Całe życie z wariatami - rozdział 17
Dziurka w głowie czyli ciąg dalszy opowieści "Całe życie z wariatami". 😜
Całość w zakładce pod tym samym tytułem:
https://notatkisubiektywne.blogspot.com/p/cae-zycie-z-wariatami.html
17
Koniec roku
szkolnego zbliżał się wielkimi krokami. Dzieciaki wiedziały, że oceny można
poprawiać do końca pierwszego tygodnia czerwca.
- Mamo, idę z
chłopakami na murawkę.
- A lekcje
odrobiłeś?
- Tak.
- Wszystkie?
- Oj, mamo. – Stęknął
Rafcio – Zamknij drzwi. Będę po meczu.
Rafał miał
raczej luźny stosunek do nauki. Uważał, iż najważniejszy jest fakt, że zdaje z
klasy do klasy. Oceny są mniej istotne.
Iga przykładała
się do nauki nieco bardziej, ale też nie przejmowała się ocenami, zwłaszcza po
rozpoczęciu nauki w szkole średniej. Za to angażowała się w różne
przedsięwzięcia szkolne. Działała w kołach zainteresowań, organizowała
dyskoteki i wyjazdy. Była członkiem samorządu uczniowskiego. Wiecznie coś załatwiała
lub przygotowywała.
Najważniejsze w
moim przekonaniu w edukacji moich dzieci było to, że ja, matka, wiedziałam o wszystkim.
Oczywiście, o wagarach nie byłam informowana przed, ale po fakcie. Zaś o
ocenach i o tym, co się działo w szkole rozmawialiśmy zawsze. Niektóre mamy
zazdrościły mi tego, bo ich dzieci były powściągliwe w swoich relacjach ze
szkoły. Zdarzało się, że dowiadywały się czegoś o swoich pociechach podczas
wizyty u nas. Uświadamiało mi to zawsze,
jak różne są dzieci i jakie ja mam szczęście. Czasem same dzieci, które przychodziły
do nas opowiadały zadziwiające historie.
- Proszę pani,
ta idiotka postawiła mi jedenaście jedynek na raz! – żalił się Marcin, kolega Rafcia,
na nauczycielkę od plastyki.
- Aż jedenaście?
Za co? – Nie mieściło się to w mojej głowie.
- Za to, że nie
dałem jej zeszytu do sprawdzenia.
- To daj teraz.
Może ci pani poprawi oceny.
- Ale nie mam
zeszytu.
- Jak to nie
masz zeszytu. Nie założyłeś od początku roku? – Kolejne zaskoczenie.
- No nie. Mama
mi nie kupiła – odparł Marcin. – Ale najgorsze jest, że muszę jej o tym
powiedzieć. Będzie zła, że zapomniała.
Mądrościami
błyszczała też Jola, koleżanka Igi z lat wczesnoszkolnych.
- No i jeździmy
na cmentarz zawsze całą rodziną – opowiadała kiedyś w okolicach dnia Wszystkich
Świętych.
- To wspaniale
tak odwiedzać zmarłych. Zawsze patrzą z nieba i cieszą się z tych wizyt. –
Próbowałam mądrze porozmawiać z dzieckiem.
- Tak, moja mama
też tak mówi. Patrzą na nas głównie dziadki.
- Dlaczego
dziadkowie? – Grzecznie poprawiłam Jolę.
- Bo dziadki
umierają szybciej, bo babcie ich wykańczają – rezolutnie odparła znawczyni
tematu umierania.
Bardzo gadatliwa
była zwłaszcza przyjaciółka Igi, Karolina.
Pomagałam kiedyś
dziewczynom w przygotowaniu projektu na historię. Iga robiła mapę na brystolu,
Karolina kombinowała, jakby tu z zebranych ze wszystkich domowych szaf ciuchów
stworzyć strój jakiejś postaci historycznej, a ja korygowałam ich prezentację na
komputerze. Praca szła całkiem nieźle, ale nadszedł moment, gdy mój organizm
zapragnął kawy. Napój ten nie działa na mnie pobudzająco, mogę ją pić o każdej
porze doby, ani nie dodaje mi energii. Po prostu lubię kawę, zwłaszcza taką,
która jest szkodliwa czyli mocną, z cukrem i mlekiem w proszku. Staram się
takiej nie pijać, ale czasem, gdy chcę sobie zrobić przyjemność, nie potrafię
się oprzeć. Zrobiłam sobie zatem przerwę i poszłam zaparzyć kawusię. Dziewczyny
chyba też miały dość, bo zapragnęły soku jabłkowego. Rozsiadłyśmy się zatem
wygodnie z napojami w rękach i odpoczywałyśmy.
- Mamo, co mamy
zrobić z Michałem? On jest z nami w grupie, ale nie chce nam pomóc. Twierdzi,
że nie ma czasu.
- Powiedzcie, że
tylko wy robiłyście projekt. – Zawsze trafiali się tacy, którzy ślizgali się na
pracy innych i dzięki temu zaliczali przedmiot. Rodzaj szkoły czy jej stopień
nie miał znaczenia. Tak było i w podstawówce, i na studiach.
