?
Czyżbym
była jedyną powiernicą pani Fioletowej? Sympatyczna z niej babka, ale jednak
obca osoba.
- Może
pani usiądzie? Biegła pani?
- Tak,
nie mogłam się doczekać. Proszę. – Wyciągnęła w moją stronę dłoń, na palcu
której błyszczał pierścionek.
- Wow!
– Nie kryłam zachwytu. – Naprawdę piękny. I całkiem duży.
- Tak.
Mój Misiaczek się postarał.
Pani
Fioletowa siedziała wpatrzona w klejnocik, uśmiechając się przy tym
rozkojarzona. Zaparzyłam herbatę. Klientka łyknęła z kubka po czym wypaliła:
- Czy
będzie pani moim świadkiem na ślubie?
- Ja?!
– Moje zdziwienie dało się usłyszeć w całej hali.
- Tak!
Pani, pani Basiu, jest taka życzliwa dla mnie. Nie komentuje pani moich
wyborów, nie krytykuje wyglądu. Po prostu przyjaciółka prawdziwa.
Oj,
uwaga! Zapaliła mi się czerwona lampka. Przyjaciółkami to raczej nie jesteśmy.
-
Proszę, pani Basiu. Moje wszystkie znajome to fałszywe zmory. A pani zawsze
dobrze mi się kojarzy. W końcu o to chodzi, żeby ślub dobrze wspominać, a nie
zastanawiać się, kto mnie bardziej obgadał. A z panią będzie na pewno miło.
-
Kiedy ten ślub?
- W
następny piątek?
- Tak
szybko?
- Tak!
Mój narzeczony – mówiąc to promieniała – zorganizował wszystko już dawno, bo
był pewien, że się zgodzę! Fantastycznie, prawda?
- Tak,
rzeczywiście. – Nie wiedziałam co powiedzieć.
- To
co, zgadza się pani?
- A
mam inne wyjście? – Chwila namysłu. - No dobrze, zgadzam się.
Fioletowa
rzuciła się na mnie, wycałowała i zaczęła świergotać o ekspresowych
przygotowaniach do ślubu.
Pod
koniec dnia zadzwonił mój jeszcze mąż. Ledwie się odezwał, a już powiało
oszołomieniem.
- Podjąłem decyzję. Jutro jadę na prewencję
policji jako świadek koronny.
Poziom
absurdu sięgnął szczytu! Nie wiem ani nie chcę wiedzieć, co Zenek miał na
myśli. Rozłączyłam się bez słowa.
15
Podczas
przygotowań do ślubu Fioletowej miałam bardzo mieszane uczucia. Nie znałam jej
na tyle dobrze, aby zasłużyć sobie, w moim przekonaniu, na zaszczyt bycia
świadkiem. Z drugiej strony, rozważając nieustająco jej słowa, przyznawałam jej
za każdym razem rację. Ślub to wyjątkowe wydarzenie i powinien być spełnieniem
marzeń, również pod względem towarzyskim.
Uroczystość
miała mieć charakter bardzo kameralny i zaplanowana była w kompleksie hotelowym
za miastem. Ślub w ogrodowej altanie, poczęstunek wśród zieleni, tańce pod
gwiazdami, noc poślubna w królewskim łożu, a rano śniadanie do łóżka. No i SPA
– masaże, sauna, relaks. Sama rozmarzyłam się słuchając opowieści pani
Fioletowej. A tu rzeczywistość skrzeczy i z szafy wyziera brak odpowiedniej
kreacji.
- Jadę na
zakupy!
- Mogę jechać z
tobą? – Z pokoju wyjrzała głowa Igi. – Przydałaby mi się nowa torba do szkoły.
- Iga, nie mam
kasy. Muszę sobie kupić kieckę na ślub.
- Ja mam trochę,
dostałam od babci. Najwyżej dołożysz. – Jej uśmiech i niewinne oczy przekonały
mnie. Poza tym przyda się ktoś do oceny mojego wyglądu.
Iga zawsze miała
siłę przekonywania. Czasem był to uśmiech, a czasem płacz. Nie robiła co prawda
awantur w sklepach i nie rzucała się tam na podłogę, domagając się zakupu
jakiejś zabawki. Miała inny „problem’, który przywoływał w jej oczach łzy. Była
nim babcia, a właściwie pragnienie mieszkania z nią. Iga potrafiła łkać,
siedząc nad talerzem z kolacją i ubolewając nad swoim losem.