- Ale pani
powie, że to nasza wina, że go nie zmobilizowałyśmy.
- Dlaczego
miałaby tak powiedzieć? Jeśli ktoś nie chce pracować, to jak wy miałybyście go
do tego zmusić?
- Nie wiem, ale
ta babka zawsze tak mówi. Twierdzi, że dobry uczeń powinien przypilnować
słabszego.
- Ok. Ale nic na
siłę. Jak miałybyście go zachęcić? Przykuć do kaloryfera?
- Nie, jasne, że
nie. Chodzi o to, że ona na pewno będzie miała pretensje do nas.
- No to brońcie
swojego zdania. Nie zawsze nauczyciel ma rację.
Kiedy chodziłam
do szkoły, nauczyciel był poważaną osobą. Miał zawsze rację, mógł postawić
ucznia w kącie lub odesłać na dywanik do dyrektora. Rodzice uczniów
sprawiających problemy byli wzywani o szkoły i zazwyczaj ze skruchą
wysłuchiwali uwag o swoich niegrzecznych pociechach. Jednak tych wymagających
nauczycieli, którzy nas karcili i krótko trzymali wspominamy z rozrzewnieniem i
szacunkiem. Dlatego, że poza stawianiem wymagań potrafili się za nami wstawić,
pochwalić, wesprzeć dobrą radą. Na wycieczkach okazywali się najwspanialszymi
kompanami, a podczas egzaminów podpowiadali słabszym.
Dziś nauczyciele
ucząc realizują się zawodowo, a dzieci są jedynie narzędziem w procesie
podnoszenia przez nich kwalifikacji. Liczne certyfikaty i projekty, w których
biorą udział szkoły wymagają od nich wykonywania ogromnej pracy biurokratycznej.
Najistotniejsze są wyniki nauczania, zatem ważne stają się jedynie dzieci
zdolne i pracowite. Te słabsze nie mają szans w wyścigu szczurów. Nikt przecież
nie będzie dla nich obniżał poziomu w klasie. Hello! A do tego rodzice
przeczuleni na punkcie swoich pociech, którym nie można bez konsekwencji
awantury zwrócić uwagi. Nauczyciele nie jeżdżą na wycieczki, bo obawiają się
odpowiedzialności. Nie chodzą do kina, bo szkoda czasu, skoro program jest
przeładowany. Nie prowadzą zajęć wyrównawczych dla słabych uczniów, bo lepiej
pracuje się z prymusami.
- Ale pani od
historii dorobi sobie zaraz historię do naszych słów i powie, że to nasza wina.
– Iga drążyła temat współpracy z Michałem, a raczej jej braku.
- To wtedy ja
pójdę z nią porozmawiać. – I powiem, co myślę. Chociaż może się zdarzyć, że
pani od historii, tak jak nauczycielka pewnego zaprzyjaźnionego dziecka będzie
twierdzić, że wszystkie dzieci kłamią, i to będzie jej jedyny i niepodważalny
argument na wszystko. Najwidoczniej ta pani odpowiedzialność za pracę jednych
uczniów zrzuca na ich kolegów z klasy.
- A może coś
wymyślmy? No, że wyjechałyśmy do babci i tam robiłyśmy projekt?
- A babcię macie
z Karoliną wspólną, tak?
- Ups. – Iga nie
trafiła.
- No to, że
musiałyśmy zaopiekować się moim bratem, który był chory na ospę i mógł Michała
zarazić, więc pracowałyśmy same.
- A Karolina nie
zaraziła się, bo?
- Bo mam dziurkę
w głowie! – Wypaliła radośnie Karolina.
- Jaką dziurkę,
co ty pleciesz, dziecko? – Dziewczyny zaczynały już kombinować.
- Ale naprawdę
mam dziurkę w głowie – przekonywała dziewczyna.
- Tak mamo,
naprawdę. – Iga dzielnie wspierała koleżankę.
- Co za bzdury
wymyślacie? Dziewczyny, bądźcie poważne! – Sensowna wymówka, to rozumiem, ale
jakieś głupoty?
- Mamo, Karolina
ma dziurkę w głowie. Tak powiedział lekarz. – Iga nie odpuszczała.
- Matko, to coś
poważnego? – Teraz się przejęłam.
- Nie, proszę pani.
Lekarz, gdy się urodziłam, powiedział mojej mamie, że mam właśnie taką dziurkę
w głowie. Ona nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Po prostu jest i tyle.
Jak powiedział, jestem trochę niedorobiona. Tak jakby tata niedokładnie
pracował podczas stosunku.
- Boże, dziecko,
nie opowiadaj nikomu tej historii – powiedziałam błagalnym tonem. – A już na
pewno nie waszej pani od historii. Nikomu!
- Mów coś. –
usłyszałam w słuchawce głos Zenka.
- Ale co?
- Cokolwiek.
Chcę cię słuchać.
Nietypowe zachowanie
jak na mojego jeszcze męża. Nie krzyczy, nie straszy, nie opowiada o zabijaniu
i policji. Mózg mu się zlasował, czy co?
IKu



Komentarze
Prześlij komentarz