-
Nie mogę jeść – mówiła – bo tęsknię za babcią.
Albo
biadoliła.
-
Jestem zła.
-
Na kogo? – Pytałam z troską.
-
Na siebie.
-
Dlaczego, córciu?
-
Smutno mi za babcią – odpowiadała żałośnie Iga.
I tak średnio co
drugi dzień łzy lały się strumieniami.
Każda wizyta
dziadków opłacona była stresem i nerwami. Zawsze, gdy chcieli się już pożegnać,
wnusia wpadała w szał, ubierała się i czekała pod drzwiami, zawodząc żałośnie w
nadziei, że zabiorą ją ze sobą. Aż dziw, że życzliwa sąsiadka z dołu nigdy nas
nie odwiedziła w takiej sytuacji.
W pewien weekend
odwiedził nas z żoną mój kolega z czasów szkolnych. Nie widzieliśmy się długo,
zatem tematów do rozmowy nie brakowało. Wspominaliśmy czasy szkolne i
opowiadaliśmy o tym, co dzieje się teraz w naszym życiu. Iga nie miała dobrego
humoru. Jednak, gdy zrozumiała, że goście nie przyszli do nas na piechotę, a
zatem mieszkają gdzieś dalej, zrodził się w jej główce chytry pomysł o pojechaniu do babci. Idąc do kuchni
po kawę, ujrzałam porozrzucane worki foliowe. Poszłam po śladach i w pokoju córki
moim oczom ukazały się wypchane, ustawione obok kanapy, siatki. Igusia
spakowała wszystkie rzeczy, jakie znalazła w swojej szafie. Dokładnie, co do
jednej.
- Jadę do babci
– poinformowała mnie pewnym głosem.
- A jak
zamierzasz to zrobić, dziecko? Przecież mamy gości. Nikt cię nie zawiezie.
- Pojadę z
ciocią i wujkiem, jak będzie wracać do domu – odparła, a jej rezolutność jak na
kilkuletnią pannę bardzo mnie zadziwiła.
Oczywiście,
pomimo zaskoczenia zaradnością córki, nie pozwoliliśmy jej na tę fanaberię i z
wizyty u dziadków nic nie wyszło, choć Iga walczyła dzielnie. Jej płacz było
słychać zapewne na całym osiedlu. Na szczęście, z wiekiem, wyrosła ze swoich
histerii.
Pojechałyśmy z
Igą do sklepu. W centrum handlowym wszystkie sukienki, które ewentualnie
podobały mi się i mieściły się w granicach moich możliwości finansowych były za
małe. Nawet ciuchy w rozmiarze, w który w innych sklepach wchodziłam, tam była
za małe. Szyją na Chińczyków! Nasza eska to dla nich elka! Nic dziwnego, że nie
mieszczę się w XL.
Zniechęcone,
weszłyśmy do sklepu ze staropierdzielskimi sukienkami. Może tu wreszcie coś
będzie na mnie pasowało?
- Dzień dobry.
Czy mogę w czymś pomóc? – Sprzedawczyni wyrosła jak spod ziemi.
- „Finansowo” –
chciałoby się powiedzieć. Nie lubię tej wszechobecnej nachalności ekspedientów.
Jeśli będę potrzebowała pomocy, poproszę o nią. Po co od razu naskakiwać na
klienta. Skrępowanie mi niepotrzebne. Chcę sama pogrzebać wśród wieszaków.
- Tak.
Poszukujemy sukienki w fasonie trapezu.
- Czego?
- Trapezu,
proszę pani.
- Trapezu?
- Tak. Trapezu.
Ma pani coś takiego? Poszerzane z góry do dołu. – Matko, o trapezie dzieci uczą
się w szkole podstawowej. Pokazałam pani skąd dokąd sukienka ma być poszerzana.
- Aaaaa! Trapez.
Tak, mam.
I ekspedientka wyjęła
koronkową sukienkę odciętą w pasie, o rozkloszowanym dole, który to fason
najwidoczniej był dla niej takim, jakiego poszukiwałyśmy. Zgroza! Sprzedawczyni
w sklepie odzieżowym nie ma pojęcia o fasonach kiecek!



Komentarze
Prześlij komentarz